Reflektor Bossa: Procent profesjonalizmu w profesjonalizmie

 

Zastanawiająco często przychodzi nam stwierdzać, że coś należałoby poprawić. Lub robić lepiej. Albo podejść do sprawy całkiem inaczej. Raz denerwują nas absurdalne decyzje, innym razem ich brak, a jeszcze innym ich wykonanie. Krytykujemy mętne reguły, czy nieprecyzyjne przepisy, a kiedy indziej niekonsekwentne ich stosowanie. Sokole oko fana wyłapie najdrobniejsze uchybienie. Nie uchowają się przed nim kolarskie federacje, dopingowa inkwizycja, organizatorzy wyścigów, szefowie teamów, ani realizatorzy teletransmisji.

Zapędzając się w gąszcz szczegółów, stajemy się jak leśniczy, który dostrzega drzewa, lecz już nie widzi lasu. Trzeba czasem impulsu, by zmienić ostrość, kąt spojrzenia i ujrzeć wszystko w zupełnie innym świetle. Takim impulsem stały się dla Waszego felietonisty wypowiedzi pewnego młodego amerykańskiego kolarza. Opublikował je w lutym portal Velonation, a RB zapisał na twardym dysku z adnotacją „do wykorzystania”. Co niniejszym czyni.

Zanim ujawnimy tożsamość młodzieńca, tradycyjna dygresja, bez której felieton byłby niekompletny (a autor twórczo niespełniony). W ciepłej i sympatycznej komedii Poszukiwany, poszukiwana jest scena, w której zapobiegliwy jegomość, potajemnie pędzący bimber w domowej łazience, każe w tym celu swej „pomocy domowej” znosić ze sklepów dziesiątki kilogramów cukru, tłumacząc to wysublimowanymi potrzebami naukowymi. Badam procent cukru w cukrze – informuje konspiracyjnym tonem.

 

 

Ten procent cukru w cukrze trafił oczywiście do potocznego języka i (jak to z takimi powiedzonkami bywa) zaczął żyć własnym życiem. Z czasem stał się synonimem bezpłodności pewnych naukowych czy pseudonaukowych dociekań. Fraza zawinęła się w kokon i schowała w klastrach pamięci RB, by we właściwej chwili znów o sobie przypomnieć. Taką chwilą była decyzja, by pochylić się nad zagadnieniem, ile jest profesjonalizmu w profesjonalizmie. To ostatnie było impulsem uruchamiającym skojarzenia. Ma się rozumieć terenem badań jest tym razem nie łazienka w warszawskiej kamienicy a kolarstwo szosowe w wydaniu zawodowym. A tak na marginesie, sami przyznacie, że trochę się tych „odkrywców” badających procent cukru w cukrze wokół kolarstwa i kolarzy kręci.

Pora wrócić do owego bystrzaka zza oceanu, którego wypowiedzi tak bardzo RB zaintrygowały. Otóż Peter Stetina zasugerował wprost i bez ogródek, że tego cukr… wróć… profesjonalizmu w profesjonalizmie jednak kolarstwu szosowemu na poziomie World Tour brakuje. Ba! W jego wersji pobrzmiewa to raczej w stylu: ileż amatorszczyzny w tym profesjonalizmie!  Co generalnie zgadza się z opiniami trzeźwiejszych obserwatorów, którzy już wcześniej zauważyli, że dużo łatwiej działaczom przyszło przykleić sobie etykietę „World ” niż rzeczywiście światowy poziom organizacyjny osiągnąć.

Stetina kieruje naszą uwagę na sprawy oczywiste, takie jak rozpoznawalność zawodników przez widza. Patrzyliśmy na ten problem latami, ale jakoś nikomu do głowy nie przychodziło, by to zmienić. Rzecz wcześniej na naszym kontynencie drugorzędna – dorasta dopiero pierwsze pokolenie, dla którego Cristiano Ronaldo na zawsze będzie kojarzył się z cyfrą 7. Za oceanem identyfikacja graczy przez widownię to fundament rozwoju danej dyscypliny i koniunktury nakręcającej biznes. Mały Peter dorastając wiedział, że Michael Jordan (gdyby go ktoś nie rozpoznał) to ten z numerem 23, a Wayne Gretzky, choćby nie wiem jak chował twarz pod kaskiem i ochraniaczem, zawsze ma 99 na plecach. Każdy sportowiec, począwszy od najsłynniejszych zawodowców, a skończywszy na członkach drużyn uniwersyteckich i szkolnych ma koszulkę z własnym nazwiskiem i niezmiennym w trakcie sezonu numerem. Dodajmy numerem większym częstokroć od ego nosiciela, za to doskonale widocznym z najtańszego miejsca w ostatnim rzędzie.

