Tour de Pologne 2015: Z karuzeli na huśtawkę, cz.1

 

Tour-de-Pologne-2015Nie o placu zabaw piszemy, choć zabawy, i tej w najlepszym wydaniu, i takiej w cudzysłowie, obejrzeliśmy w ubiegłym tygodniu co nieco. Karuzelę przypominała nam towarzysząca wyścigowi kampania, a huśtawkę nastrojów przeżywaliśmy w trakcie. Nasz narodowy wyścig, jak co roku, wywołuje skrajne emocje, a wachlarz ferowanych w pośpiechu opinii zawiera większość przymiotników mieszczących się pomiędzy „znakomity” a „beznadziejny”. Wszystko zależy od punktu widzenia. Jeśli do oceny 72. Tour de Pologne podejdziemy całościowo i bez emocji, otrzymamy obraz odmienny od kreowanego przez cząstkowe oceny, często dotyczące jednego tylko aspektu imprezy. Ale obraz ten będzie również odmienny od cukierkowego wizerunku marketingowego sprzedawanego opinii publicznej przez połączone siły Lang Team i Telewizji Polskiej.

To, że Czesław Lang i jego ekipa wyrażają się o swojej imprezie w samych superlatywach, łatwo zrozumieć. Kibice kolarscy mają często odmienne zdanie i to też jest naturalna kolej rzeczy. Oni także traktują ten wyścig jako swój i chcieliby nadać mu taki kształt, jaki widzą w swoich, często wyidealizowanych, marzeniach. Rozbieżności, czy nawet konflikty na tym tle będą trwały, bowiem w praktyce nie da się pewnych spraw ze sobą pogodzić. Trzeba dokonywać wyborów, a nierzadko są to wybory tak zwanego „mniejszego zła”. Na wiele decyzji wpływ ma rachunek ekonomiczny, czego przeciętny kibic na ogół nie bierze pod uwagę. A przypomnijmy, firma Lang Team nie jest organizacją charytatywną, czy działającą pro publico bono. Powstała po to, by przynosić zyski właścicielom.

Ilekolwiek krytycznych słów nie padłoby na temat monotonii etapów rozgrywanych na miejskich rundach, czy tak zwanej „baloniady”, Czesław Lang będzie się w tych kwestiach kierował nie zdaniem kibiców, dziennikarzy, estetów czy ekologów, a swojego księgowego. Zostawmy zatem wrażenia estetyczne na boku i przejdźmy do spraw znacznie ważniejszych, mających bardziej istotny wpływ na poziom sportowy i wizerunkowy naszego touru.

Nie ulega wątpliwości, że dużo łatwiej było zapewnić wyścigowi godną obsadę w terminie jesiennym. Tour de Pologne stanowił jedyną alternatywę dla hiszpańskiej Vuelty i wiele gwiazd, szykujących formę na mistrzostwa świata, wybierało właśnie wystarczająco długi i trudny, a nie tak wyczerpujący, polski wyścig. Z perspektywy paru lat po kalendarzowej przeprowadzce, widać wyraźnie, że z roku na rok obsada jest słabsza. Startujący w Tour de France są zbyt zmęczeni, a celujący w jesień jeszcze dalecy od optymalnej dyspozycji. Nota bene, odpuszczeniem wrześniowego terminu zrobiliśmy nieoczekiwany prezent Brytyjczykom. Ich Tour of Britain pełni teraz „naszą” rolę i świetnie na tym wychodzi. Tylko patrzeć jak wskoczą w world-tourowe buty, by umocnić się na tej reducie.

Skąd zatem upór naszych organizatorów, by wyścig rozgrywać na przełomie lipca i sierpnia? Wbrew pozorom nie chodzi tu bezpośrednio o pogodę, która we wrześniu bywa kapryśna. Wynika to bardziej z faktu, że sezon turystyczny w Polsce praktycznie ogranicza się do miesięcy letnich i w tym właśnie terminie samorządy i sponsorzy gotowi są do wyłożenia większych pieniędzy. W sierpniu wyścig gromadzi dużo większą widownię na trasie, a to przekłada się na wyższe obroty w sektorze turystyczno-gastronomicznym i znacznie podnosi wskaźniki efektywności reklamy. Korzystniej wypadają też dzięki temu telewizyjne relacje.

