Reflektor Bossa: Piękni dwudziestoletni

 
To idzie młodość! – wyśpiewywały kiedyś socrealistyczne chóry i chórki w jedynym słusznym programie robotniczo – chłopskiego radia. Melodia wraca po latach i unosi się dziś nad zawodowym peletonem. Czy Phinney zluzuje Cancellarę, Sagan wygryzie Gilberta, a Pinot zastąpi Contadora na etacie kozicy alfa? Wymienioną trójkę łączy to, że są młodzi, ambitni i fotogeniczni, czyli jak w tytule felietonu bezczelnie ukradzionym Hłasce.

Tytuł jest w zasadzie jedynym, co mogłoby łączyć wspomnianego pisarza z kolarstwem. Teza i tak mocno naciągana, więc RB nawet nie będzie Was okłamywał, że autor „Następnego do raju” był zapalonym cyklistą. Powiedzmy sobie szczerze, rower nie był ulubionym pojazdem gwiazdy polskiej literatury powojennej (była nią, jak wiadomo, ciężarówka ZIŁ), a tym bardziej bidon ulubionym naczyniem (ze względu na odwiedzającą portal młodzież małoletnią nie wnikajmy, co nim było).

W rzeczy samej tytuł powinien brzmieć Piękni dwudziestodwuletni, ale gdzie takiemu skromnemu żuczkowi jak RB, do poprawiania persony będącej pierwszym celebrytą powojennej Polski (przydomek polskiego Jamesa Deana zyskał nie bez powodu) i pupilem Radia Wolna Europa. Bo właśnie dwadzieścia dwa lata ukończyli w mijającym roku: Sagan, Phinney, Pinot, Quintana, Chaves Rubio, Felline, Fenn, Matthews, Moser, Aru, Bouhanni i nasz Kwiatkowski, by wymienić tylko najlepszych.

Niektórzy pukają dopiero do przedsionka sławy, a inni są gwiazdami całą gębą. Przebojowi, pozbawieni kompleksów i łączy ich pasja wygrywania. Łupem jednych padają etapy, zaś drugich już całe wyścigi – naturalnie te dla dorosłych, bo z młodzieżowego ścigania chłopcy wyrośli szybciej niż początkujący nauczyciel ze złudzeń. W kolarstwie szosowym nic pewnego (zwłaszcza ostatnimi czasy), więc obstawianie, podobizny których z tego grona będą ozdabiać ściany kolarskiego muzeum za lat 50, byłoby obarczone sporym ryzykiem. Podobnie jak przewidywanie, którzy z wymienionych skończą jak bywszyj maładiec Thomas Dekker.

Koneserzy win godzinami potrafią rozprawiać o zaletach legendarnego już dziś rocznika 1990, który, co rzadko się zdarza, obrodził wspaniałymi trunkami we wszystkich słynących z produkcji win prowincjach. Niewykluczone, że podobne zachwyty pojawiać się będą po latach w dysputach prowadzonych przez koneserów kolarstwa. Nawet, gdyby nie wszystkie owoce w tym koszyku okazały się zdrowe, to i tak w przyszłości o urodzonych w roku 1990 mówić się będzie w superlatywach. A o ile w branży winiarskiej, po pamiętnym roku nastąpiła paroletnia „susza”, to młodzi kolarze z rocznika ’90 czują na plecach oddech o rok młodszych kolegów. Rocznik ’91 prowadzony przez Demare’a, Keldermana i Dombrowskiego także zapowiada się smakowicie.

Wyroki biologii i anty-dopingowych „trybunałów ludowych” są nieubłagane. Rok 2012 zapisze się pod tym względem pogrubioną czcionką. W przyszłym sezonie na listach faworytów imprez ubędzie niemało „staruszków” po trzydziestce. Przyszłość, jakkolwiek nie rysuje się przed kolarstwem zbyt różowo, należy z pewnością do młodych i zdolnych. No i jest to jakiś powód do optymizmu na kontynencie, który szczyci się ponad 30%-wym bezrobociem wśród absolwentów szkół i uczelni.

Cieszą się chłopaki nadarzającą się szansą, aż palą się do wskakiwania na podium, otwierania szampanów, obcałowywania urodziwych hostess. Ech… gorąca krew. Żeby jeszcze nie wyrywali się tak gorliwie (jak choćby Phinney) z oświadczeniami o pokoleniowej czystości i moralnym dziewictwie. To tamci są źli, nie my. Oni to pokolenie oszustów, EPOholików, hormonożerców, a my tylko na witaminach i mleku w proszku. Na głowie kwietny mamy wianek, w ręku zielony badylek, za nami bieży baranek, nad nami lata motylek.

Z czasów służby wojskowej została w głowie RB przyswojona w koszarach mądrość: nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. I w tym nastroju ocenia pojawiające się w mediach płomienne deklaracje przeróżnych „niesłyszących”, „niedowidzących”, „niedoinformowanych” i „nieużywających”. Cóż, Clinton palił trawę, ale się nie zaciągał, a ksiądz ma, ale tylko na wszelki wypadek. RB jest zatem skłonny wierzyć, że kolarska młodzież odstawiła strzykawki do lamusa. Nie tyle wynika to jednak z wiary w człowieka, co bardziej z wiary w postęp nauki i medycyny. Młodzież zawsze miała nosa do nowinek, a EPO czy CERA to już dziś „szrot”, więc RB szczerze wierzy „młodym gniewnym”, kiedy deklarują, że z metod poprzedniego pokolenia nie korzystają i jest to wiara równie silna, jak ta, że młodzi ludzie nie używają dziś dyskietek czy komputerów „Commodore”.

Bo wiara w absolutną czystość i niewinność młodego kolarskiego narybku byłaby, zdaniem RB, tak samo naiwna jak założenia ideologii zaproponowanej nam przy pomocy czołgów przez niejakiego Ziutka Słoneczko. I tym sposobem wracamy do Marka Hłaski. Proza rządzi.

Krzysztof Suchomski