Giro 2015 resumé: Contador Show (2)

 

Giro_Figh-for-pinkRóżne są opinie na temat roli ekipy Tinkoff-Saxo w sukcesie Contadora. Biorą się one stąd, że o ile kanarkowe trykoty rosyjskiej ekipy widoczne były często na czele peletonu w pierwszej fazie etapów, o tyle zaskakująco szybko znikały z oczu, gdy peleton wjeżdżał w góry. Bez wątpienia, Hiszpan nie przetrwałby na czele dni po upadku bez wsparcia drużyny i za to, że w kryzysowej sytuacji zdołała ona obronić miejsce swego lidera w czołówce wyścigu, należą się jej słowa uznania. Nie szczędził ich zresztą zespołowi na szosie i personelowi ekipy sam Alberto.

Kiedy jednak wyścig wjechał w solidne góry, słabości najważniejszych ludzi z przybocznej straży El Pistolero, czyli Kreuzigera, Basso i Rogersa, już nie dało się ukryć. Można, odwracając schemat myślenia, powiedzieć, iż to ekipa pomocników ma olbrzymie szczęście, mając tak samodzielnego, samowystarczającego lidera.  Ktoś mniej zaradny na jego miejscu, obnażyłby jej braki. Contador podważa obowiązujący w ostatnich latach dogmat o niezbędnej dla osiągnięcia sukcesu w górach pomocy „holowników”. W tym podobny jest do dawnych asów lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, którym nikt nie musiał z przodu dyktować tempa.

Krótka wizyta kamer Eurosportu na odprawie ekipy Tinkoff-Saxo dała obserwatorom wiele do myślenia. Jak na drużynę, mającą w swych szeregach maglia rosa, atmosfera była dziwnie zwarzona. Nie tak zachowują się ludzie, z radością idący rano do swojej pracy. Może to efekt presji nakładanej na zespół przez „szalonego Ruska”, a może nie znanych nam bliżej podskórnych zadrażnień czy konfliktów. W ostatnim dniu, kiedy presja przestała ciążyć, wszyscy bawili się jednak w najlepsze.

aruDrużynowo, najsilniejsza była Astana, co na ekranach telewizorów było aż nadto widoczne. Mimo tej siły, nie zdołali jednak pokonać  samotnego w kluczowych momentach Contadora. Z pewnością zamieniliby wywalczone dwa miejsca na podium, na to najwyższe. Można tylko pospekulować, czy stawiając na eksplodującego mocą i do tego jadącego bardzo regularnie, bez dnia kryzysu, Mikela Landę, mogli osiągnąć więcej. Bask był w górach ewidentnie najsilniejszy, ale i Fabio Aru nie od macochy. Sardyńczyk pozbierał się po słabszych dniach i w końcówce imprezy dowiódł, że na miejsce w pierwszej trójce, tak czy owak, zasłużył.

Szczerze mówiąc, nie było to aż takie trudne, bowiem pierwszą trójkę od reszty dzieliła spora przepaść. Wyprzedzenie  Andreya Amadora nie jest wyczynem, o którym trzeba by zaraz układać pieśni. Kostarykańczyk nie wykazał się w trakcie tych trzech tygodni czymś bardzo szczególnym. Nie zapamiętamy go ze spektakularnych akcji. Cała jego zasługa to późniejsze, niż większości rywali, odpadanie od czołówki. I dobra jazda na czas. To w zupełności wystarczyło do odniesienia życiowego sukcesu. Naszym zdaniem, świadczy jednak bardziej o kiepskiej konkurencji niż o nadzwyczajnej klasie ambitnego Latynosa.

atak na contadoraRaczej bezbarwna była też jazda Leopolda Königa (6 miejsce), Damiano Caruso (8) czy Alexandre Genieza (9). W przeciwieństwie do dwójki kolarzy, którzy ambitną postawą, ofensywną jazdą zyskali sympatię widzów na trasie i wielomilionowego audytorium przy telewizorach. Mowa oczywiście o Ryderze Hesjedalu i Stevenie Kruiswijku. Straty poniesione w pierwszym, zwariowanym tygodniu Giro nie powstrzymały ich od ciągłego ponawiania prób awansu do pierwszej dziesiątki. Prób bardzo udanych, dodajmy. Kanadyjczyk skończył ostatecznie na piątym miejscu, Holender na siódmym. Zwycięzca Giro z 2012 roku był także naszym faworytem do tytułu Most Aggressive Rider. Przypadł on ostatecznie zwycięzcy dwóch etapów, Philippe’owi Gilbertowi, który ucieszył swoich licznych fanów powrotem do dobrej formy i dynamicznych akcji, z których przecież słynął. Po dwa wygrane etapy zaliczyli też Landa, Aru i Sacha Modolo, który okazał się najskuteczniejszym z grona włoskich sprinterów, choć koszulka triumfatora klasyfikacji punktowej przypadła jego rywalowi, Giacomo Nizzolo. By zamknąć wątek tekstylny, koszulka króla gór również została we włoskich rękach, choć jej zdobywca, Giovanni Visconti, jeździ dla hiszpańskiego Movistaru. To również znak czasów – najlepsi włoscy cykliści przyjeżdżają na Corsa Rosa w autobusach zagranicznych ekip. Pięć lat temu nie do pomyślenia.

