Reflektor Bossa: Wiggo, podejdź do płota!

 

Nikt nikomu nie broni wierzyć, że najzwyklejszym zbiegiem okoliczności jest start Wigginsa w Giro d’Italia i plany ekspansji imperium Ruperta Murdocha na Półwyspie Apenińskim. Walka koncernów medialnych rozgrywa się o pieniądze, przy których koszty utrzymania nawet najbogatszej grupy kolarskiej wydają się napiwkiem wręczanym obsłudze hotelowej. Przypadki w takiej grze są z reguły przypadkami suto opłaconymi. By zachęcić brytyjskiego celebrytę do startu, organizatorów przekonano do zaplanowania łącznie 92,8 km jazdy na czas. Nie bez racji ktoś powiedział na jednej z konferencji prasowych, że Wiggins, któremu (wbrew swej woli) przyszło pełnić rolę kolarskiego Beckhama, przyprowadził na Giro świat. I idące w ślad za tym pieniądze, dodajmy.

Specjaliści od sprzedaży już dawno zrozumieli, że największy sukces komercyjny osiągają historie, których akcja oparta jest na konflikcie. Najbardziej wyrazisty rodzaj konfliktu zapewnimy, ustawiając w opozycji dwóch głównych bohaterów. Reguła działa zawsze, niezależnie czy widz ogląda Rambo, czy Samych swoich. To właśnie dlatego przed każdym promowanym wydarzeniem tworzy się fabułkę, w języku reklamy zwaną story – konsument ma się zaangażować emocjonalnie w wydarzenie, najlepiej opowiadając się po jednej ze stron konfrontacji.

Kibiców sportowych bardzo łatwo do takiej gry wciągnąć, wszak sport opiera się na rywalizacji, a z drugiej strony bukmacherzy dokładają swoje do pieca. Historia kolarstwa to także historia pełnych patosu pojedynków toczonych przez wielkich antagonistów. Coppi i Bartali, Anquetil i Poulidor, Merckx i Gimondi, Hinault i LeMond stanowią pomnikowe tego przykłady.

 

Wiggins Nibali
 

Giro 2013 próbowano sprzedać widowni jako pojedynek brytyjskiego celebryty Wigginsa z ulubieńcem Włochów Vincenzo Nibalim. Zapowiedź pojedynku ekscytowała wprawdzie mieszkańców Półwyspu Apenińskiego, lecz dla reszty świata nie stała się ostrogą pobudzającą event fever. A gra idzie przecież o wielomilionową anglojęzyczną publiczność. Dla niej odkurzono więc sprawdzony już motyw: walka o przywództwo w stadzie, czyli Wiggins versus Froome.

Ta story ma już swoją „świecką tradycję”. Media nie omieszkały odgrzać jej i zaserwować ponownie konsumentowi. Przypomniano wydarzenia z Vuelty 2011, wyciągając na światło dzienne pewne skrywane wcześniej fakty. Kontrowersje wzbudzała ówczesna postawa kierownictwa zespołu, które mimo ewidentnie słabszej postawy lidera, Wigginsa, zwlekało z zapaleniem zielonego światła dla rwącego się do walki Froome’a. Tłumaczono to wtedy zaskoczeniem, jakim dla całej ekipy (z Kenijczykiem włącznie) była eksplozja formy nieznanego gregario, którego jedynym wcześniejszym sukcesem było podpisanie kontraktu z zespołem. Nikt nie mówił tego wprost, ale obawiano się dopingowej niespodzianki. Dziś wiadomo, że powodem odbiegających od normy parametrów krwi była kuracja zwalczająca gnieżdżącego się w organizmie Froome’a afrykańskiego pasożyta z gatunku schistosomiasis. Taka przynajmniej jest wersja oficjalna, a RB nie czuje się kompetentny do wyrokowania na ile „obcy” w ciele Chrisa jest bytem realnym, a na ile wirtualnym niczym „wirus” norweskiej astmy.

Froome’a męczy przeświadczenie „poświęcania się” dla starszego kolegi, Wigginsa z kolei prześladuje „teatrzyk” odegrany przez jego pomocnika na Tour de France. Kto widział etap do Peyragudes, rozumie, że o ciepłych uczuciach między nimi mowy być nie może. Ale też podczas Tour de France media zrobiły naprawdę wiele, by obu dżentelmenów zantagonizować, angażując do tego cyrku także ich kobiety.

 

Wiggins Froome
 

Medialni wyjadacze nie mieli najmniejszego problemu z apgrejdowaniem konfliktu. Wiggins należy do licznego grona Anglosasów, dla których liczy się prawie wyłącznie Tour de France. Jeśli znaleźli się przeszłości Brytyjczycy lub Amerykanie, którzy polubili Giro, byli raczej wyjątkami potwierdzającymi regułę. Osobistym planem mistrza olimpijskiego na obecny sezon było pozbycie się etykietki zwycięzcy Touru, który „załapał się na okazję”. Plany te stanęły jednak w kolizji z planami sponsora, oraz osobistymi planami dotychczasowego numeru 2, przed którym otwarła się szansa przejęcia roli samca alfa.