Dlaczego nie może tak być w kolarstwie? Nie chodzi nam teraz o geeka, który rozpozna zawodnika po chwycie kierownicy lub kształcie łydki, a o tak zwanego przeciętnego widza, który chciałby swemu ulubieńcowi pokibicować. Ale żeby to zrobić, musi go jakoś rozpoznać w tłumie. Bo jak tu zaimponować żonie czy dziewczynie, pokazując palcem na ekranie (O! Temu kibicuję, kochanie. Dawaj, Stefano, dawaj!), gdy tego faworyta odróżnić z daleka nie idzie.

Numerowanie w celu identyfikacji współzawodników wymyślono już w początkach nowożytnej ery sportu. Tak się jednak złożyło, że w wyścigach na szosie numery widniejące na niewielkich prostokącikach białej tkaniny tradycyjnie służyły raczej ocieplaniu nerek cyklisty. Może i one kiedyś spełniały swe funkcje. Zwłaszcza w tych szalonych początkach ścigania na rowerach. Sędziowie, po oskrobaniu zawodnika z błota, odczytywali numer i mogli z czystym sumieniem ogłosić zwycięzcę. Czasy się jednak zmieniły. Wyścigi ogląda za pośrednictwem kamer wielomilionowa, globalna widownia, dla której numer z dalszej odległości jest nieczytelny. Mimo to, jak przed stu laty, przypina się je do koszulek szpilkami w tym samym miejscu. Z tych szpilek Stetina drwi sobie niemiłosiernie i trudno mu się dziwić. Mamy wszak wiek XXI.

stetina

To jednak nie koniec kłopotów z identyfikacją. Koszulki zawodników są tak podobne do siebie, że nawet fachowcy mają problem, by je odróżnić na pierwszy rzut oka. Pomijając samopoczucie widza czy komfort pracy komentatora telewizyjnego, na wyróżnialności strojów powinno zależeć w pierwszej kolejności sponsorom (w końcu za to właśnie płacą) i właścicielom teamów (w końcu za to właśnie biorą kasę). A patrząc na worldtourowy peleton wydaje się, jakby zależało im na czymś akurat odwrotnym.  Jak była moda na niebieski, to pół peletonu w kolorze blue. Ale jak ktoś nosi nazwę Sky, a przekornie ubiera się na czarno i do tego wygrywa, to skutek łatwo przewidzieć. W tym sezonie moda na czernie i grafity, więc co drugi team wygląda jak pracownicy firmy pogrzebowej albo samopowielający się Agent Smith. I nikt nie próbuje w ten chaos wprowadzić nawet odrobiny ładu.

A gdy przychodzi deszcz, to robi się jeszcze weselej, bo pelerynki zasłaniają i numery zawodników i „barwy sponsora”. Relacja telewizyjna w takich warunkach przypomina bardziej teleturniej niż sprawozdanie sportowe.

Spostrzeżenia Stetiny zgrabnie konweniują ze spotykanymi na anglojęzycznych portalach opiniami, że kolarze stali się nierozróżnialni. Zakładając kaski, odblaskowe okulary zasłaniające pół twarzy i bardziej maskujące niż wyróżniające uniformy, upodobnili się do armii robocopów. Rozpoznanie ich nawet z bliższej odległości jest coraz trudniejsze i niedługo człowiek będzie musiał o PIN albo PESEL jakiś zapytać, by wiedzieć, kto tam na rowerze siedzi. A przecież kolarze to nie komandosi. Idea sportowego widowiska polega nie na zamaskowaniu bohaterów akcji, a wręcz na odwrót – maksymalnej ich rozpoznawalności. I tak na zdrowy rozum, na tym też powinno zależeć każdemu kandydatowi na pieszczocha kibiców. Współczesny pretendent do sławy Merckxa jeszcze wiele nie wygra a już chciałby mieć swój fan-club, tysiące lajków i rzesze followerów, nie wspominając o „dziewczynie w każdym porcie”, bo jednak kolarz trochę jak marynarz jest. I dlaczego mu tego żałować?

O tym jak sprawnie działa kwestia rozróżnialności czy identyfikacji mogliśmy przekonać się od początku sezonu na przykładzie błyskawicznej kariery medialnej Michała Kwiatkowskiego. To, że jest na Zachodzie tak wielką sensacją zawdzięcza nie tylko sukcesom (bo przecież są wygrywający więcej, a o nich mówi się mniej), a właśnie rozpoznawalności osiągniętej dzięki wybijającej się z tła koszulce z białym orłem.

