Reflektor Bossa: W oparach absurdu

 

Primavera śniegiem i solą powitała kolarską wiosnę. Sezon wiosennych klasyków może wreszcie sprawi, że newsów dotyczących walki na trasie będzie przynajmniej tyle samo, co newsów o walce z dopingiem. Nie łudźmy się jednak, że z nadejściem wiosny radosnym śpiewem ptasząt pożegnamy serial o Jeźdźcach EPOkalipsy. To nie Marzanna, utopić się nie da.

Za późno. Taki urządziliśmy sobie świat. Może nie wszyscy równo się do tego przykładali, ale mamy, co mamy. Otaczająca nas rzeczywistość (jeżeli faktycznie nią jest, co w świetle ostatnich doniesień z poletka fizyków kwantowych nie wydaje się już takie pewne) wszystkimi kanałami nadawania informuje nas, że przykazanie numer jeden współczesnego dekalogu brzmi: zarabiaj pieniądze. Każdym dostępnym sposobem. Wykorzystuj, oszukuj, kradnij, ale zarabiaj. Pracuj nawet, jeśli nie potrafisz nic lepszego. Bo zarabianie to jedyny sens życia.

Sport stanowi nie gorsze od innych (na ogół lepsze) źródło zarobków. Na byciu szybszym i silniejszym, na osiąganiu lepszych wyników wychodzi się świetnie. Więc każda metoda jest dobra, jeśli prowadzi do celu. Zarobi sportowiec, ale (co ważne) wraz nim spora trzódka: trener, lekarz, działacz, farmaceuta, dziennikarz, producent, spec od reklamy, sprzedawca hot dogów, bukmacher, trzynastoletnia chińska szwaczka. Fenomen powyższy wyjaśnia magiczne słowo: biznes. Jego znaczenie jest proste: biznes jest wtedy, gdy ktoś zarabia (czyim kosztem to ważne mniej lub wcale).

Na wygrywaniu drogą (proszę wybaczyć staroświeckie słownictwo) nieuczciwą zarabia się pewniej i więcej. Zyskuje się także niezgorzej na ujawnianiu wspomnianej nieuczciwości, opisywaniu, jakim to się było nieuczciwym i kolportowaniu (w sposób uczciwy lub nie) takowych informacji.

W świecie, którego być może w dzisiejszym kształcie nie zamawialiśmy, ale na który codziennie głosujemy uruchamiając komputer, każde wypowiedziane czy wystukane zdanie może momentalnie dotrzeć do milionów. Sprytnie dobrane słowo ma szanse stać się biznesem i zarobić dla kogoś pieniądze. I oto powód wystarczający, by temat niedozwolonego dopingu kolarzy stał się serialem z gatunku neverending story.

Tym bardziej, że długo jeszcze źródełko się nie wyczerpie. Padają wciąż nowe nazwiska, a RB ma wrażenie, że lista „oczekujących” jest wciąż nieporównanie dłuższa od listy ujawnionych. Armstrong powiedział, że może pięciu na dwustu było czystych. Czy jest sens wykłócać się teraz, dlaczego pięciu, a nie siedmiu lub jedenastu? Ważne jest to, jak dramatycznie myliliśmy się, przez lata podejrzewając, że proporcje były odwrotne. Prawda bywa brutalna. Brali nie tylko ci walczący o laury. Potwierdził to były kolarz Rabobanku Marc Lotz, kolarska szara myszka: Musiałem brać, by być dobrym pomocnikiem moich liderów.. To zdanie mówi więcej niż niejedno zeznanie z Raportu Tygarta.

Sytuacja medialna, w jakiej znalazło się kolarstwo, przywodzi RB na myśl przeczytane przed laty opowiadanie Ursuli Le Guin Niektórzy odchodzą z Omelas. Najkrócej rzecz ujmując, jest na jednym ze światów miasto Omelas, w którym wszyscy są szczęśliwi. Przybywający z zewnątrz szybko ulegają urokowi atmosfery powszechnej, niereglamentowanej szczęśliwości i zostają na dłużej. Prędzej czy później docierają do pewnego miejsca na uboczu, gdzie odkrywają więzione i potwornie torturowane dziecko. Taka jest cena szczęścia ogółu w świecie naturalnie dążącym do stanu równowagi. Niektórzy mogą żyć dalej z tą świadomością, są jednak tacy, którzy płaczu dziecka nie potrafią zapomnieć – ci opuszczają tę oazę szczęścia.

