Tour de Pologne 2015: Z karuzeli na huśtawkę, cz.2

 

Oprócz rozhuśtanych mocno w trakcie wyścigu emocji, przychodzi nam zmierzyć się także z huśtawką opinii o wyścigu i jego aktorach. Tak się w tym roku ułożyło, że sam wyścig zasłużył na wyższe oceny niż jego uczestnicy. Wynika to z faktu, że różni kolarze budowali poziom emocji i jakości na poszczególnych etapach, a po odegraniu swojej roli nierzadko przygasali w kolejnych dniach. Z kolei inni zdobywali się na wzloty i w ten sposób ta sztafeta jednodniowych (w dużej mierze) bohaterów podtrzymywała intensywnie palący się ogień wyścigowego znicza, choć indywidualnie nikt tu nie dokonywał rzeczy naprawdę wielkich.

Tour de Pologne 2015 - 01/08/2015 - Michal Kwiatkowski (Etixx - Quick Step) - foto Ilario Biondi/ATCommunication©

Tour de Pologne 2015 – 01/08/2015 – Michal Kwiatkowski (Etixx – Quick Step) – foto Ilario Biondi/ATCommunication©

Tym, który miał być bohaterem numer jeden, a skończył jako bohater anegdoty, był Michał Kwiatkowski. Jego forma, a konkretnie, jej brak, już od miesiąca budzi liczne kontrowersje. Bardziej zresztą w zakresie diagnozy przyczyn, bo co do samego faktu, że król jest nagi, nawet nie ma się co spierać.

Wiele jest głosów twierdzących, że nasz mistrz jest przemęczony. Mnożą się teorie o „zmęczeniu materiału”, mimo iż sam Kwiato niejednokrotnie powtarzał, że nie czuje zmęczenia startami, a odwrotnie – po zbyt długim odpoczynku i okresie bezstartowym, nie może wejść w odpowiedni rytm. Sprawia wrażenie wyraźnie zaskoczonego tą sytuacją. Mówi otwarcie, że nie zna przyczyny niemocy. Gdyby był przemęczony, nie mógłby tego nie zauważyć. I po prostu, by o tym mówił. Ale co tam zdanie kolarza. Fachowcy zawsze wiedzą lepiej.

Skłaniamy się bardziej w stronę tego, co mówi Michał, bowiem postrzegamy go jako typ sportowca-analityka. Kogoś, kto wsłuchuje się uważnie w swój organizm, a także analizuje na własną rękę (niezależnie od analiz fizjologów) wszystkie aspekty swoich startów i przygotowań. W stronę tego, co mówi, a także tego, co zawisa niedopowiedziane między wierszami wypowiedzi.

W zwykłe przemęczenie trudno nam uwierzyć. Bo i czym? Liczba dni startowych mieści się w wartościach średnich w tej fazie sezonu, do tego cały maj wypoczywał, a wiele etapów Touru bardziej przetruchtał niż przejechał. Jeśli zatem nie owo sławetne „zmęczenie materiału”, to co?

Wobec braku danych, można tylko zgadywać lub fantazjować. Gdybyśmy mieli skłaniać się w stronę teorii spiskowych, posłużylibyśmy się zapewne zapamiętaną z lektury powieści detektywistycznych kanoniczną kwestią: znajdź motyw, a wskażę ci sprawcę. Biorąc pod uwagę rozgrywane w ostatnich miesiącach „szachy” między Kwiatkowskim i Lefevere, a także jego negocjacje ze Sky, motyw sam się narzuca. Zwolennikom tej wersji niedyspozycja zwykle walecznego na naszym wyścigu Michała Gołasia, daje do ręki kolejny argument. Ale to jednak bardzo daleko idące, nie poparte dowodami spekulacje.

A swoją szosą, anegdota o mistrzu świata, którego nie wpuszczono do toalety, bo nie miał przy sobie drobnych, jest naprawdę przednia. Warta byłaby nawet Tour de France.

Skoro oddaliśmy cesarzowi, co cesarskie, teraz o innych Polakach – już krócej, bo nie korzystają z przywileju danego przez „tęczę”. Przemek Niemiec nie pozostawia nam złudzeń, że najlepsze lata już za nim. Pierwsze dziesiątki Wielkich Tourów są poza jego zasięgiem, ale wciąż jeszcze może liczyć, że doświadczenie i łut szczęścia pozwolą mu wygrać etap ważnego wyścigu. Profil naszego touru nie sprzyja jednak takim jego zamiarom.

foto 1Maciek Bodnar przypomniał nam, że potrafi też inne rzeczy, prócz bycia bodyguardem liderów i jazdy na czas. Jego wygrana, po spektakularnej 3-osobowej ucieczce, była miłym urozmaiceniem mniej ciekawej, pierwszej części wyścigu. Za to nie potwierdził wysokich aspiracji Paweł Poljański i nie do końca ufamy w jego różową przyszłość w teamie Olega Tinkova. To, gdzie on siebie widzi, a gdzie widzi go sztab ekipy, niekoniecznie musi się pokrywać.

