Tour 1984: Wojna domowa, roz.1

 

Opowieść o Tour de France z 1983 roku zakończyliśmy stwierdzeniem, że Laurent Fignon, nieopierzony kogucik, który wygrał największy kolarski wyścig na świecie, dzięki nieszczęściu lepszych od siebie, nie był poważany jako pełnoprawny triumfator.

TDF-RETRO-100ANS-FIGNONA jednak w czerwcu 1984 roku, ten młodzieniec o fizjonomii intelektualisty przypadkowo zabłąkanego w tłum gladiatorów, odważył się rzucić wyzwanie Bernardowi Hinault, czterokrotnemu zwycięzcy Wielkiej Pętli, uchodzącemu za ówczesnego króla szos. Jak do tego doszło?

Fignon dojrzewał błyskawicznie. W ciągu niespełna 12 miesięcy z nieśmiałego debiutanta, którego skumulowana fala zbiegów okoliczności (plus własny talent) wyniosła na szczyty kolarskiej hierarchii, stał się świadomym swojej siły mężczyzną. Samcem alfa, gotowym rzucić wyzwanie dotychczasowemu przewodnikowi stada.

Przed Tour de France wygrał zdecydowanie mistrzostwa Francji. Wcześniej, po wspaniałej walce, w której Francja uznała go moralnym zwycięzcą, zajął drugie miejsce w Giro d’Italia. Historię jego pojedynku z Moserem zaprezentowaliśmy Wam wcześniej. Wzmocniony w ten sposób, mający za plecami znakomitą drużynę, Renault-Elf, z czuwającym nad wszystkim, Cyrille Guimardem, najlepszym managerem, jakiego wówczas miała Francja, palił się do konfrontacji z Borsukiem.

hinault tourBernard Hinault, który nie doceniał młodszego rywala i jego pozycję obrońcy tytułu traktował bardzo protekcjonalnie, był bardzo pewien swego. Lata stosunkowo łatwych zwycięstw, w których często gromił wręcz przeciwników, stępiły jego czujność. Pod koniec 1983 roku skonfliktowany z Cyrille Guimardem pożegnał team Renault. Gdy jesienią wyleczył kontuzję kolana, szefom zespołu postawił ultimatum: ja albo Guimard. Ci, niespodziewanie dla niego, podjęli decyzję popierającą menedżera. Obrażony Bretończyk trzasnął drzwiami, a przed sezonem dał się skusić, lukratywnej na owe czasy, ofercie złożonej przez Bernarda Tapie. Został gwiazdą nowo sformowanej ekipy La Vie Claire. Powoli wchodził w nowy sezon, nie forsując się zanadto. Nie wystartował ani we Vuelcie, ani w Giro, wygrał jedynie skromny wyścig 4 Dni w Dunkierce. Był trzeci w Paryż – Nicea i drugi w Dauphine Libere. Cały czas podkreślał jednak, że koncentruje się na głównym celu, jakim było piąte zwycięstwo w Wielkiej Pętli.

Francja zacierała ręce w oczekiwaniu na wielki pojedynek. Coś takiego nie zdarzyło się tu od czasu słynnych potyczek Anquetila z Poulidorem. Media przedstawiały tę konfrontację, jako starcie dwóch pokoleń. 29-letni Hinault, mimo młodego, jak na dzisiejsze standardy, wieku reprezentował odchodzące, lecz wciąż broniące swych pozycji, pokolenie. Fignon stał na czele młodej fali, która miała zmieść stary porządek. Wraz z nim debiutowali w 1983 roku Delgado, Millar i Roche. Z kolei w tym roku po raz pierwszy stanęli na starcie Le Grande Boucle 23-latkowie: mistrz świata Greg LeMond i Luis Herrera. Pojawił się też polski akcent – zadebiutował Czesław Lang, pierwszy polski profi, wówczas startujący w barwach włoskiej ekipy Carrera-Inoxpram.