Kolarstwo stało się właśnie takim dzieckiem, dzięki któremu populacja sportowych oglądaczy może, pławiąc się w zadowoleniu, zająć swymi ukochanymi widowiskami w przeświadczeniu, że Wielki Kontroler czuwa. RB nie ma zamiaru się od odpowiedzialności wykręcać. Też do tej „milczącej większości” konsumentów sportu należał. Oglądając „szczęśliwe” dyscypliny, jak pasjonującą Premiership, powabną NBA, dystyngowany Wimbledon, nie musiał, ani nie chciał zastanawiać się, jakimi metodami osiąga się taką bajeczną wydolność. Mistrzostwo świata w hipokryzji.

Czy ta sielanka potrwa długo jeszcze? Tu i tam mówi się, że sprawa Armstronga była przysłowiowym otwarciem Puszki Pandorry. Niesie się po sieci echo myśliwskich rogów. Polowanie rozpoczęto. Kto następny: Usain Bolt, Cristiano Ronaldo, Michael Phelps, Rafa Nadal, bracia Kliczko? Dżinna raz wypuszczonego z butelki nie da się do niej z powrotem wepchnąć. Ludzie nauczyli się, że na zburzeniu wizerunku można zarobić nie gorzej niż na jego budowaniu. Powstał popyt i pojawienie się podaży to tylko kwestia czasu.

Czy jesteśmy gotowi na taką demitologizację sportu?

Techniczne udogodnienia sprawiają, że na temat dopingu w sporcie (jak i dowolny inny) wypowiedzieć może się każdy. Co nie znaczy, że każdy jest w tej kwestii kompetentny. RB dostrzega zbyt wiele jałowych sporów, nie prowadzących do konstruktywnych wniosków, gdyż w większości przypadków emocje zastępują rozwagę. Na ogół nie spierają się bowiem adwersarze o duszy beznamiętnego obserwatora, a ludzie o duszy fana. Mentalność kibica zbliżona jest do mentalności polityka, który niezależnie od faktów zawsze będzie twierdził, że „nasi są dobrzy, a tamci są źli”. Od dawien dawna postawa ta znana jest pod nazwą „filozofii Kalego”. Kto w proceder dopingowy upaprany był czy jest bardziej, zależy nie od faktów, a od osobistych sympatii lub prywatnych interesów wypowiadającego opinię. Im mocniej chce się wybielić swojego, tym więcej pomyj wylewa się na innych. Efekt jest ten sam, niezależnie od tego, czy puszcza się w obieg ćwierknięcie czy wielostronicowe epistoły.

Tak zwanego własnego zdania na podstawie wyrywkowych, a nierzadko spreparowanych na użytek gawiedzi (zwanej opinią publiczną) fragmentów nie sposób sobie wyrobić. Kakofonia sprzecznych, trudnych, a praktycznie niemożliwych do zweryfikowania opinii sprawia, że przeciętny odbiorca tych treści jest zagubiony. Odczuwa coraz bardziej palącą potrzebę autorytetu, któremu mógłby zaufać. I nie znajduje go. Bo w świecie, który solidarnie sobie zafundowaliśmy, ilość nie jakość jest bałwochwalczo wielbionym złotym cielcem. Ilość głosów, donosów, kliknięć, ćwierknięć, a na końcu zawsze pieniędzy. Ów przysłowiowy kaganek niosący światełko wiedzy przysypano tonami śmieci.