zakarinZ ekip, które start w 98. Giro d’Italia mogą sobie zapisać po stronie sukcesów wymieńmy Orikę, Katiuszę i Lampre. Australijczycy zrealizowali plan, polegający na przechwyceniu maglia rosa na starcie wyścigu i utrzymaniu pozycji lidera przez parę dni. Wyspecjalizowali się w tego typu operacjach i po raz kolejny przekonali nas, że są w tym naprawdę skuteczni. Choć trzeba przyznać, że indywidualnie po Matthewsie spodziewaliśmy się więcej. Z kolei kolarze Lampre przyjechali z myślą o wygrywaniu etapów i udała im się ta sztuka aż czterokrotnie. Rosyjska Katiusza zaskoczyła kolejnym „asem z rękawa”. Nie udał się atak Zakarinem na „generalkę”, sięgnęli po odmienionego na korzyść Yuri Trofimova. A Zakarin wygranym etapem do Imola dowiódł, że na wakacje do Włoch nie przyjechał.

Wśród wracających z pierwszego w tym sezonie Wielkiego Touru w roli pokonanych, wymieńmy Richie Porte’a i ekipę Sky, Rigoberto Urana oraz Jurgena Van den Broecka. Dwaj ostatni wylądowali poza pierwszą dziesiątką. Zwłaszcza w przypadku Kolumbijczyka, lokowanego przed imprezą w gronie czterech głównych faworytów, jest to srogie rozczarowanie.

sky_camper_670Przypadek Richie Porte’a to pochodna splotu pechowych wydarzeń i nieumiejętności psychicznego poradzenia sobie z pechem. Psychika okazała się piętą achillesową Tasmańskiego Diabła. Olbrzymia to szkoda dla wyścigu, który mógł być jeszcze ciekawszy, gdyby Porte podjął walkę z Contadorem.  Australijczyk był znakomicie przygotowany pod względem fizycznym i miałby solidne wsparcie ekipy, na co wskazuje późniejsza postawa, zwłaszcza obu Białorusinów. Pozbawiona żądła ekipa Sky, mimo wygrania dwóch etapów, zasłynęła głównie z campera, w którym zamieszkał jej lider. Motorhome Porte’a był przedmiotem licznych żartów, lecz dokładnie z taką samą reakcją spotykały w poprzednich latach inne innowacje brytyjskiej ekipy, jak choćby poetapowe warm downy, dziś obowiązkowo stosowane przez całą czołówkę.

patera giro 3eInną ciekawostką, dodającą imprezie kolorytu, były polowania na mityczne motorki w ramach rowerów przeprowadzane przez kontrolerów UCI. Kolorytu kolumnie wyścigu dodały też pomarańczowe barwy polskiej ekipy CCC Sprandi. Szkoda, że pod względem sportowych wyników „pomarańczowi” nie zaprezentowali się równie efektownie. Wyścig dość surowo zweryfikował zarówno możliwości i umiejętności, jak i osobiste ambicje zawodników polkowickiego teamu. Plusem startu jest zaprezentowanie przez  polski zespół profesjonalizmu w dziedzinie wyposażenia kolarzy w sprzęt i zapewnienia im godziwych warunków regeneracji i odpoczynku. To z pewnością będzie procentować przy negocjacjach kolejnych kontraktów z zagranicznymi zawodnikami. Bo to, że drużyna (jeśli mamy stawiać przed nią ambitniejsze cele) wymaga wzmocnienia, wydaje się oczywiste.

Giro d’Italia 2015 przyniosło sporą porcję emocji i nieoczekiwanych wrażeń, które wyraziście zapisując się w naszej pamięci, sprawią, iż nieprędko o nim zapomnimy. Z całą pewnością było znakomitą reklamą kolarstwa i mamy nadzieję, że w przyszłości nie dowiemy się niczego, co mogłoby nam ten optymistyczny obraz imprezy przesłonić.

Krzysztof Suchomski

klasyfikacja generalna 98. Giro d’Italia

powrót do części 1.