Wiosna 2014 (2): Fascynujące „bruki” i nudne „asfalty”

 

Pojedynek między klasykami brukowymi, a asfaltowymi tej wiosny zdecydowanie wygrały te pierwsze, mimo, iż atrakcyjność tych drugich podnosił udział naszego ulubieńca. Bruki rzadko bywają nudne, ale w tym roku seria cobble races mogła rozpalić do białości. Natomiast hitem etapówek był come back wielkiej formy Alberto Contadora.

Nasza polska optyka nie powinna przesłaniać nam ostrości widzenia. Ciekawsze ze sportowego punktu widzenia i bardziej obfite w wydarzenia były wyścigi na brukach. Oj, działo się, działo… Więcej niż w niejednym serialu i to poczynając już od przystawki, czyli otwierającego sezon Omloop Het Nieuwsblad. Wyposzczonym kibicom trudno było oderwać wzrok od ekranu. Po wielu przetasowaniach faworytów, na pasjonującym finiszu Ian Stannard okazał się minimalnie lepszy od Grega Van Avermaeta.

Jak na uczciwą uwerturę przystało, zasygnalizowała nam nadchodzące emocje sezonu i przedstawiła bohaterów. Ekipy Sky i BMC pokazały, że Servais Knaven i Alan Peiper dobrze wykonali swoją robotę, a kapele Czerwono-Czarnych i Niebiesko-Czarnych (kto jeszcze dziś pamięta początki polskiego rocka lat 60-tych?) będą w tym sezonie często gościć na szczytach list przebojów. Uwaga melomanów skoncentrowana była oczywiście na występach Omegi (ale już nie tej węgierskiej), która na ten sezon skompletowała skład mocniejszy niż Led Zeppelin i Deep Purple razem wzięte.

Mając tyle atutów, koledzy Kwiatka próbowali zdominować brukową rywalizację, co nie wszędzie się udało, ale sukcesy odniesione w drodze do stanowiących ukoronowanie sezonu monumentów, potwierdzały ich pozycję w peletonie. Najsolidniej prezentował się Niki Terpstra (1. w Dwars door Vlaanderen, 2. w E3 Prijs), ale i Tom Boonen wyglądał na gotowego do walki o najwyższe cele (1. w Kuurne-Brussels-Kuurne). Swój skalp zaliczył Peter Sagan (E3 Prijs), w tym sezonie stawiający starty na brukach ponad ardeńskie pagórki, oraz duet niemieckich sprinterów: John Degenkolb (Gent-Wevelgem) i Marcel Kittel (Scheldeprijs). Wszyscy oni (może poza ostatnim) zgłosili swoje wysokie aspiracje przed monumentami.

Wiosna w tym roku nie udawała zimy, toteż przed najważniejszymi startami kolarze mogli się skoncentrować wyłącznie na umiejętnościach jazdy na rowerze. Trasa wyścigu Dookoła Flandrii, wprawdzie jeszcze bez Kappelmuuru, lecz z Koppenbergiem, dwukrotnie pokonywanym Paterbergiem i trzykrotnym Starym Kwaremontem, stanowiła wystarczające wyzwanie, by jeszcze komplikować ją kaprysami aury. Słowem, wszystko dopisało i Ronde van Vlaanderen zapowiadało się smakowicie jak remake filmu „W samo południe”, czyli pojedynek samotnego szeryfa, Spartakusa, z bandą rewolwerowców Omegi. Oczywiście, aktorzy w kostiumach Belkinu i BMC nie zamierzali ograniczać się do ról statystów, co miało dodatkowo urozmaicić scenariusz.

 

PIC449819815

 

Wyścig sprostał najbardziej wygórowanym oczekiwaniom. We Flandryjskiej Piękności znów można było się zakochać. Epickie zmagania, ucieczki i pogonie, pokerowe zagrywki, emocje i napięcie do ostatniej chwili. No i ten niesamowity Fabian Cancellara. Obsadzony w głównej roli po raz kolejny udźwignął brzemię faworyta. To jego wyścig, co udokumentował kompletując triplet. Gdy jest w formie, to nie ma mocnych. Wygrywał tu samotnie przecinając linię mety, nie dał się pokonać i w grupowym finiszu prowadzącej czwórki. Za nim znakomity tego dnia Van Avermaet, nie ustępujący mocą Szwajcarowi Sepp Vanmarcke i najmniej spodziewana strzelba Omegi, Stijn Vanderbergh. Drużynie Patricka Lefevere oberwało się od fanów za fatalną taktykę. Przed decydującą akcją mieli z przodu cztery swoje asy i wydawało się, że kontrolują sytuację.

 

PIC449803276

 

Kolarze nie pozwolili nam dobrze odetchnąć po tych przeżyciach i już po tygodniu zaserwowali nam powtórkę z emocji. Paryż – Roubaix nie chciało być gorsze, więc piekielny pakiet atrakcji zawierał wszystko, co można było zaoferować, no może z wyjątkiem błota, którego nie widzieliśmy tu od ponad dekady. Ekipa OPQS tym razem bardzo pilnowała, by nie wypuścić inicjatywy z rąk, a że inni też nie próżnowali, iskry szły z bruku raz za razem.