W poszukiwaniu dopingowego Graala RB przemierzył wiele megabajtów informacji, próbował ogarnąć fizjologiczne i laboratoryjne tajemnice. Obejrzał też dokumentalny film o dopingu genetycznym, przekonawszy się, że prawdziwe afery dopiero przed nami (bo przecież biznes musi się kręcić). Jednego jest pewien: profesjonalna dyskusja o winie lub niewinności wkroczyła na niedostępny śmiertelnikom poziom wiedzy. To jest nieczytelne dla kibica, a przecież chyba nie o to chodzi, by do zrozumienia transmisji sportowych potrzebny był licencjat z biochemii. I tu mamy absurd nokautujący zasady logicznego rozumowania, bo to dla widza rzekomo sport jest organizowany, dla jego uciechy i satysfakcji, on jest tym podmiotem, o którym wszyscy mówią, że bez niego nie miałoby to sensu. I tenże kibic, w którego imieniu ten teatrzyk się rozgrywa, nie tylko nie rozumie szczegółów, ale i nie dostrzega w tym krztyny zdrowego rozsądku.

Bo co ma powiedzieć na paradoks godny Monty Pythonów: przeszkadza nam parę miligramów obcej substancji w organizmie zawodnika, ale nie przeszkadza nam sportowiec biegający na całkowicie obcych, metalowych nogach. Tu udajemy, że wszystko jest w porządku. No, w zasadzie było, bo już nie jest. Innowator udowodnił na własnym przykładzie, że choć nogi można zastąpić protezą, głowy się nie da. Przynajmniej na razie. Ale niebezpieczny precedens został dokonany i teraz „czort karty rozdaje”. Skoro Krynica Mądrości w postaci MKOl zdecydowała, iż może mieć metalowe nogi biegacz, to wolno będzie i kolarzowi.

Kibic nie rozumie też, po co ta cała naukowa dyskusja, mierzenie problemu „mędrca szkiełkiem i okiem”, skoro wystarczy, że lekarz przepisze receptę i wszystko znów jest OK. Nieuczciwy środek dopingowy staje się poczciwym lekarstwem niezbędnym dla zdrowia sportowca, a prześladowany doper chronionym siłą politycznej poprawności zdrowym inaczej. I słowa mu złego nie powiedz, bo do sądu pozwie.

Spopularyzowane onegdaj hasło „Sport to zdrowie” zakrawa dziś na gorzką ironię. Gdyby kiedyś wydano ustawy zakazujące osobom o zarejestrowanych ciężkich schorzeniach uprawiania sportów polegających na forsownym wysiłku, mielibyśmy nagle zbiorowe cuda masowych uzdrowień, przy których cuda Nowego Testamentu to przysłowiowy pikuś.

RB nie jest jedynym, który podejrzewa, że walcząc z dopingiem, niesieni bojowym szałem zabrnęliśmy w ślepy zaułek. Ktoś w końcu musi przeciwstawić się terrorowi politycznej poprawności i głośno powiedzieć: walka z dopingiem nie może obracać się przeciw sportowi. Powinna też brać pod uwagę dynamicznie zmieniające się realia. RB jest całym sercem za tym, by walczyć z przekrętami i wynaturzeniami, ale żeby dorosły facet nie mógł possać cukierka na kaszel? Chrońmy zdrowie sportowców, lecz na Boga, nie gubmy po drodze zasad tolerancji i zdrowego rozsądku. Live and let live!

Sportowiec przychodzi do pracy, jak większość z nas, a jeżeli nam wolno zażyć to i owo, by lepiej i wydajniej pracować, dlaczego bronimy im? Bo oni rywalizują? A my to niby nie? Łokcie musimy mieć często twardsze niż oni. RB z zimną krwią zastrzeliłby każdego, kto zabroniłby mu rano wypić kawę (kofeina!!!) przy biurku.

Prohibicja też kiedyś wydawała się dobrym pomysłem, i do tego etycznie bez zarzutu. Amerykański rząd miał jednak odwagę się z niej wycofać, kiedy się nie sprawdziła. Ile jeszcze dowodów potrzebujemy na to, że nie sprawdza się obecne antydopingowe prawo? Nie chodzi o to, by z walki z dopingiem rezygnować. Ale może siąść, pomyśleć i napisać od nowa te przepisy?

Tak wiele trzeba zmienić, żeby wszystko mogło zostać jak dawniej – powiedział Giuseppe Tomasi di Lampedusa ustami jednego z bohaterów powieści Lampart. Nic dodać, nic ująć.

Krzysztof Suchomski