Gwiazdy i woziwody

 

Jest środek maja. Nie tylko wiosna w pełni. Rozkręca się Giro d’Italia, wypadałoby do Filmoteki Arcydzieł dorzucić coś na czasie. A że maj to także pora zakochanych, będzie i o uczuciach.

Zdarzyło się Wam zadurzyć w filmie? Pewnie nie raz, nie dwa. A w filmie o kolarstwie?

Mnie tak. Choć skłamałbym twierdząc, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Pierwszy raz obejrzałem film Jørgena Letha przed laty w pionierskich czasach telewizji kablowej w Polsce. Na tronie kolarskim sadowił się właśnie król Miguel Pierwszy. Pewnego wieczoru przypadkiem trafiłem na emisję filmu o kolarstwie w jednej z niemieckojęzycznych stacji.

Podobało mi się, bo rozpoznawałem legendarnych kolarzy, z grubsza orientowałem się, o co chodzi, ale niemieckiego nie znam, wiec nie wszystko docierało do mnie, tak jak powinno. Ucieszyłem się bardzo, gdy rozpoznałem jednego z bohaterów filmu, Ole Rittera, bo pamiętałem go z Wyścigu Pokoju i wiedziałem, że potem zrobił karierę jako profi. Duńczyk jest w filmie jedną z pierwszoplanowych postaci – nic dziwnego, reżyser z Danii, więc swojaka promuje.

Potem nastąpiło rozstanie i nie widzieliśmy się z filmem całe wieki. Ale w międzyczasie poczytałem „małe conieco” i dotarło do mnie, że oto wtedy los postawił mi przed nosem kultowe dzieło, a ja nie miałem dość rozumu ani refleksu, by w porę uruchomić magnetowid. Żal było szansy, ale co z oczu, to i z serca.

Dwa lata temu szukając w sieci materiałów o Giro, natknąłem się na film ponownie. Tym razem strzała Amora trafiła celniej. Obraz zrobił na mnie olbrzymie wrażenie, bynajmniej nie tylko dlatego, że w wersji angielskiej stał się bardziej zrozumiały. Od tego czasu obejrzałem go kilka razy, za każdym razem ciesząc się innymi scenami, znajdując wciąż nowe smakowite detale. Bo dzieło Letha jest jak wino – im starsze, smakuje coraz lepiej. Perspektywa czasu dodaje mu głębi, skłania do porównań, wyciągania konkluzji. A często, w wielu fragmentach, widza z mojego pokolenia po prostu wzrusza.

Czas odkryć rąbka tajemnicy przed tymi, którym tytuł niewiele mówi. Film opowiada o Giro d’Italia 1973 roku. Przedstawia bohaterów zmagań i w sposób kronikarski ukazuje ich rywalizację i jej kluczowe momenty. Ale widzimy i słyszymy też rzeczy, zwykle umykające obiektywom kamer, dziejące się „poza kadrem” sportowych sprawozdań,  jakie przywykliśmy oglądać w naszych odbiornikach. Zaglądamy za kulisy wyścigu, poznajemy jego tajemnice, oddychamy jego klimatem. Czujemy się tak, jakbyśmy tam byli – to zdecydowanie mocna strona tego dokumentu.

Porównujemy, wyłapujemy podobieństwa i różnice między tamtym a dzisiejszym kolarstwem. Upewniamy się, że siłą kolarstwa jest prostota zasad, a w taktyce nie ma wielkiej filozofii – i wtedy i dziś chodzi dokładnie o to samo. Ale, gdy słuchamy o ówczesnych zarobkach największych asów, nadchodzi nieuchronna refleksja. Czy to oni byli frajerami, że ryzykowali zdrowie za tak niewielkie (w dzisiejszym pojęciu) pieniądze, czy też dzisiejsi władcy marionetek, to idioci bez umiaru przepłacający sportowych celebrytów? A może tak się wtedy płaciło? W końcu, Jimi Hendrix za występ na festiwalu w Woodstock skasował tylko 100 tysięcy dolarów i była to największa wypłacona tam gaża. Inni zarobili jeszcze mniej. Trudno uwierzyć, zważywszy, kto tam grał i śpiewał. Dziś tej miary gwiazdy za wyjście na scenę podczas takiego eventu zarabiają miliony.

A skoro o artystach mowa. Reżyser jest dokumentalistą, ale i poetą, co nie tylko słychać, lecz i widać. Są w tym filmie sceny wręcz magiczne, jakby żywcem wycięte z dzieł Felliniego. Były też sceny w późniejszych montażach usunięte (można je odnaleźć w niektórych wersjach), jak choćby kapitalny fragment, w którym kolarze w trakcie etapu przeprowadzają ze sobą wywiady podtykając sobie pod nos wielki mikrofon z ciągnącym się z samochodu kablem. Padają tam pytania kierowane do Merckxa z wyraźną pretensją, ale i wyczuwalnym podtekstem.

Jedna z różnic, o których była mowa, polega na tym, że wtedy pewnych wątpliwości publicznie nie ujawniano. Teraz do dociekliwych pytań przywykliśmy – padają codziennie na forach i portalach całego świata. Bo trzeba też wyjaśnić, że film opowiada o walce ludzi z … No właśnie, kim? Nazywano go Kanibalem, pożeraczem nagród. Pewnie dlatego, że nie znano jeszcze pojęcia Terminator – film z pamiętną rolą Schwarzeneggera ukazał się o dekadę później. A na Stars and watercarriers widzimy właśnie Terminatora, dla którego słowo wycieniowany najwyraźniej nie istniało. Wygrywającego w sposób nadludzki,  zmiatającego rywali ze swojej drogi.

A z drugiej strony widzimy scenki, które można by uznać za obrazki z życia przeciętnych ludzi. Jak scena kończąca film. Ole Ritter, czołowy kolarz świata, po zakończeniu wyścigu, osobiście odkręca koła roweru, upycha je i ramę do bagażnika (!!!) osobowego auta,  jakim dziś dojeżdża do roboty magazynier i siada za kierownicą, by wrócić do domu. Jakby to była ustawka amatorów, a nie jedno z największych sportowych wydarzeń roku.

Za chwilę zgasną światła i zacznie się seans. Jeszcze macie szansę – możecie wyjść z kina. Bo jeśli zostaniecie, wpadniecie po same uszy i już się z mocy tego filmu nie wyzwolicie.

Zostaliście formalnie ostrzeżeni. Reflektor Bossa nie ponosi odpowiedzialności za skutki Waszej decyzji.