Le Tour 2015: Podsumowanie – cz. I, Zachwianie równowagi

 

medal tourSto druga edycja Tour de France nie należała do tych, które po latach wspominane są przez kibiców z rozrzewnieniem. Wielkie nadzieje, które towarzyszyły przygotowaniom do imprezy, zawiesiły poprzeczkę niewiarygodnie wysoko. Czytając niektóre wypowiedzi, miało się wrażenie, że czeka nas nieomal Tour Stulecia. Do tego wszystkiego, zeszłoroczne sukcesy francuskich kolarzy wytworzyły w tym kraju fałszywy obraz możliwości tamtejszego kolarstwa. Francuskie „nadmuchiwanie balonika” spowodowało, iż Tourowi od początku towarzyszyły bardzo silne, często skrajne, emocje.

Niestety, kamyczek do tego ogródka wrzucili też organizatorzy. Układając tegoroczną trasę, zlekceważyli tradycję wyścigu, stanowiącą dotąd solidny fundament jego niepodważalnej pozycji. ASO dało tym samym czytelny sygnał, że przestaje być stojącym ponad rywalizacją, obiektywnym arbitrem. W połączeniu z wrzawą rozpętaną we francuskich mediach dało to pożywkę do wytworzenia wokół wyścigu klimatu o mocno nacjonalistycznym zabarwieniu. Taki klimat uruchamia zachowania ekstremalne i niedopuszczalne, których w kolarstwie nie chcielibyśmy oglądać.

Słaby (w porównaniu do oczekiwań) występ francuskich cyklistów wytworzył w miejscowych kibicach frustrację, przeradzającą się w agresję – już nie tylko słowną. To bardzo niebezpieczna tendencja. Zważywszy specyfikę tego sportu, w którym niczym nie chroniony zawodnik pozostaje przez długie godziny w bezpośrednim kontakcie z widzem, jest to po prostu igranie z ogniem. W tym roku przekroczono nie tylko granice przyzwoitości i dobrego smaku. Naruszono nietykalność cielesną zawodników.

20 1Taki przypadek miał ostatnio miejsce w 1975 roku – opisywaliśmy to niedawno, wspominając pamiętną rywalizację Merckxa z Thevenetem. Ale wówczas sprawca został natychmiast po wydarzeniu ujęty. Teraz, mimo wszechobecności wszelakich urządzeń rejestrujących, sprawcy pozostają bezkarni, ciesząc się nieukrywanym poparciem prowodyrów, którzy rozpętali tę całą kampanię. Tegoroczne chuligańskie występki, będących w olbrzymiej mniejszości widzów, są jednak precedensem, który może mieć nieobliczalne następstwa. Właśnie z powodu przymykania na nie oczu przez organizatorów, służby porządkowe i władze. Ta strusia polityka może zrodzić naśladowców, a co gorsza „chorą” rywalizację na tym polu, celem zyskania sławy w mediach społecznościowych. Kto zagwarantuje, że po pięściach nie przyjdzie kolej na ostre narzędzie, a po moczu nie poleje się kwas?

Stało się. W tym roku ogon zaczął machać psem. Otoczka wyścigu była dla żądnych sensacji mediów ważniejsza niż sam jego przebieg w sportowym wymiarze. Argumenty, kontrargumenty, pseudoargumenty, prowokacje i dywagacje zdominowały dyskusje o najpiękniejszej kolarskiej imprezie. Patrząc na to, przysłuchując się temu, odczuwaliśmy niemal fizyczny ból. I mamy serdecznie dość tych wszystkich idiotów, którzy tak uwielbiają sikać do własnego piwa.

17 e czołówkaWróćmy teraz do rozpoczętej, a jeszcze nie zakończonej, kwestii trasy tegorocznego Tour de France. Przed wyścigiem chwaliliśmy organizatorów za utrudnienie etapów zwykle uważanych za łatwy łup sprinterów. Okazało się to kijem o dwóch końcach. Niewątpliwie wpłynęło na atrakcyjność etapowych końcówek. Spowodowało jednak, że wyścig nabrał charakteru niekończącej się trzytygodniowej konfrontacji zawodników i zespołów rywalizujących w klasyfikacji generalnej. Podobne zjawisko obserwowaliśmy także na Giro d’Italia. Niewykluczone więc, że mamy do czynienia z tendencją, która trwale zmieni charakter Wielkich Tourów. Konsekwencje takich zmian są wcale niemałe.

