Le Tour 2015: Podsumowanie – cz. II, Sky przed peletonem

 

Nie ulega wątpliwości, że 102. edycja Wielkiej Pętli przebiegała pod dyktando Teamu Sky. Ekipa Sir Davida Brailsforda była do wyścigu najlepiej przygotowana, najlepiej zorganizowana i dokonała wyboru najbardziej skutecznej strategii. Jej szef może nie imponuje szosowym obyciem i doświadczeniem, jak menedżerowie „zasiedziali” w branży jeszcze od lat 80 i 90, lecz to jego zespół najlepiej „odrobił lekcje” przed najważniejszą kolarską imprezą.

21skymetaPo pierwsze, kolarze Sky mocno popracowali nad elementami wcześniej stanowiącymi ich słabe strony. Dzięki temu nie doznali strat, a przeciwnie, zyskali w pierwszym tygodniu. Radzili sobie na bruku, przy wietrznej pogodzie, potrafili obronić swe pozycje w tłoku. Nie przewracali się, ani nie zostawali z tyłu na zjazdach. W ten sposób wytrącili z ręki atuty przeciwnikom.

Po drugie, Brailsford może „wyścigowe” doświadczenie ma mniejsze niż Unzue, Madiot czy Lefevere, za to strategie wojenne są mu znane doskonale. Widać, że lektura Clausewitza czy Sun Tzu nie była mu obca. W jego planie podboju Touru, poznajemy echa podbojów wielkich zdobywców. Jego strategia sprowadza się do trzech punktów: 1. Pierwszym uderzeniem rozbić główne siły wroga. 2. Złamać morale obrońców. 3. Utrzymać zdobyty teren.

Plan stosunkowo prosty, o ile posiada się narzędzia i wykonawców zdolnych do jego realizacji. W tym wypadku nietrudny też do przewidzenia, dlatego było dla nas niespodzianką, że przeciwnicy tak łatwo dali się zaskoczyć. Wydawało się oczywiste, że brytyjski zespół powtórzy, a nawet udoskonali zwycięską strategię, skutecznie sprawdzoną w 2013 roku. Ze zdziwieniem przyjmowaliśmy docierające via ekran i monitor wypowiedzi menedżerów innych teamów, że pierwszy etap w Pirenejach będzie remisowy, typowe badanie sił i podobne dyrdymały.

froome 2Uderzenie Sky sparaliżowało pozostałe ekipy. Najgroźniejsi przeciwnicy otrząsnęli się z tego paraliżu dopiero w końcówce wyścigu. Wyczuli, że kolarze z niebieskim pasem słabną, a Chris Froome pozbawiony swoich „dobermanów”, Thomasa i Porte’a, nie jest niepokonanym robotem. Było już jednak za późno, by od nowa zakręcić kołem fortuny.

Wyraźna supremacja Sky Teamu prowokowała lawinę „zażaleń” ze strony pokonanych, od śmiesznych do całkiem sensownych – jak opublikowana na blogu wypowiedź Olega Tinkova. Rosyjski magnat, bodaj największy przegrany tegorocznej Wielkiej Pętli, w swoim stylu stwierdził, że dalsza przewaga Sky „zabije biznes”. Co ciekawe, Rosjanin nie doszukuje się w niej (jak Francuzi) żadnych teorii spiskowych, analizując to raczej w kategoriach biznesowo – organizacyjnych. Wyższość Brytyjczyków widzi nie tyle w samej wysokości budżetu (33 mln euro, w porównaniu do 27 mln euro jego zespołu) co w długofalowym planowaniu. Podczas, gdy pozostałe ekipy co roku z trudem spinają budżety, planując działania w krótkim horyzoncie, team Brailsforda prowadzi politykę perspektywicznego inwestowania. W ludzi, w sprzęt, w technologie. To pozwala im być zawsze o krok przed konkurencją, implementować wszelkie nowinki szybciej. Kto chce z nimi konkurować, musi do tego technologicznego „wyścigu zbrojeń” przystąpić. A do tego, konkluduje Tinkov, potrzebne są większe zyski pozostałych teamów.

Jeśli coś nas w tej wypowiedzi dziwi, to właśnie to, że pochodzi od kogoś, dla którego długoterminowe finansowanie nie powinno stanowić problemu nie do przeskoczenia. W końcu, co (poza kapryśnym charakterem) przeszkadza właścicielowi banku uruchomić równie długoterminowe finansowanie swojego teamu? I czy nie taka miała być właśnie rola tak zwanych teamów pro-narodowych ze wschodniej Europy? Czy nie po to zakładano te Katiusze i Astany? Nie po to pompowano tam wielkie fundusze, by stworzyć stabilne i silne teamy, zapewnić na lata szkolenie i rozwój uzdolnionej młodzieży? Najwyraźniej pod względem racjonalności i efektywności wykorzystania środków finansowych wschodnie ekipy kolarskie zdecydowanie ustępują Brytyjczykom.

quintana2Jeśli niebiesko-czarni dominowali jako drużyna, ich lider, Chris Froome indywidualnie przewyższał rywali i zasłużenie odbierał nagrody w Paryżu. Pierwszy, od czasu Merckxa, zdobył jednocześnie maillot jaune i koszulkę w grochy. Nie było w tym rozmachu Merckxa czy Hinaulta, którzy pobiliby rywali dużo dotkliwiej. „Froominator” aż takim władcą peletonu nie był. Czy może być kolejnym w historii Le Grande Boucle trzykrotnym triumfatorem? Jeśli nie dokona tego w przyszłym sezonie, potem z każdym rokiem będzie mu trudniej. Rywale, dziś jeszcze słabi, będą rośli w siłę.