Doszukiwano się także starcia charakterów. Przeciwstawiano intelektualistę Fignona (charakterystyczne okulary bardzo pomogły wytworzyć ten stereotyp), mało elokwentnemu, za to wyrazistemu macho o manierach z grubsza ciosanych. Prasa i telewizja umiejętnie podgrzały atmosferę. Zapowiadał się najciekawszy Tour de France od wielu lat.

Trzecią wielką gwiazdą, która stanęła na starcie był Sean Kelly. Pisaliśmy już o tej niesamowitej wiośnie 1984, gdy Irlandczyk, niczym huragan przemierzył szosy Europy, zgarniając prawie wszystkie trofea, jakie były do zdobycia. Siódmy w Tourze 1983 Kelly nie był jednak rasowym góralem, co pozwalało francuskiej widowni zachować nadzieję, że da się jego niezaspokojony apetyt oszukać zieloną koszulką i paroma wygranymi etapami.

carte-du-tour-de-France-1984Trasa była o ponad 200 km dłuższa niż przed rokiem. Liczyła łącznie 4 021 km podzielonych na 23 etapy (najdłuższy miał 338 km) plus prolog. Oczekiwano, że walka rozegra się w ostatnim tygodniu, gdzie skumulowano alpejskie etapy. Pierwsza część wyścigu była wybitnie nizinna. Emocje powinny więc narastać powoli, a terenem wstępnych konfrontacji między faworytami miały być etapy jazdy na czas. Łącznie 196 km, wliczając w to 5-kilometrowy prolog i liczącą 51 km czasówkę drużynową.

29 czerwca w prologu wystartowało 170 zawodników z 17 drużyn, w tym 16 zawodowych. Tour ponownie gościł amatorską ekipę kolumbijską, Varta, występującą jednocześnie jako reprezentacja swojego kraju. Dwaj jej najlepsi zawodnicy, Partocinio Jimenez i Edgar Corredor w międzyczasie znaleźli zatrudnienie w mocnym hiszpańskim teamie Teka. Ale szefowie egzotycznego zespołu zapowiadali, że nową gwiazdą zostanie Luis Lucho Herrera.

Prolog wygrał Hinault. Stary król od razu dał do zrozumienia, że wraca na tron. Pokonał drugiego w tej próbie, Fignona o 3 sekundy. Przeliczył się jednak, co do jednego. A właściwie był to błąd popełniony przez Bernarda Tapie. 40-letni, równie przebojowy, co pozbawiony skrupułów biznesmen, produkt nowej fali lat osiemdziesiątych, trafnie ocenił siłę promocji, wygenerowanej poprzez udział w popularnych sportowych wydarzeniach (później został właścicielem klubu piłkarskiego Olympique Marseille). Nuworysz nie docenił jednak roli, jaką w kolarstwie pełni drużyna i nie zadbał o odpowiednie obudowanie swojej gwiazdy pomocnikami równoważącymi siłę ekipy Renault-Elf.

Ekipa Guimarda wygrała 3 etap, drużynową jazdę na czas, wyprzedzając holenderskie teamy Panasonic i Kwantum o 4 sekundy, a dalej Peugeota i Carrerę o 32 sekundy. La Vie Claire z Hinaultem w składzie była siódma, przegrywając o 55 sekund. Żaden z wielkich protagonistów nie założył wówczas maillot jaune, lecz Fignon miał już nad Borsukiem niewielką przewagę.