Tradycją Tour de France (i pozostałych GT) było rozgrywanie rywalizacji między faworytami do podium na wybranych etapach. Pozostałe wielcy wyścigu wspaniałomyślnie oddawali we władanie harcownikom bądź sprinterom. Taka strategia rozgrywania zawodów pozwalała im oszczędzać siły i skoncentrować wydatek energii na kilka decydujących uderzeń. Produkowało to etapy pozbawione emocji, ale miało tę zaletę, że wyścig rozgrywany według formuły „dla każdego coś miłego”, podobał się większej części uczestników, a nie mocno ograniczonemu gronu pretendentów do czołowych miejsc. Ci ostatni, zmuszeni do codziennej harówki w pocie czoła, też zresztą dali wyraz swej dezaprobacie po Giro. Narzekali i teraz, z tych samych powodów: przemęczenie i wzrost zagrożenia bezpieczeństwa.

W obecnych okolicznościach postulowana przez Olega Tinkova rywalizacja o dublet Giro-Tour wymagałaby od stających w szranki nadludzkiej wytrzymałości. O walce w trzech Grand Tourach w ogóle nie warto wspominać – to czysta utopia, którą gospodin Tinkov może sobie realizować w ProCycling Managerze.

contadorContador, jedyny z tak zwanej Wielkiej Czwórki, który miał w nogach Giro, wyglądał we Francji jak cień samego siebie. Zmęczony, odpadający od rywali El Pistolero, to jeden z najbardziej przykrych widoków tegorocznego Touru. Żal było patrzeć jak męczy się wielki kolarz, który we krwi ma ofensywną, fantazyjną jazdę, a tu staje na z góry przegranej pozycji.

Podobnie przykrym widokiem była dla nas słaba forma mistrza świata. Michałowi Kwiatkowskiemu zdarzył się zaskakujący dołek formy. Głowa chciała, nogi nie pozwalały. Samą ambicją nie dało się ujechać. Mistrz świata musiał w ostatnim tygodniu wycofać się z trasy, co stało się pożywką do różnych domysłów i spekulacji, bowiem wyjątkowo kiepska forma zbiegła się w czasie z informacjami o rozstaniu się Michała z teamem Etixx i różnicach zdań między nim a Patrickiem Lefevere.

nibali 12Zawód ze strony niektórych kolarzy, kunktatorstwo innych (bo i po Nibalim oczekiwaliśmy więcej i Van Garderen wycofał się tak niepodziewanie) wpływały na postrzeganie rywalizacji, jako rozczarowującej, znacznie mniej ciekawej niż zapowiadano. Było więc sporo nakładających się czynników, mogących psuć widzom humory. I one dawały pożywkę malkontentom i frustratom, malującym obraz wyścigu w krzywym zwierciadle.

Szybko zapomniano o pozytywach. Choćby o początkowej fali zachwytów po pierwszych etapach. Bo jak na pierwszy, „rozbiegowy” tydzień Wielkiej Pętli, działo się przecież niesamowicie dużo. Do pierwszego dnia w Pirenejach emocje były olbrzymie. Niestety, decydujące dla losów klasyfikacji generalnej uderzenie ekipy Sky na La Pierre-Saint-Martin, spowodowało kapitulację ich przeciwników i „zmarnowano” dla wyścigu dwa pozostałe pirenejskie etapy. W ten sposób drugi tydzień rozczarował wszystkich, poza kibicami Sky, i mocno zaważył na ocenie wyścigu, spychając w zapomnienie wrażenia z pierwszego tygodnia.

Ostatni tydzień, pomijając chamskie wybryki, również przyniósł męską walkę. Wprawdzie bohaterowie byli już mocno zmęczeni, a Wielka Czwórka zamieniła się w zasadzie w Wielką Dwójkę, ale okazało się, że do przedostatniego etapu, nic jeszcze nie było stuprocentowo przesądzone. I pewnie, gdyby nie to wspomniane zachwianie równowagi i towarzysząca temu huśtawka nastrojów, patrzylibyśmy na 102. edycję Le Grande Boucle innym okiem.

Postawę najważniejszych aktorów tego spektaklu i wspomagających ich teamów „rozpracujemy” w drugiej części podsumowania, na którą z góry zapraszamy.

Krzysztof Suchomski

część druga podsumowania