1545790_701458743229921_9103156954965319095_n

Stetina proponuje proste, sprawdzone w praktyce rozwiązania: stałe numery kolarzy na cały sezon (maksymalnie dwucyfrowe), noszone na plecach i ramionach (tak, by można było zawodnika zidentyfikować również od frontu). Oczywiście numery będą się powtarzać i w peletonie znajdzie się jednocześnie dwadzieścia „jedynek”, lecz dzięki bardziej niż dotąd rozróżnialnym koszulkom, nawet mniej zorientowany kibic nie powinien pomylić Boonena z Kittelem. Za oczywiste przyjmuje się też analogiczne oznakowanie pelerynek.

Oczywiście dla celów biurokratyczno-protokolarnych (jeśli ktoś się uprze) można numerację startujących rozbudować, uzupełniwszy numer indywidualny zawodnika o kod drużyny (np. od 01 do 99) i taki oznacznik trzy- lub czterocyfrowy można ewentualnie kolarzowi przymocować do roweru.

Czy wiele ryzykujemy dokonując takiej zmiany? Zdaniem Stetiny – nie, z czym RB całkowicie się zgadza. Gorzej niż jest nie będzie, bo nie może. Wzrosną w pewnym stopniu koszty przyodziewku zawodników, lecz teamy i sponsorzy odbiją to sobie z olbrzymią nawiązką na sprzedaży trykotów z nazwiskami idoli. Kluby lig zawodowych po obu stronach oceanu wiedzą już od dawna, że sprzedaż imiennych koszulek opłaca się wielokrotnie bardziej niż bezimiennych.

Czy dokonanie takich zmian będzie realne? Jeśli wierzyć informacji, którą Stetina uzyskał od Vande Velde, temat ma „wejść na obrady” CPA. Każe to zachować dużą rezerwę w ocenie szans tej propozycji. Ponieważ Coureurs Professionnels Associés, czyli istniejący od 1999 roku związek zawodowych kolarzy, w niewielkim stopniu przypomina analogiczne organizacje zawodników czołowych lig zawodowych. Daleko mu do ich stopnia reprezentatywności, a przede wszystkim siły przebicia i skuteczności oddziaływania.

Ubytek autorytetów „rządzących” peletonem, przy jednoczesnej słabości organizacyjnej i medialnej reprezentacji zawodników, powoduje ciągłe powtarzanie sytuacji oglądanych choćby na 6. etapie Giro czy niedawnym Tour of Turkey. Brak partnera do negocjacji z organizatorami wyścigu i sędziami oraz niemożność podjęcia honorowanych przez większość decyzji, często skutkuje chaosem. Ta bezsilność uwidacznia się zwłaszcza w kryzysowych sytuacjach, wymagających zdecydowanej reakcji.

Niedowład zawodniczej organizacji powoduje, że kolarzami, w porównaniu z przedstawicielami innych popularnych dyscyplin, pomiata się jak przysłowiowymi „burkami”. RB jakoś nie może sobie wyobrazić kontrolerów wyrzucających z łóżka o 6 rano Kobe Bryanta, Messiego czy Nadala, a to tylko jeden z przykładów na to, jak cykliści pozwalają się traktować.

Zawodowy kolarz nie ma też zbyt wielu szans w sporze z pracodawcą, czyli właścicielem zespołu, bądź narzucającym temu ostatniemu swoją wolę sponsorem. Z drugiej strony, organizacja zrzeszająca właścicieli drużyn, Association Internationale des Groupes Cyclistes Professionels, bynajmniej nie jest podmiotem, który cieszyłby się widocznym autorytetem i mógł komukolwiek (poza znajdującymi się na początku łańcucha pokarmowego kolarzami) narzucać swoją wolę.

Mamy też Le Mouvement Pour un Cyclisme Crédible, której oddziaływanie na kolarskie realia można porównać do wpływu Dalajlamy na światową gospodarkę. Trzy wymienione gremia popularny w środowisku kolarskim bloger Inner Ring, z powodu braku wirtualnych dowodów ich istnienia, nazwał kiedyś tak dyskretnymi, że aż niewidzialnymi. RB odnosi podobne wrażenie. Zauważa je wprawdzie, lecz nie słyszy o konkretnych, wyciskających piętno na rzeczywistości, skutkach ich działalności, więc w tym sensie są to faktycznie organizacje – widma.

Jeśli nad tym wszystkim postawimy UCI – jeszcze do niedawna przedmiot żartów i docinków – z niemałym wysiłkiem usiłującą dopiero odbudować swą wiarygodność, rysuje nam się konstrukcja o kruchych podstawach, przeżartych tu i tam filarach i mocno przeciekającym zadaszeniu. A odpowiedź na pytanie, ile mamy procent profesjonalizmu w profesjonalnym kolarstwie szosowym, przestaje być zadaniem matematycznym, stając się przestrogą przed samozadowoleniem objawianym przez ubranych w drogie marynarki dżentelmenów.

Krzysztof Suchomski