Reflektor Bossa: Po Ciemnej Stronie Mocy

 

Wywiad Opry Winfrey z Lancem Armstrongiem usadził przed telewizorami i monitorami rzesze ciekawskich z całego świata. Na większą oglądalność mogłaby liczyć tylko spowiedź Michaela Jacksona, gdyby, rzecz jasna, łaskawie zechciał zmartwychwstać. Spowiedź z definicji zakłada szczere wyznanie grzechów i skruchę grzesznika. Oglądając wywiad, trudno było dopatrzyć się jednego i drugiego.

Tylko naiwni mogli oczekiwać, że Armstrong po latach zaprzeczeń nagle zdecyduje się ujawnić, używając terminologii sądowej, „prawdę, całą prawdę i tylko prawdę”. Kapitulacja? Nie pasuje do jego charakteru, podobnie jak sypanie wspólników. RB nie robił sobie wielkich apetytów na „jazdę bez trzymanki”. Spodziewał się usłyszeć tylko to, co zdaniem prawników w obecnej sytuacji było koniecznością. Nie oczekiwano przecież w programie gościa w pokutnym habicie z różańcem w dłoni. Ale żeby do tego stopnia nie zadbać o wiarygodność?

Nonszalancka pozycja Teksańczyka już na wstępie miała zasygnalizować widzom: No i co? Złapaliście mnie wreszcie na kłamstwach, ale czy wyglądam na przegranego?

Mimo, że treść wywiadu była wynegocjowana (trudno uwierzyć, by tak doświadczona siostra – spowiedniczka z własnej woli zrezygnowała z zahaczenia o parę pikantnych grzechów), a sam przekaz był reżyserowany i zmontowany, Lance (co do niego niepodobne) nie przygotował się do tego zadania z precyzją wcześniej wychwalaną przez jego biografów. Może zabrakło mu czasu, albo wsparcia fachowców, a może jest wciąż zadufany w sobie i chce nam wszystkim pokazać, że to tylko gra pozorów? „Chcieliście szopki, to macie” – zdawał się demonstrować w pierwszej części wywiadu z charakterystyczną dla siebie przekorą.

Już w samym przekazie werbalnym skrucha nie była pełna i szczera. Dobór słów powściągliwy, bardzo ostrożny, a w kilku przypadkach co najmniej zastanawiający, stawiający znaki zapytania nad intencjami wyznającego grzechy. Ale prawdziwa porażka to mowa ciała. Lance zapewne nie miał czasu, by obejrzeć choć parę odcinków świetnego serialu Lie To Me (u nas znanego jako Magia kłamstwa). Na szczęście dla niego nie oglądała serialu również większość oprahwinfreyowej widowni – zbyt inteligentny, jak na gust przeciętnego amerykańskiego telewidza. Lecz nie trzeba, aż tak zaawansowanej wiedzy o mimice i mowie ciała, jak prezentowana przez serialowego doktora Lightmana, by zauważyć rzucające się w oczy symptomy kłamstwa. Rzeczy oczywistych uczą nawet na kursach negocjacji dla niezaawansowanych.

Do takich należą dłonie błądzące na wysokości twarzy i palce manipulujące w pobliżu warg mówiącego. To silne oznaki zaprzeczenia – podświadomość kłamcy poprzez ruchy ciała sygnalizuje niezgodę z wypowiadanymi słowami. Tej sprzeczności Armstrong nie potrafił opanować właściwie w ciągu całego programu – powtarzał te gesty wielokrotnie. Trochę lepiej szło mu z mimiką. Od początku ambitnie próbował zachować poker face, ale w miarę upływu czasu zmęczenie powodowało, że tracił kontrolę nad mięśniami twarzy i momentami, nawet po pytaniach nie wymagających skomplikowanych odpowiedzi, wyglądał na mocno skonsternowanego.

Pozbawiony tytułów Amerykanin nie sprawia wrażenia faceta, który zgadza się z opinią, że źle postępował. On zapewne wciąż uważa, że (take zdanie padało z ust świadków wcześniej) „zrobił to, co musiał” i nie jest w tym mniemaniu odosobniony. Złem nie jest dla niego proceder przyjmowania niedozwolonych substancji, lecz fakt, że został osaczony i zmuszony, by publicznie to przyznać. I jeśli z czymś teraz nie potrafi sobie psychicznie poradzić, to nie z poczuciem winy, a z sytuacją zwierzyny zapędzonej w pułapkę. To nie pokutnik. To fighter, który dalej prowadzi swoją „wojnę Lance’a Armstronga”. Teraz inaczej niż kiedyś, bardziej po partyzancku, ale to wciąż walka.

Kiedy wyznał, że krzywdził innych, bo jest złym człowiekiem – powiedział prawdę, ale paradoksalnie nie mówił szczerze. W każdym razie nic w jego postawie nie wskazywało na to, by zarzucanych mu czynów naprawdę żałował. Obserwując wywiad (i mając w pamięci to, co o charakterze LA wiadomo), RB nie widział człowieka, który ocenia postępki w kategoriach dobra i zła. Raczej postrzegającego sprawy na osi zwycięstwo – porażka. A oklepane powiedzenie o celu uświęcającym środki pasuje do tej mentalności jak defraudant do krzesła w parlamencie. Jeżeli były siedmiokrotny zwycięzca Tour de France czegoś szczerze żałuje, to z pewnością popełnionych błędów, które pozwoliły przeciwnikom zapędzić go do narożnika i znokautować. Jak otwarcie przyznał: gdyby nie powrót do zawodowego ścigania w 2009 roku, to bym tu teraz nie siedział.

