Autour du Tour – Dookoła Touru

 

1983-tdf-mapW przededniu rozpoczęcia 102. Tour de France prezentujemy film opowiadający o wydarzeniach, które działy się na trasie wyścigu 40 lat wcześniej.  Dokument Autour du Tour, czyli Dookoła Touru, zrealizowany przez francuskiego reżysera i scenarzystę, Jacquesa Ertaud, oraz operatora Rolanda Wiedera znakomicie uzupełnia wspomnieniowy artykuł niedawno zamieszczony w MB?.

Pokazuje to, czego w urywkach telewizyjnych transmisji z oczywistych względów nie widać, a więc kulisy wyścigu, jego zaplecze i otoczkę. I znów mamy znakomicie uchwycony klimat wielkiego wydarzenia, oglądanego i komentowanego z różnych perspektyw. Dlaczego piszemy „znów”? Jest połowa lat siedemdziesiątych i świat poznał już Gwiazdy i woziwody Jørgena Letha. Teraz możemy się naocznie przekonać, jak wielki wpływ miał duński twórca na całe pokolenie realizatorów filmów o kolarstwie. W środowisku filmowym (i nie tylko) świetnie wówczas znany był nagradzany dokument Mariusza Waltera Autobus z napisem KONIEC. Reminiscencje polskiego filmu także łatwo możemy odnaleźć w niejednym ujęciu Autour du Tour.

Film zaczyna się od sekwencji poświęconych Eddy Merckxowi. Kanibal był jeszcze wtedy (w chwili startu wyścigu) postacią przesłaniającą cały kolarski widnokrąg. Pikantnym momentem filmu są sceny ze słynnym incydentem z Puy de Dôme – identyfikacja sprawcy przez Merckxa, interwencja policji.

A potem swoista ankieta popularności. Kibice pytani o swojego faworyta jednogłośnie wybierają Poupou Poulidora. Fakt, że nadzieje Francuzów opierały się na 39-letnim, niemal mitycznym bohaterze, a nie młodym, będącym w pełni sił Thevenecie, sporo nam mówi o atmosferze przed wyścigiem. Tę „ankietę” realizator powtórzy w ostatnim tygodniu wyścigu i wtedy wszystkie głosy padną już na nowego idola Francji.

Kibice i nastroje wśród nich panujące są ważnym składnikiem, stanowiącym o jakości filmu. Rzuca się w oczy duża ilość kibicujących kolarzom kobiet, od dzierlatek do szacownych emerytek. Nie dziwi już, że Francja przez dziesięciolecia była kolarską potęgą. One wiedziały, jak wychować synów i wnuków.

Olbrzymią zaletą oglądania tego filmu po niespełna 40 latach od jego produkcji jest możliwość dokonywania porównań między dawnym a obecnym obrazem Wielkiej Pętli. Z atmosfery prowincjonalnego jarmarku, ludycznego święta przeskakujemy wprost do globalnego, medialnego show. Pewne ówczesne widoki są dziś czystą egzotyką. Trudno się nie uśmiechnąć choćby na widok kolarzy podpisujących listę startową w przyczepie kempingowej. A już całkowitym „zabytkiem” wydają się warunki pracy dziennikarzy, dyktujących do macierzystych redakcji przez telefony (stacjonarne, ma się rozumieć) treść artykułów wcześniej pospiesznie wystukanych na maszynach do pisania.

Najważniejszymi jednak bohaterami są uczestnicy wyścigu. Zarówno ci z pierwszych stron gazet, jak i przyjeżdżający w grupetto. Herosi herosami, a w miarę upływu „akcji” na głównego aktora wyrasta, jadący z numerem 100 debiutant, Francuz Gerard Moneyron – typowy l’equipier z belgijskiego teamu Flandria Carpentier Confort de Luxe. W miarę wyścigu młodzieniec będzie się przed kamerą rozkręcał, ujawniając coraz większy talent aktorski, a nawet zacięcie komediowe.

Wesołych scen jest tu zresztą niemało. Rywalizacja sportowa „do ostatniej kropli krwi” to jedno, a wyścig wcale nie musi być nadęty niczym posiedzenie sejmowe. Sztywniak, który ostatnio poczęstował Australijczyków karą za wymianę koła, widząc, co wyczyniali na trasie kolarze w 1975 roku, dostałby zapewne zawału.

Szkoda, że nie rozumieliśmy dialogów. No tak… o tym też wypada wspomnieć. Film jest w oryginalnej, francuskiej wersji językowej. Premiuje tych, którzy język Moliera pamiętają ze szkoły. To również przyczynek do zmian, jakie zaszły w kolarstwie w minionych 40 latach. Wówczas uniwersalnym językiem w peletonie był francuski, teraz jest nim angielski.

Zaliczając się do nie znającej francuskiego większości, nie zrozumieliśmy też, o czym mówił ( a na pewno mówił mądrze) występujący kilkakrotnie na ekranie Antoine Blondin – pisarz i jednocześnie dziennikarz sportowy L’Equipe. Jest to jakaś strata, ale nie zniechęciło nas to do oglądania. Nie mogliśmy wręcz oderwać oczu od ekranu i półtorej godziny przeleciało nam jak z bicza strzelił. Autour du Tour polecamy z czystym sumieniem, jako obowiązkową lekturę dla prawdziwych miłośników Tour de France.

Krzysztof Suchomski

P.S.  W dolnym rogu ekranu figuruje znaczek „ina.fr”. To sygnatura Institut national de l’audiovisuel – powołanej właśnie w 1975 roku instytucji, której celem jest zarchiwizowanie francuskojęzycznych dokonań w dziedzinie filmu, a szerzej kultury i sztuki. Identyczne znaczki można znaleźć na fragmentach telewizyjnych sprawozdań z rozgrywanych w przeszłości etapów Wielkiej Pętli. Co jest kolejnym z długiej listy dowodów na miejsce, jakie we francuskim systemie wartości zajmuje etos Tour de France.