Najlepiej w pro-tourowej erze Tour de Pologne wypadła reprezentacja Polski. Ładnie zapisali się w kronice wyścigu Kamil Gradek, Kamil Zieliński, Tomasz Marczyński i Marcin Białobłocki, ale uznanie należy się całej ekipie, którą było widać, nawet w końcówkach płaskich etapów.

Białobłocki, mistrz Polski w jeździe na czas, dokonał tu rzeczy zupełnie nieprawdopodobnej. 32-letni zawodnik z kolarskiej trzeciej ligi, swym pierwszym zwycięstwem odniesionym w pierwszym starcie w zawodach rangi WT zaimponowałby nawet Hornerowi. Ucieszył bardzo organizatorów, polskie media, publiczność. Wygrana Polaka w Krakowie, na zakończenie wyścigu, była bardzo na rękę propagandowej machinie, sterującej opiniami telewidzów.

foto 2Jakoś nikt nie chciał zwrócić uwagi szerszej publiczności na uderzające podobieństwo tej historii do Bajki o Kopciuszku. Nie ma konkretnego powodu, by w bajkę nie uwierzyć. Lecz jeśli pod czaszką zapaliło nam się ostrzegawcze światełko, to dlatego, że bajki w kolarstwie mają bardzo różne zakończenia. Polskiemu emigrantowi z Wysp, życzymy, by ten piękny sen trwał jak najdłużej.

W przeciwieństwie do reprezentacji Polski, opiekunowie ekipy CCC Sprandi nie powinni być zadowoleni z występu swych podopiecznych. Davide Rebellin, który parę dni temu skończył 44 lata, jako jedyny dotrzymał kroku czołówce na najtrudniejszym etapie i uplasował się na 11 miejscu generalnej klasyfikacji. To mówi samo za siebie. Aktywność Adriana Kurka, wygranie klasyfikacji górskiej przez Macieja Paterskiego, to jednak mało, jak na imprezę, która miała być głównym celem letnich miesięcy. Nawet Marek Rutkiewicz, do którego obecności w czołówce, jeśli nie całego wyścigu, to przynajmniej gliczarowskiego etapu, przywykliśmy, nie dał kibicom zwykłej porcji satysfakcji.

Zagraniczne gwiazdy, te najjaśniejsze, podokazywały co nieco, odpłacając organizatorom za zaufanie (i chyba nie tylko to). Od innych, których nazwiska z braku lepszych mogły tu uchodzić za budujące jakość imprezy, jak Gesink, Van der Broeck, Monfort, Meersman, Cataldo, Nizzolo, Ewan, można wymagać zdecydowanie więcej. Gesinka usprawiedliwia intensywnie przejechany Tour de France, pozostali na zmęczenie nie powinni narzekać. Przebłyski urozmaicające imprezę zademonstrowali nam Diego Ulissi, Davide Formolo i Mikel Nieve. Z bohaterów pamiętnej edycji 2012 najlepiej wypadł Sergio Henao. Ale po efektownym triumfie na etapie do Bukowiny, zgasł w czasówce i w rezultacie zajął miejsce dość odległe od podium.

podiumKto tu zatem jest wygranym? Poza zwycięzcą wyścigu, Ionem Izaguirre, bo to rzecz nie podlegająca dyskusji.

Bart De Clercq zasłużył na duże brawa, kto wie, czy nie największe. Rywalizację w GC przegrał minimalnie, lecz jego zwycięstwo na etapie do Zakopanego przejdzie do legend wyścigu. Mniej pokazywał się Ben Hermans, na podium wskoczył trochę po partyzancku, ale na ten sukces, jeden z większych w jego CV, jednak zapracował. Na pewno też Matteo Pelucchi, który pokonując Kittela (słabszy, bo słabszy, ale zawsze to Kittel) zgłosił uzasadnione aspiracje do czołówki sprintu.

Największym zwycięzcą jest jednak, mimo całych wcześniejszych zastrzeżeń, Czesław Lang. Firmuje bardzo dobrze przygotowany wyścig, który pomimo braku gwiazdorskiej obsady, obfitował w ciekawe wydarzenia, oferował prawdziwą huśtawkę emocji i trzymał w napięciu do ostatnich sekund. Czego więcej wymagać od world-tourowej tygodniówki? Marzyć można sobie o wielu rzeczach – też chcielibyśmy zobaczyć wspinających się na Głodówkę Froome’a i Quintanę, punktującego na premiach Sagana czy śmigających na ulicach Katowic Manxmana z Gorillą. Ale w myśl starego powiedzenia, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

Krzysztof Suchomski

fot. Szymon Gruchalski

powrót do części pierwszej

klasyfikacja generalna 72. Tour de Pologne