RB podejrzewa też, że wbrew słownym zapewnieniom, Armstrong wciąż ma ogromny żal do ludzi, którzy go w jego mniemaniu zdradzili. Jest ich długa lista: przyjaciele z kolarskich tras (w rzeczywistości nigdy ich nie miał), wspólnicy, współpracownicy, liczni beneficjenci jego hojnej ręki, firmy i instytucje, które na jego nazwisku zarobiły krocie. Przeprosił w programie Betsy Andreu, Emmę O’Reilly, Grega LeMonda, Davida Walsha i wielu innych. Ale nie przebaczył, o czym świadczy choćby dwuznaczne zachowanie wobec Betsy (już po programie zarzuciła mu kolejne kłamstwo). Nazywanie kolegów z szosy przyjaciółmi trąci dziś fałszem – będąc jego byłym przyjacielem, RB trzymałby się od niego z daleka.

Nawet Oprah, doświadczona „medialna baba”, epatująca miną zawodowej żałobnicy pogrzebowej po kilku odpowiedziach jednak odchylała się do tyłu, dając czytelny sygnał dezaprobaty, niedowierzania, dystansowania się od wypowiadanych przez rozmówcę treści.

Czym (pomijając intymne sprawy rodzinne) bohater wywiadu wydawał się autentycznie wstrząśnięty? 75 milionów baksów poszło się kochać w jeden dzień – to jest dramat, kochani. Nic do śmiechu. Oprę też to poruszyło – nawet dla nowojorskich celebrytów 75 baniek, to nie drobne na fajki.

W kilku innych momentach Lance nie mógł powstrzymać się od uśmiechu i był to rozbrajający uśmiech dzieciaka złapanego na podkradaniu słodyczy. „No taki już ze mnie urwis” pokazywał milionom amerykańskich teleoglądaczek wzdychających przecież do tych wszystkich serialowych „słodkich brutali”. Powtarza teraz jak mantrę: jestem złym człowiekiem, ale z tym walczę. To ma mu zjednać mniej zorientowaną w temacie część opinii publicznej. Amerykanie to lubią. Kochają nawróconych grzeszników (Mike Tyson jest klinicznym przykładem), a jak zauważyła Oprah (banał, lecz jakże celny) ludzie uwielbiają oglądać gwiazdy, ale jeszcze bardziej patrzeć na ich upadek. Trzeba więc dać im przedstawienie i poczekać, co z tego wyniknie.

Inaczej z pewnością wywiad odbierali przeciętni zjadacze hamburgerów, a inaczej ludzie dysponujący o kolarstwie większą wiedzą. Z tych ostatnich zapewne nikt o zdrowych zmysłach nie wierzył, że Armstrong wygrywał czysto, ale wielu nadal wierzy w coś, czego nie sposób udowodnić: gdyby wszyscy jechali bez dopingu, nasz Lance i tak by wygrał.

Zwolennicy byłego hegemona szos nie negują więc faktu dopingu, ale go bagatelizują, twierdząc, że takie były czasy, a kto chciał coś znaczyć w peletonie musiał brać. Toutes proportions gardées, RB kojarzy to z latami tak zwanej komuny i ludźmi gorliwie wspierającymi ówczesny „jedynie słuszny” system. Oni też mówili, że „takie czasy”, że „jak chcesz do czegoś dojść, musisz popierać”, kusząc przejściem na Złą Stronę Mocy, jak nie przymierzając – Imperator młodego Anakina Skywalkera.

RB ma i teraz wrażenie, że po Złej Stronie Mocy zostało wielu, także i nad Odrą i Wisłą. Nie zawsze działają z otwartą przyłbicą. Przyjęli sprawdzoną pi-arowską zasadę, że jak się wszystkich obrzuca błotem, to problem winy i kary schodzi na drugi plan. Nuże więc ciskać ekskrementy w ludzi od lat oskarżających Lance’a – mało kto zna prawdę, więc zawsze coś się przylepi. A że panuje wśród armstrongowych obrońców przekonanie, iż padł ofiarą niecnego spisku, otwiera się pole do popisu dla fascynatów spiskową teorią dziejów. Trzeba tylko do jednego garnka wrzucić parę (nietrudnych do znalezienia w sieci, choć nie koniecznie związanych z tematem) faktów, podlać gęstym sosem insynuacji, nieuprawnionych domysłów oraz odpowiednio dobranych cytatów i danie gotowe. Jak się właśnie dowiadujemy, masoński spisek antykolarski zatacza szerokie kręgi i tylko patrzeć, jak dołączą do tej sitwy Rząd Korei Północnej, Armia Zbawienia i Stowarzyszenie Byłych Działaczy PZPN. I te hieny z całego świata rzucają się nie tylko na upadłego idola, ale i na trwających bohatersko w okopach Św. Trójcy dzielnych działaczy niepodległego UCI. Taka swołocz… Człowiek człowiekowi wilkiem, zauważył w zadumie znajomy RB, po raz drugi złapany przez kanarów na jeździe bez biletu.

Tu i tam trwają nawoływania „ciszej nad tą trumną”. W pewnych kręgach mówienie o dopingu w kolarstwie utożsamiane jest wręcz ze zdradą środowiska i zamachem na ten piękny sport. RB nie bardzo rozumie, w jaki sposób można walczyć z dopingiem bez mówienia o nim i podejrzewa osoby porównujące dziennikarzy ujawniających afery dopingowe do terrorystów (próbujących tę czy ową świętość „wysadzić”) o tęsknotę za dobrymi, starymi czasami, gdy o wstydliwej chorobie w rodzinie głośno się nie mówiło. To se ne vrati, drodzy państwo Dulscy, o czym zapewnia Was
Krzysztof Suchomski