84_5_ferreira_barteau_le_guillouxNa 5 etapie miało miejsce wydarzenie, które w dużej mierze wpłynęło na losy wyścigu. Trasa z Béthune do Cergy Pontoise w północnej Francji liczyła 207 km. Uciekła trójka: Vincent Barteau (Renault), Maurice Le Guilloux (La Vie Claire) i Paulo Ferreira (Sporting Lisboa), a mało zdecydowany tego dnia peleton pozwolił jej dojechać do mety z przewagą ponad 17 minut. Później historycy dorobili do tego teorię o genialnej zagrywce taktycznej Guimarda, lecz raczej wyglądało to na sumę zbiegów okoliczności. W ucieczce byli kolarze dwóch rywalizujących zespołów francuskich, więc te ekipy były wykluczone z pogoni. Natomiast znakomicie spisujący się na tych terenach kolarze najsilniejszych holenderskich teamów, Panasonic i Kwantum, wciąż szachowali się wzajemnie, kasując swoje akcje.

Wygrał, jadący w barwach portugalskiego outsidera, Ferreira, a drugi na mecie, Barteau, założył żółtą koszulkę. Prowadził w klasyfikacji, o 1’33” przed Le Guilloux. I tak jak niespodziewanie ją założył, tak równie niespodziewanie długo ją utrzymywał, bo aż do 17 etapu. Ta sytuacja była wygodna dla Fignona. Jego zespół miał maillot jaune i to przeciwnik musiał atakować, by ją odebrać. Hinault i La Vie Claire „wykrwawiali się” w atakach, a kolarze Guimarda siadali im na koło i kontrolowali sytuację.

ob_dc0c89_vincent-barteauDzielny Barteau, podobnie jak Voeckler wiele lat później (2004), zaskarbił sobie sympatię Francuzów, ale nikt nie miał złudzeń, że ten specjalista od nizinnych jednodniówek w górach zachowa prowadzenie. Stało się to jednak dopiero w ostatnim tygodniu, po pierwszym alpejskim etapie, do Alpe d’Huez. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Kolejnym polem konfrontacji była 67-kilometrowa indywidualna czasówka z Alencon do Le Mans. L’intello pobił tu Bretończyka w jego własnej specjalności o 49 sekund. Przed Hinaultem uplasował się jeszcze Kelly (16 sekund za Fignonem), a czwarty był Stephen Roche – co potwierdziło wysoką pozycję Irlandczyków w nowym porządku kolarskiego świata. Fignon był teraz 4. w klasyfikacji wyścigu, tracąc do Barteau 12’54”, a Hinault ze stratą 14’23” zajmował 6. miejsce.

Najdłuższy etap wyścigu, z Nantes do Bordeaux (338 km) padł łupem Jana Raasa, po czym ruszono dalej na południe. 9 lipca kolumna wyścigu gościła w Pirenejach. Podobnie jak przed rokiem, przewidziano tam tylko jeden prawdziwie górski etap. Jego trasa wiodła z Pau do Guzet Neige, licząc 227km. Kolarze mieli do sforsowania cztery podjazdy.

https://www.youtube.com/watch?v=04yQ2QaR8r4

Szkot, identycznie jak przed rokiem, znów wygrał w Pirenejach. Jeszcze wtedy nie wiedział, że to będzie jego najbardziej udany Tour de France. Wyścig ruszył na wschód. Na długich pagórkowatych etapach Hinault znów podejmował próby oderwania się, lecz Fignon z pomocą LeMonda i braci Madiot nie pozwolił sobie urwać nawet sekundy.

16 lipca, po jedynym w wyścigu dniu przerwy, nastąpiła górska czasówka do La Ruchère. Na 22-kilometrowej trasie Profesor znów pobił Borsuka. Wygrał o 25” przed Herrerą, 32” przed Delgado i 33” przed Hinaultem. Prowadził wciąż jeszcze Barteau, ale dwaj wielcy rywale już zajmowali niższe stopnie podium. Fignon miał sześć i pół minuty straty do kolegi z zespołu, a wyprzedzał czterokrotnego triumfatora Wielkiej Pętli o 2 minuty i 46 sekund.

W następnych dniach kolarze mieli zmierzyć się z Alpami. O tym już w drugiej części tej historii.

Krzysztof Suchomski

rozdział 2