W tej sytuacji nietrudno było obu panów sprowokować do słownego pojedynku podgrzewającego atmosferę towarzyszącą startowi ekipy Sky w Giro. Sprawę skwapliwie podchwyciły włoskie media, mające wieloletnią praktykę w kultywowaniu podobnych historii. Will Fotheringham z Observera ocenia, że tamtejsza kultura kolarska budowana jest właśnie na tradycji rywalizacji czempionów i polemikach między nimi – tych wszystkich oświadczeniach, replikach, analizach tego, co kto powiedział i cóż takiego mógł mieć na myśli. Jak dodaje na swoim blogu Robert Millar, kochająca skandale włoska prasa natychmiast zrobiła z Wigginsa potwora próbującego zburzyć wyśniony przez Krzysia zamek z piasku.

Przy tej okazji odgrzano sprawę rozpalającej Italię w 1987 roku podobnej, wewnątrzzespołowej rywalizacji między kolarzami Carrera Jeans: Stephenem Roche i Roberto Visentinim. Włoch oczekiwał, że Irlandczyk pomoże mu wygrać Giro w zamian za obietnicę rewanżu na Tourze. Nienasycony Roche zgarnął oba trofea dla siebie, doprawiając posiłek tytułem mistrza świata. Zdaniem włoskiej prasy, stanowi to niezbity dowód wyspiarskiej perfidii, oburzającej szlachetną, prostolinijną nację, która wydała na świat Lukrecję Borgię.

Symptomatyczne dla całej zabawy jest to, że wydane 5 maja oświadczenie bossa Sky Teamu, Dave’a Brailsforda, ucinające spór i wszelkie niedopowiedzenia, zostało pominięte przez media (nie raczyły dostrzec go nawet portale o tematyce kolarskiej). Nie pasowało do kreowanego obrazka i z pewnością dużo gorzej przyczyniło się do podnoszenia słupków oglądalności niż wypowiedzi partnerki Chrisa, Michelle Cound, której zamarzyła się kariera Sary Carbonaro, mającej w swoim CV wysadzenie w powietrze szatni Realu Madryt. Cóż, gdzie diabeł nie może…

„Bilety świetnie się sprzedają” – skwitował kiedyś pewien reżyser zarzuty o brak artystycznych ambicji. Show must go on, więc ogień pod kotłem musi być podtrzymywany. Wiggins jedzie gorzej? Szybko dowiadujemy się dlaczego – winny jest kolumbijski spisek. W roli kolumbijskiego łącznika Rigoberto Uran, a czytelnik tabloidów prowadzony jest za rączkę przez ciąg skojarzeń: Vinokourov – finał kolarskiego wyścigu olimpijskiego – kamienica – kontrakt z Astaną. Czy my coś sugerujemy, Holmesie? Ależ Boże uchowaj, Watsonie.

Takich medialnych bomb do końca wyścigu pojawi się jeszcze kilka. Zwłaszcza w kwestii „odkrycia” przyczyn wyraźnie słabszej od anonsowanej formy głównego pretendenta do zwycięstwa. Mimo solennych deklaracji sztabowców Sky, że Sir Bradley zaliczył pełny cykl przygotowań, mniej przypomina jaguara z taśmy montażowej, a bardziej skodę z dużym przebiegiem. Do tego jedzie wyjątkowo feralnie – wskazówka na jego liczniku pecha wychyliła się do 1,5 gesinka.

RB ma własną teorię tłumaczącą jego przypadek. A wzięła się ona z obserwacji mimiki i mowy ciała – symptomów bardziej wymownych niż słynne już dog shit, a wskazujących na zaburzenia psychosomatyczne. Anglik całym sobą zdaje się mówić: jestem tu za karę.

 

Wiggins in rain
 

Psychologii (zwłaszcza jej gałęzi związanej z kryminalistyką) znane jest pojęcie „syndromu ofiary”. Jeśli obserwowanemu przez nas obiektowi od początku tego wyścigu przydarzają się przypadki sugerujące, że ma w kasku antenę ściągającą nieszczęścia, pozostaje tylko dociec przyczyn tego stanu rzeczy. Dociekania prowadzą nas do znanego już od czasu greckich tragedii konfliktu między uczuciem a powinnością. Uściślając, w przypadku pacjenta Wigginsa chodzi o dysonans między miłością (Tour de France) a obowiązkiem (Giro d’Italia).

Skoro media tak kochają konfrontacje, to spróbujmy w ten deseń, ale inaczej: Wiggo kontra Giro. Anglik to facet zorganizowany, lubiący, gdy wszystko jest na swoim miejscu, poruszający się przez życie według z góry nakreślonego planu. W tym związku Giro jawi się nam w postaci kobiety, ognistej Włoszki, naturalmente. Powabnej, kuszącej, ale i zmiennej w nastrojach (by nie rzec: humorzastej), zaskakującej kochanków coraz to nowymi kaprysami.

Po pierwszym tygodniu wyścigu szanse Brada na owocne skonsumowanie tego związku jawią się marnie. Z dzisiejszej perspektywy wyglądają gorzej niż szanse Chrisa Froome’a z damą znaną jako Wielka Pętla. Czas by Sir Bradley przypomniał sobie, że noblesse oblige. Bo lepiej wrócić z wyprawy na Włochy na tarczy niż bez niej.

Krzysztof Suchomski