Czy najbliższa przyszłość Tour de France to pojedynki Froome-Quintana? Przyszłość przed młodszym Nairo Quintaną, lecz dzisiaj lepszym, wszechstronniejszym kolarzem jest Brytyjczyk. Umiejętności Kolumbijczyka w zasadzie ograniczają się do wspinaczki. To ostatnie idzie mu wspaniale, ale kiepski z niego descender, przeciętny czasowiec i łatwo gubi się na płaskich etapach. Wiele elementów kolarz Movistaru musiałby poprawić, by wygrać „normalny” Tour de France. Mamy też wrażenie, że potrzebuje wciąż opieki starszych. Znacznie lepiej i pewniej czuje się, mając u boku „suflera” w postaci rutyniarza Alejandro Valverde, co pięknie ilustruje fotka poniżej.

Dla tego ostatniego był to bodaj najlepszy Tour (nigdy się nie dowiemy, jak pojechałby w 2006). W tegorocznej formie spokojnie byłby na podium także rok temu. Nie przegrałby z Francuzami, choć z Nibalim chyba tak.

valv i quintCzy w takim razie to Movistar, mając tak dobry duet, bardziej ten wyścig przegrał niż brytyjski team go wygrał? To byłby zbyt pochopny wniosek. Nie wiemy, co zdarzyło by się, gdyby kolarze hiszpańskiej drużyny zaatakowali wcześniej. Czy mieli wystarczającą ilość paliwa w bakach, by atakować mocniej i częściej? Trzeba pamiętać, że atakowanie najbardziej wyniszcza siły atakującego. Bronić się jest łatwiej. A poza tym, nie możemy się oprzeć wrażeniu, że dwa miejsca na podium jednak Eusebio Unzue zadowalały i obawiając się łapiącego drugi oddech Rekina z Messyny, nie postawił wszystkiego na jedną kartę.

Vincenzo Nibali w Alpach wrócił do gry i wyraźnie rozruszał kulejącą imprezę. Nie zrealizował jednak swego najważniejszego celu: nie przekonał kibiców, że jest zwycięzcą Tour de France godnym postawienia w jednym rzędzie z wielkimi sławami, że zawdzięcza sukces sobie, a nie wypadkom rywali. Był tu w formie zdecydowanie słabszej niż rok wcześniej, bądź na Giro 2013, choć jego szef, Vinokourov, nie podzielał tej opinii, słabości Sycylijczyka dopatrując się w głowie, nie w nogach. Jakkolwiek by z tą formą nie było, Rekin nie powinien pozwolić, by jego frustracje przekładały się na niepotrzebne polemiki, czy to z rywalami, czy w własnymi przełożonymi.

O Alberto Contadorze już pisaliśmy – głowa chciała, nogi nie niosły. Agresywna jazda Astany na Giro d’Italia dała mu się mocno we znaki. Richie Porte, który opuścił włoski maraton tydzień wcześniej i nie miał w nogach Dolomitów, demonstrował na francuskich szosach dużo więcej świeżości. El Pistolero powtórzył sukces z 2011, ale był od dubletu Giro-Tour jeszcze dalej niż wówczas. A skoro na naszych oczach nie dokonał tego najwybitniejszy grand-tourowy specjalista swojego pokolenia, jest to wymownym świadectwem, jak wysoko była zawieszona poprzeczka.

Szkoda, że nie ukończył wyścigu Tejay Van Garderen. Podium chyba jednak było poza jego zasięgiem, ale miejsce w top 5, przy takiej dyspozycji Contadora, było realne. Amerykanin wyczerpuje listę głównych graczy przy stoliku klasyfikacji generalnej. Reszta, w mniejszym czy większym stopniu, stanowiła tło tej rywalizacji.

sagan descentKogo jeszcze zaliczyć możemy do bohaterów tegorocznej edycji? Z pewnością Petera Sagana. Słowak, mimo, że znów nie wygrał etapu, zdobył we Francji coś więcej niż (czwartą już) zieloną koszulkę zwycięzcy klasyfikacji punktowej. Waleczną postawą odzyskał serca kibiców. I gdyby o przyznaniu nagrody w kategorii Most Combatitive Rider nie decydowała polityka, trafiłaby ona do kolarza Tinkoff – Saxo.

