Tour 1975: 40. rocznica Waterloo

 

Nie przypadkiem tegoroczna trasa 17 etapu Tour de France wiedzie przez przełęcz Col d’Allos i kończy się podjazdem pod Pra-Loup. 40 lat wcześniej na ostatnich 40 kilometrach tej drogi rozegrały się wydarzenia, które mocno potrząsnęły kolarskim światkiem.

Lata 1968-1974 to okres panowania na kolarskim tronie Eddy Merckxa. I niech nikogo nie zmyli fakt, że Tour de France w 1968 roku wygrał holenderski kolarz Jan Janssen, a nazwiska Merckxa na próżno szukać by w wyścigowych tabelach. Holender wygrał, ponieważ Eddy, jeszcze wtedy nie nazywany Kanibalem, w Wielkiej Pętli nie wystartował. Decyzją szefów grupy Faema było sprawdzenie gotowości 23-letniego młodzieńca na Giro d’Italia, gdzie w poprzednim roku udanie debiutował, wygrywając 2 etapy i kończąc wyścig w pierwszej dziesiątce. Dodajmy, iż tenże młodzieniec zdążył przed swym drugim startem w La Corsa Rosa wygrać Paris – Roubaix i (dwukrotnie) Milan – Sanremo. Nie jest też bez znaczenia, że przed startem do kolejnych wiosennych wyścigów sezonu 1968 zwykł zakładać tęczową koszulkę mistrza świata.

merckx faema 2W Giro pokonał o ponad 9 minut idola Włoch, słynnego Felice Gimondiego. Wygrał wszystkie klasyfikacje. Nadciągało tsunami a zawodowy peleton mógł tylko biernie czekać, aż jego uderzenie zmiecie istniejący porządek. Co się odwlecze, to nie uciecze, jak mówi stare przysłowie. Rok później Eddy w swoim pierwszym występie na Tour de France dokonał rzezi całej ówczesnej czołówki kolarstwa szosowego. Pisaliśmy o tym w Filmotece Arcydzieł.

Przenieśmy się jeszcze na chwilę do roku 1974, poprzedzającego wydarzenia, które dziś opiszemy. Merckx skoncentrował się w nim (trochę kosztem klasyków) na wyścigach wieloetapowych. Wygrał kolejno Giro d’Italia, Tour de Suisse i Tour de France (po raz piąty). Pod koniec sierpnia udekorował ten tort tytułem mistrza świata, zdobytym we wspaniałym stylu w Montrealu. Był Sportowcem Roku i mógł jak Leonardo di Caprio stanąć na dziobie Titanica i krzyczeć: Jestem królem świata. Skojarzenie z historią legendarnego transatlantyka nie jest zresztą przypadkowe. I tu i tam nic nie zapowiadało zbliżającej się katastrofy.

Wiosną 1975 Merckx ciągle był wielki. Wygrał Mediolan – San Remo, Ronde van Vlaanderen i Paryż – Roubaix. Na starcie do Tour de France stanął jako zdecydowany faworyt. O szansach innych, Luciena Van Impe, Joopa Zoetemelka czy Bernarda Theveneta ledwie przebąkiwano.

Wyścig zaczął się dokładnie 40 lat temu – 26 czerwca 1975 roku – właśnie dlatego wybraliśmy dzisiejszą datę na publikację tego materiału. Prolog wygrała wschodząca włoska gwiazda, Francesco Moser. W pierwszej jeździe na czas (6 etap) Eddy wygrał i przejął z rąk Włocha żółtą koszulkę. Na kolejnym odcinku czasówki, trzy dni później, Kanibal znów wygrał, zwiększając przewagę nad rywalami. Wszystko wskazywało, że Le Tour skończy się „jak zawsze” i Merckx skompletuje szóste zwycięstwo. Ale w Pirenejach na budowli wzniesionej dla chwały czempiona pojawiły się pierwsze rysy. Na etapie do Saint-Lary-Soulan Zoetemelk i Thevenet zdołali jadącemu w maillot jaune Belgowi odjechać. Na niecałą minutę. To niewiele, lecz nie chodziło o czas, a o sam fakt, że coś takiego jest już możliwe. Pod Puy de Dôme znów odjechała dwójka, Van Impe i Thevenet. Ponownie przewaga była niewielka.

