Flandryjska Piękność

Szanowni Widzowie,

Inaugurujemy dzisiejszym seansem cykl nazwany Filmoteką Arcydzieł. Zanim jednak zagłębicie się wygodniej w fotelach, by nacieszyć oczy filmowym obrazem, pozwólcie mi dokonać krótkiego wprowadzenia.

Bohaterem prezentowanej dziś historii jest doroczny, jednodniowy wyścig kolarski, w języku niderlandzkim zwany Ronde van Vlaanderen, zaś we francuskim Tour des Flandres. Oba języki są urzędowo równoprawne w Belgii, gdzie wyścig jest organizowany już od 1913 roku. Niemniej, ponieważ wymyślili go mieszkańcy Flandrii, by sławił ich ziemię i ich tradycje, tam w pierwszym rzędzie jest uważany za największą świętość. A dzień wyścigu, zawsze jest to niedziela na przełomie marca i kwietnia, traktuje się jak narodowe święto.

Nie trzeba chyba dodawać, że i zwycięzca tych zawodów cieszył się od zarania sławą narodowego bohatera. Z czasem, gdy wyścig nabrał międzynarodowego charakteru i stał się jednym z najważniejszych wydarzeń kolarskich na świecie, jeszcze większym marzeniem każdego Flamanda było odniesienie w nim zwycięstwa.

To najtrudniejszy jednodniowy kolarski maraton. Są wprawdzie wyścigi o dłuższej trasie, lub o większej liczbie brukowanych odcinków, albo o dłuższych i wyższych podjazdach, ale po pierwsze jest ich bardzo, bardzo niewiele, a po drugie tylko Ronde van Vlaanderen ma to wszystko razem, w tak zabójczym stężeniu. Towarzyszy temu chimeryczna pogoda – chłodna lub wręcz zimna, wietrzna i nierzadko deszczowa. A ponieważ cel jest tak trudny do zdobycia, a oblicze wyścigu zmienne, wręcz kapryśne jak kobieta, obdarzono go mianem Vlaanderens Mooiste – Flandryjskiej Piękności.

Eddy Merckx, największy kolarz wszechczasów, uznany też najwybitniejszym Belgiem XX wieku, mówił, że dzień rozgrywania Ronde van Vlaanderen był zawsze najbardziej wyczekiwanym i najsilniej przeżywanym dniem w roku. Zwycięstwo w nim smakowało mu najbardziej, bo wyścig rozgrywany jest na oczach oblegających trasę milionów rodaków, a do tego wymaga nie tylko żelaznego zdrowia i kondycji, ale i mistrzowskiego panowania nad rowerem. Ponieważ nic w tym wyścigu nie jest łatwe, ani proste, nawet na moment. Oprócz wyboistych, śliskich nawierzchni, męczących podjazdów i niebezpiecznych zjazdów, dodatkowe utrudnienia kumulowane są przez liczne zakręty i zwężenia drogi, wysepki, przejazdy kolejowe powodujące, że przy dużej liczbie przepychających się współzawodników nie można pozwolić sobie nawet na chwilę wytchnienia i dekoncentracji. Nieuwaga czy błąd kończą się brzemiennym w skutkach upadkiem.

Dlatego wygrać tu jest tak trudno. Samemu Kanibalowi Eddy’emu udało się to dwa razy, a tylko sześciu kolarzy w historii 98-miu edycji dokonało tego trzykrotnie, w tym nadal startujący Belg Tom Boonen i Szwajcar Fabian Cancellara – tegoroczny triumfator.

Film nosi tytuł DE RONDE VAN VLAANDEREN i jest dziełem zrealizowanym przez redakcję sportową VRT  (Flamandzkie Radio i Telewizja) w 2003 roku. Niestety, dysponuję wyłącznie flamandzką wersją językową, ale na szczęście nazwiska kolarzy nie są trudne do zrozumienia, a w większości przypadków wizja mówi sama za siebie.

Wyścig jest powodem powstania tego dokumentu, ale jest to także, a może przede wszystkim, film o ludziach. Wspaniałych sportowcach – odważnych, wytrzymałych, odpornych, przełamujących ekstremalne trudności i przeciwieństwa oraz własne chwile słabości. Każdy z nich, niezależnie od tego, na którym miejscu dojechał do mety, jest w pewnym sensie wielkim zwycięzcą.

Teraz pozostawiam Państwa sam na sam z Flandryjską Pięknością.