20150802_135121Obstawiamy więc, że Czesław Lang zostanie przy obecnym terminie, bo łatwiej stracić kilka, czy kilkanaście kolarskich gwiazd niż paru dysponujących ładnymi budżetami sponsorów, nie wspominając o dobrych układach z samorządami miast i gmin, które zdążyły już na dobre „zaprzyjaźnić się” z imprezą. To są wybory o charakterze biznesowym, bo też Lang jest biznesmenem, a nie dobrą wróżką z bajki. A co z gwiazdami kolarstwa, za którymi tak tęsknią kibice? Cóż, zawsze można do tej roli awansować Izaguirre, Riblona czy Henao. „Popcornowym” widzom i tak wszystko jedno z kim dokładnie ma wygrać nasz narodowy bohater. Zakładamy, że do tej ostatniej roli Lang zawsze kogoś namówi (ma spory dar przekonywania), choć wyboru wielkiego nie ma.

Tu dochodzimy do równie drażliwej kwestii, jaką są występy polskich zawodników. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć zależności między sukcesami Polaków a popularnością kolarstwa (czy innej dyscypliny sportu). Polska gwiazda, taka jak mistrz świata czy zwycięzca etapów Tour de France, to medialna lokomotywa całej imprezy. Jeśli gwiazda zawodzi, fala zainteresowania opada, a u zagorzałych kibiców wzmaga się frustracja, która potem przekłada się na ocenę samej imprezy. Łatwiej przymknąć oko na pewne niedociągnięcia i estetyczne dyskomforty, gdy dusza śpiewa z radości po polskich zwycięstwach. Rozczarowanie występami naszych przekłada się wzmożone pretensje kierowane w stronę organizatorów.

foto 2To także jeden z powodów, dla których organizatorzy tęsknie wypatrują zwycięstw Polaków. Czy to ciśnienie na polski sukces (wydatnie zwiększone niewypałem związanym z występem Kwiatkowskiego) miało swój udział w żenującym zamieszaniu związanym z wynikami ostatniego etapu? Wbrew docierającym zza granicy sugestiom (na szczęście bardziej jednostkowym niż powszechnym), mamy nadzieję, że jednak nie. Niewielka to jednak pociecha, że przyczyną wtopy był „zwykły”, a nie celowy bałagan. Cokolwiek tu zawiniło, złe wrażenie w tak newralgicznym momencie negatywnie wpływa na wizerunek imprezy.

A szkoda, bo do tego momentu wyścig był realizowany profesjonalnie i nawet państwowa telewizja, tradycyjnie zbierająca cięgi od kibiców, tym razem stanęła na wysokości zadania. Tej ostatniej przydaliby się jednak komentatorzy kolarscy z prawdziwego zdarzenia. Jeśli nie nastąpi wymiana obecnej ekipy, to przez długie lata skazani będziemy na serwowane nam garściami rewelacje typu: stroje do etapu jazdy na czas dostarcza kolarzom organizator wyścigu.

Organizację wyścigu zapisujemy jednak na plus imprezy. A największym sukcesem organizatorów, naszym skromnym zdaniem, było przygotowanie wspaniałej trasy etapu do Zakopanego. To ten właśnie etap okazał się dużo bardziej godny miana „królewskiego”, niż trochę na siłę promowany, dobrze już znany odcinek do Bukowiny. Mamy w Polsce trasy godne kolarskiego czempionatu i jeśli Zakopane porzuci mrzonki o Zimowych Igrzyskach Olimpijskich, a skoncentruje się na realnie osiągalnych celach, możemy gościć u nas mistrzostwa świata jeszcze w tej dekadzie.

20150802_124657Obsada tegorocznego wyścigu, z powodów omówionych wcześniej, nie rzucała na kolana. W porównaniu z innymi tygodniówkami World Touru, lista startowa prezentowała się skromnie niczym wypłata kasjerki w Biedronce. Poza naszym Michałem, jedynymi gwiazdami pierwszej wielkości byli Marcel Kittel i Fabio Aru. Nie zachwycili, ale zrobili swoje. Kittel wygrał etap, a Aru, mimo początkowych zapewnień o treningowym potraktowaniu startu, włączył się do walki i pokazał się z dużo lepszej strony niż w swoim czasie jego rodak, Nibali.

Pięknie skomponowana trasa drugiej części wyścigu miała widoczny wpływ na przebieg rywalizacji, która swoją intensywnością mogła zadowolić nawet najbardziej wybrednych znawców. O tej rywalizacji, jej bohaterach i zwycięzcach przeczytacie niebawem w drugiej części podsumowania.

 

Krzysztof Suchomski

fot. Emilia Skwarek, Szymon Gruchalski

część druga podsumowania