Długoletnie panowanie, w jakiejkolwiek sportowej konkurencji, ma plusy i minusy. Rywale przyzwyczajają się do dominacji, godzą się z góry z wyższością swojego pogromcy – to plus (z punktu widzenia panującego – poddani mogą mieć w tej kwestii odmienne zdanie). Zwłaszcza, gdy dominuje w sposób, wywyższający go ponad ludzi, namaszczający do roli boga. Znamienne są cytaty sportowych komentatorów z tamtej epoki: Na mecie pierwszy zjawia się Merckx, wśród ludzi najlepszy jest Gimondi.

Kibiców to nuży – to poważny minus tej sytuacji. Obserwowaliśmy podobne zjawisko i w nowszych czasach, podczas ostatnich lat dominacji Armstronga. Niektórych  taki dominator złości, u innych budzi wręcz nienawiść. Merckx, mówiąc dzisiejszym językiem, dorobił się wielomilionowej armii „hejterów”. Zwłaszcza we Francji, nie mogącej mu darować upokorzenia francuskich asów.  Z dowodami tej nienawiści spotykał się w miarę trwania kariery coraz częściej. Czasem te negatywne emocje rodziły czynną agresję. Taki atak miał miejsce właśnie na wspomnianym 14. etapie, na podjeździe pod Puy de Dôme. Goniący Theveneta i Van Impe, Kanibal otrzymał mocny cios w wątrobę od krewkiego kibica.

Przed 15. etapem Merckx miał 58 sekund przewagi nad Thevenetem, 3’54’’ nad Zoetemelkiem, 4’30’’ nad Van Impe i 8’54’’ nad Gimondim.

pra loup 1975

Sam etap, mimo 6 premii górskich, nie był może najtrudniejszym w tej edycji, lecz ze względu na lipcowe słońce i długość trasy odbierał siły kolarzom, mającym w nogach 2 tygodnie ścigania. Thevenet atakował tego dnia kilkakrotnie, lecz Merckx każdorazowo zdołał zlikwidować lukę. Wciąż pewny siebie lider zaatakował na przedostatnim podjeździe, 800 m przed premią 1 kategorii Col d’Allos.

Na zjeździe w szaloną pogoń za liderem puścił się Gimondi. Próbujący za nim nadążyć samochód grupy Bianchi, wypadł z kiepsko utrzymanej drogi i stoczył się w dół po 150-metrowym stoku. Mechanik, który wyleciał z auta, zatrzymał się na drzewie. Prowadzący samochód, Giancarlo Ferretti jakimś cudem przeżył wypadek. Został później szefem Fassa Bortolo.

Merckx może przeczuwał kłopoty na Pra-Loup, bo mocno ryzykował na zjeździe, chcąc zarobić jak najwięcej nad Thevenetem. U podnóża ostatniego wzniesienia miał 90 sekund przewagi nad nie najlepiej zjeżdżającym Francuzem. Zostało mu 6 km i wydawało się, że tylko tyle dzieli go od szóstego zwycięstwa w Tour de France. I nagle „odcięło mu prąd”. W późniejszych wspomnieniach Belg winił środki przeciwbólowe, które wziął rano, by zlikwidować skutki starcia z kibicem.

Eddy „konał”. Pierwszy dopadł go Gimondi.

Thevenet, jadący z Zoetemelkiem i Van Impe, ruszył do kontrofensywy. Najpierw zgubił, jadącego w polka dot shirt Van Impe, potem przyszła kolej na Zoetemelka.

Dogonił i minął słaniającego się na rowerze Merckxa, a potem zdołał jeszcze przejść Gimondiego. Samotnie zdążał do mety.