Sagan zdecydowanie pokonał „na punkty” Andre Greipela, ale to Niemiec wygrał cztery etapy, w tym najbardziej prestiżowy, na Polach Elizejskich. Gorilla trafił w końcu na swój rok. Pomogły mu w tym absencja Kittela, słaba forma Cavendisha i Kristoffa, wypadek Bouhanniego, ale chwała mu za to, że swoją szansę uchwycił i do końca wyścigu nie wypuścił z rąk.

Parę zdań o kolarzach francuskich, z których występem tak wielkie wiązano nadzieje. Z grona kandydatów do podium lepiej wypadł ten, na którego mniej liczono, Romain Bardet. Ale zarówno on, jak i Thibaut Pinot, nie są ani na tyle mocni, ani na tyle dojrzali psychicznie, by poważnie rywalizować o zwycięstwo w Wielkiej Pętli. Co więcej, wydaje się, że do takiej rywalizacji nie dojrzały ich teamy i stojący na ich czele ludzie. Czasy, gdy wystarczyło przez okno samochodu dziarsko pokrzykiwać Allez, allez!!!, odeszły bezpowrotnie w przeszłość.

Basso plus contadorObaj kolarze z rocznika 1990, oraz o rok młodszy Barguil, mają naturalnie czas, by się jeszcze rozwinąć. Na razie, i to jest generalna konstatacja – pomimo, iż kolarstwo aż prosi się o pokoleniową zmianę, pokolenie 1990 nie dojrzało jeszcze, by przejąć stery w zawodowym peletonie. Dominuje gwardia trzydziestolatków i trzydziestolatków plus. Ich szeregi w naturalny sposób będą się przerzedzać. To skądinąd ciekawe, jaki układ sił wytworzy się po odejściu Contadora, Valverde, Purito, czy Nibalego. Mowa tu o Grand Tourach, bo w kwestii sukcesji po wielkich mistrzach klasyków sytuacja wydaje się bardziej klarowna. A skoro pada słowo „klasyki”, to wspominając etapowy triumf Vuillermoza, czy wiosenne harce Alaphilippe’a i Gallopina, zaiste niewiele ryzykujemy, przepowiadając, że wcześniej Francuz wygra monument niż Wielką Pętlę.

Kto, poza już wymienionymi, może się czuć usatysfakcjonowany lipcowym startem? Niewątpliwie Robert Gesink, jeszcze niedawno spisywany na straty. Mimo tylko jednego miejsca różnicy w tabeli, „wizerunkowo” pobił na głowę rywalizującego z nim rodaka, Bauke Mollemę. Odnotowujemy debiut w top 10 Mathiasa Franka, ale za wrażenia artystyczne – jedynka. Dużo lepsze wrażenie zrobił na nas najbardziej niedoceniany kolarz gospodarzy, Pierre Rolland.

Do bohaterów wyścigu zaliczamy wykonującego tytaniczną pracę Gerainta Thomasa (potwierdził niesamowity grand-tourowy potencjał) i pechowego, choć szczęśliwego (z powodu maillot jaune) Tony Martina. Miło wspominamy występ braci Yates, którzy uratowali wyścig dla Oriki, ich rówieśnika Boba Jungelsa oraz całego zespołu MTN-Qhubeka. Byłby to bardzo udany Tour dla BMC, gdyby dowieźli do mety Van Garderena. Pozostało im się cieszyć z etapowych zwycięstw.

W żaden sposób nie powinni okazywać zadowolenia z tegorocznego występu: Uran, Kelderman, Dan Martin, Cavendish, Kristoff i Démare. Rozczarował, mimo wygrania dwóch etapów, Joaquin Rodriguez, ponieważ nie podjął walki w klasyfikacji generalnej.

Do wielkich przegranych (poza Francuzami) należy zespół Tinkoff – Saxo (pękł balonik) oraz ich rywale z Astany. Mniej niż w ostatnich latach powodów do zadowolenia miała drużyna Giant – Alpecin. To Geschke, a nie Degenkolb, ratował ich honor. Ten ostatni, ani nie potrafił zastąpić Kittela (chyba nie było to w jego mocy), ani nie zwojował niczego w „swojej niszy”.

majka 11Zawodem była, o czym pisaliśmy, forma Michała Kwiatkowskiego. Trudno mieć zastrzeżenia do pozostałych Polaków. Rafał Majka, oddelegowany do pomocy Contadorowi, wygrał trzeci etap w Wielkiej Pętli. Swoją pracę, choć bardziej w cieniu, wykonywał też sumiennie Bartek Huzarski. Może przeżyliśmy z „polskiego powodu” mniej emocji niż ostatnio, ale szybko zapomnimy o negatywach, gdy zobaczymy efektowne występy Kwiatka na Tour de Pologne i Majki na Vuelta a España.

Sto drugi Tour de France, nad którego percepcją i oceną tak bardzo zaciążyły kontrowersje i niezdrowe emocje, przeszedł do historii. Zapewne ona, po latach, wystawi bardziej obiektywną cenzurkę.

Krzysztof Suchomski

klasyfikacja generalna Tour de France 2015

powrót do części I