Bosskie komentarze przy kawie #98

 

Przegrał, ale wygrał

Dopiero co pisaliśmy. Contador to wirtuoz zaskoczeń. Zawsze wymyśli coś, co wszystkich wprawi w osłupienie. Już jakiś czas temu któryś z pracujących z nim DS-ów opowiadał, że niezależnie od tego, co mówi się na odprawie, Alberto i tak realizuje zawsze własny plan. I często zmienia go pod wpływem różnych okoliczności na szosie. Dziś znów zaskoczył wszystkich i został sobie z tyłu. Po etapie twierdził, że miał wszystko pod kontrolą i ani przez moment nie czuł, by jego pozycja lidera była w najmniejszym stopniu zagrożona. A co ma mówić?

atak na contadoraFaktycznie, nerwowych ruchów nie zauważyliśmy, choć wcale nie wyglądało to na kontrolę sytuacji. Do złudzenia przypominało nam to 7 etap Tour de France z 1996 roku, kiedy to na Les Arcs rywale kolejno odjeżdżali sprzed nosa Indurainowi, a on nie potrafił już na to zareagować – po prostu pedałował  z tą swoją pedantyczną regularnością i pokerowym wyrazem twarzy.

O Alberto nawet tego nie można powiedzieć. Gdy dobrze się czuje, staje w pedałach i w charakterystyczny sposób kołysze rowerem. Tym razem siedział. Oj, nie szło mu na tych szutrach, nie szło. W telewizorze wyglądało to kiepsko, to jak źle musiało przedstawiać się z bliska. Ano tak, że nawet ostatni przydzielony mu ochroniarz z Astany, Kangert, machnął na niego ręką i pojechał za swoimi. Musiało zaboleć. Taka demostracja lekceważenia wobec maglia rosa.

contSkończyły się szutry, ruszył Pistolero, pokarać zuchwalca, ale poza tym, że go dogonił, krzywdy mu nie uczynił. O dopędzeniu innych nie było mowy, różnica zamiast maleć, jeszcze rosła. W tym świetle czwartkowa akcja, pozornie spontaniczna, nabiera cech strategicznego posunięcia, umożliwiającego wygranie wojny.

Bo przegrał dziś bitwę, ale wojnę wygrał. Celem było przecież wygranie Giro i został on właśnie dziś osiągnięty. Od jutra generał Contador może zacząć planować Kampanię Francuską.

A Oleg Tinkov serwuje wina w hotelu ekipy i wyśpiewuje We are the champions. Trochę go poniosło, jeśli chodzi o słowo we. Bo słowo champion jest na miejscu. Alberto Contador wielkim mistrzem jest. Nawet, gdy czasem przegra.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Team orders

Jakoś tak się przyjęło, że te dwa słowa nie są lubiane przez fanów kolarstwa. Kojarzą się one z krępowaniem inwencji zawodników wydawanymi z samochodu nakazami i zakazami, stawiającymi wyżej cele teamu i dyscyplinę zespołową nad jednostkowe dążenia wyłamującego się z rygorów posłuszeństwa inywidualisty.

Kibice w takich przypadkach są z reguły za indywidualizmem (co generalnie kiepsko rokuje socjalistom), w odróżnieniu od dyrektorów sportowych, którzy nie lubią, gdy sytuacja wymyka się spod kontroli.

Najsłynniejszym bodaj takim przypadkiem było odwołanie do tyłu jadącego po zwycięstwo Grega LeMonda na 17 etapie Tour de France 1985, a z ostatnich, przywołanie do porządku Chrisa Froome’a na 11 etapie Wielkiej Pętli w 2012 roku. Przeważa opinia, że obaj mogli wtedy zapewnić sobie wygranie Touru. Nigdy tego nie sprawdzimy. Obaj udowodnili w swoim następnym sezonie, że zwycięstwo było w ich zasięgu.

Dziś mieliśmy przypadek powstrzymania, jadącego po wygranie etapu i zdobycie drugiego miejsca w klasyfikacji generalnej, Mikela Landy. Nie wiemy dokładnie, jaki był plan Astany. Czy rajd Landy na Colle delle Finestre był zaplanowany, a jeśli tak, czy jego celem miało być tylko zdobycie Cima Coppi?

W każdym razie, gdy Landa zdecydował się na atak, trzeba przyznać, że wielu obserwatorom opadły szczęki. Na tle męczących rowery rywali Landa wyglądał jak szesnastolatek jadący skuterem na pierwszą randkę.  Szkoda, że go odwołali (wolimy, żeby odwoływano takich jak Blätter), bo nie przekonaliśmy się, ile zyskałby nad Contadorem, jadąc po swojemu do końca. Wyścigu by nie wygrał, ale pewnie postraszyłby Księgowego bardziej niż Aru.

aru colleLanda jednak posłuchał. Dzięki czemu znów mogliśmy przyjrzeć się na mecie stanowi uzębienia Fabio Aru. Poza kolegą z ekipy, Sardyńczyk był rzeczywiście tego dnia najlepszy. Drugi na mecie (a to niespodzianka) Hesjedal, a trzeci, obudzony z głębokiego snu zimowego, Uran. Landa grzecznie dojechał czwarty, nie walczył o wyższą pozycję, mimo że to zapewniłoby jemu (i Astanie) koszulkę króla gór. Niektórzy uznają to za przejaw buntu. Trudno powiedzieć. Buntem byłoby wygranie etapu, a tu mogło wchodzić w grę niedoinformowanie. Jeśli jednak zrobił to celowo, to po prostu jest frajerem.

Hesjedal i Kruiswijk (dziś piąty) w ostatnim tygodniu znacznie awansowali. Kanadyjczyk kończy Giro w top 5, zawodnikowi Lotto-Jumbo 12 sekund zabrakło do szóstego miejsca. obaj, oprócz miejsc w tabeli zyskali sporo sympatii fanów kolarstwa.

wyniki

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Świątynia

Colle delle Finestre. To jest podjazd stworzony do tego, by rozegrać na nim decydującą partię. Jeżeli Mt.Ventoux przyrównać można do stadionu Wembley, to Colle delle Finestre jest jak Nou Camp. Na takiej arenie nie gra się na co dzień.

colle delle finestre

Jechali tu także 10 lat temu. Właśnie, pisząc o tym, próbowaliśmy przeżyć to na nowo. Ale to nie to samo. Inne Giro, inna epoka, inne media. Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki.

Jeżeli kostki brukowe na trasie Paris – Roubaix znajdują się pod opieką konserwatora zabytków, to mamy nadzieję, że z taką samą pieczołowitością Włosi traktują szutrowy podjazd na przełęczy Finestre. Wylanie tego odcinka drogi asfaltem byłoby zbrodnią przeciw ludzkości.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Właściwie to wolałem, jak na ostatnim etapie Giro walczą o to, kto wygra wyścig.

boss