Sensacja stała się faktem. Euforia opanowała Francję. Porównywalna do tej, która nastąpiła na wieść o zburzeniu Bastylii. Tyran obalony. Francuz założył maillot jaune.

A następnego dnia, będącego francuskim narodowym świętem, na krótkim (107 km), ale wiodącym przez Col d’Izoard odcinku, uskrzydlony Thevenet „poszedł za ciosem”. Samotnie osiągnął metę, wyprzedzając grupę Merckxa o ponad 2 minuty.

Kanibal wierzył jeszcze, że może odrobić stratę, ale jego pech zdawał się nie mieć końca. Na trasie 17. etapu zderzył się z Duńczykiem Ole Ritterem i w wyniku upadku złamał kość jarzmową. Adrenalina sprawiła, że dojechał do mety trzeci, przed Thevenetem, ale w hotelu przeżywał katusze. Fizyczne i psychiczne.

Zdecydował się jednak kontynuować wyścig. Twierdził, że nie wycofa się ze względu na drużynę, która mu pomaga – wszyscy straciliby na tym finansowo. Decyzję o nie wycofaniu się nazwał później głupotą, która skróciła jego karierę.

W tym roku zerwano z tradycją kończenia imprezy na paryskim welodromie. Le Tour po raz pierwszy kończył się na  Champs-Élysées. Na tle Łuku Triumfalnego udekorowano zwycięskiego Francuza – miało to wymiar wręcz symboliczny. Francja „odzyskała” swój ukochany wyścig, który po 1967 roku wygrywali cudzoziemcy. Napoleon kolarstwa, wielki Merckx musiał zadowolić się drugim miejscem.

Po Waterloo, które nastąpiło 13 lipca 1975 roku, już się nie pozbierał. W kolejnym sezonie walczył z kontuzjami i niewiele startował. Odpuścił Tour de France. Wrócił w 1977 roku, ale ukończył wyścig dopiero na Van Impe Lucien6. miejscu. W lutym 1978 podjął decyzję o wycofaniu się. Wielu twierdzi, że o rok za późno.

W edycji Touru 1976 triumfował od lat czekający na swą szansę, Lucien Van Impe. Świetnie jeżdżący w górach Belg nie zdołał później wygrać wielkiej imprezy, ale swą bogatą karierę kontynuował aż do 1987 roku. Sześciokrotnie wygrywał górską klasyfikację na Wielkiej Pętli, dwukrotnie dokonał tego na Giro. Zsiadł z roweru w wieku 41 lat.

Zoetemelk JoopJego rówieśnik, Joop Zoetemelk znany tyle z sukcesów na szosach, co i dopingowych wpadek, także zasłynął z kolarskiej długowieczności – zakończył zawodowe ściganie w tym samym co Belg roku. Dwukrotnie bliski wygrania wyścigu (1977, 1979), musiał pogodzić się z porażką po otrzymaniu 10-minutowej kary (tak karano wówczas za doping). Zwany „Cieniem Merckxa” Holender szesnaście razy (nie pobity do dziś rekord) ukończył Wielką Pętlę, z czego sześć razy na 2. miejscu. Wygrał Tour raz, w 1980 roku, dowodząc, że upór i cierpliwość mogą być skuteczną bronią w walce o trofea. W 1979 roku wygrał hiszpańską Vueltę a w 1985 roku, w wieku 39 lat zaskoczył wszystkich, po samotnym ataku zdobywając tytuł mistrza świata.

Thevenet BernardBernard Thevenet nie powtórzył sukcesu w następnym sezonie. Nie ukończył wyścigu. Wygrał jeszcze Wielką Pętlę w 1977 roku. Rok później jego miejsce na tronie Touru i w sercach Francuzów zajął już Bernard Hinault. Thevenet nie zdołał już powrócić do poprzedniej roli i po paru latach bezskutecznych wysiłków przeszedł na sportową „emeryturę”. Na zawsze jednak pozostanie człowiekiem, który pokonał Eddy Merckxa.

Krzysztof Suchomski