Tom Tornado, pałający żądzą odkupienia win za Flandrię, szalał w środkowej części wyścigu. Wydawało się, że razem z Geraintem Thomasem rozbiją bank, lecz później przystąpili do kontrataku następni gladiatorzy Piekła Północy, a wśród nich: niezwykle aktywny Sagan, Cancellara, Vanmarcke, Degenkolb. Największą furorę robił jednak swą obecnością w czołówce Bradley Wiggins. Wygrał po samotnym ataku Niki Terpstra, co sprawiło mi dużą satysfakcję. To jedno z takich rozstrzygnięć, po których człowiek mówi sobie: należało mu się. Finisz na welodromie o drugie miejsce wygrał Degenkolb, a kolejne podium zapewnił sobie Spartakus, wpędzając w kompleksy Seppa Vanmarcke.

 

PIC452185678

 

To jednak ten ostatni, jak większość zgodnie zauważa, jest przyszłością brukowych monumentów. Jego pojedynki z Terpstrą mogą już niedługo ekscytować tak, jak rywalizacja Boonena z Cancellarą.

Asfaltowe klasyki poziomem emocji i dramaturgii nie mogły się równać z brukową epopeją. Zarówno Primavera, jak i w komplecie klasyki zwane ardeńskimi, rozegrały się w samej końcówce. Nie będę już wracał do opisów dokonanych w pierwszej części, dodam tylko, że na długości trasy kolarze byli każdorazowo bardzo oszczędni w serwowaniu nam emocji. O ile nie było to niespodzianką w Mediolan – San Remo, czy tradycyjnie rozstrzygającej się na Mur de Huy Walońskiej Strzale, o tyle po obchodzącej zaszczytny jubileusz Staruszce, stanowczo oczekiwaliśmy więcej entuzjazmu. Również Piwny Wyścig, mimo zmiany konfiguracji końcówki, niebezpiecznie zmierza w stronę redukcji rywalizacji do rozgrywki na Caubergu, co oczywiście nie martwi Philippe’a Gilberta, już okrzykniętego królem tego wzgórza.

Co w jednych i drugich typach klasyków podobne, to układ sił. Podobnie jak na brukach, tak i tu stara gwardia w postaci Gilberta, Alejandro Valverde i Simona Gerransa dzielnie odpiera ataki dwudziestoparolatków: Dana Martina, Jelle Vanenderta, naszego Michała czy Bauke Mollemy. Irlandczykowi pechowy upadek na ostatnim zakręcie odebrał wielką szansę powtórzenia ubiegłorocznego zwycięstwa, co nie zdarzyło się od 1998 roku, kiedy to sztuki tej dokonał Michele Bartoli. Na marginesie, być może na Zielonej Wyspie toczą się dziś podobne polskim, namiętne dyskusje, czy ich bohater narodowy ma wygrywać klasyki czy ruszać na podbój Grand Tourów.

Jedno z drugim nie tak łatwo pogodzić. Ba! Postępująca specjalizacja sprawiła, że coraz mniej zawodników łączy (udanie) starty na brukach z ardeńskimi klasykami. Primavera (także z racji terminu) jest tym miejscem, w którym skutecznie rywalizują na asfalcie kandydaci do laurów na wybojach Flandrii i północnej Francji, co wykazał tegoroczny jej triumfator Alexander Kristoff oraz drugi na mecie Cancellara, który jako jedyny w tym roku stanął na podium trzech wiosennych monumentów. Szwajcar jest więc naturalnym kandydatem do miana bohatera wiosny 2014.

Jego głównym kandydatem do tego tytułu stał się Alberto Contador, który w imponujący sposób wygrał Tirreno – Adriatico i Vuelta a Pays Vasco, a na 2. miejscu ukończył Volta a Catalunya i Volta ao Algarve. Kolarscy kibice z radością powitali powrót dawnego El Pistollero. Swoboda, z jaką już teraz Księgowy odjeżdża konkurentom przywodzi na myśl jego dokonania z lat 2008-2009 i rokuje dobrze rywalizacji na lipcowym Tourze.

 

PIC443184876

Jego hiszpański rywal, Valverde, o którego powrocie do formy też wiele mówiono i pisano, zdecydowanie lepsze wyniki notował w jednodniówkach, natomiast robiący wokół siebie znacznie mniej szumu Gerrans okazał się jedynym, który ma na koncie tegoroczne zwycięstwa w wyścigu World Tour zarówno jednodniowym ( i to monumencie) jak i etapowym (Tour Down Under). A sympatyczna drużyna Orica – GreenEdge wyrosła na ekipę rasowych specjalistów od wygrywania końcówek.

Trzeciemu z hiszpańskich muszkieterów, Joaquinowi Rodriguezowi, upadek przeszkodził w odegraniu większej roli w Ardenach. Przedtem wygrał swój home race, czyli Dookoła Katalonii, lecz po prawdzie to wiosnę uratował dla Katiuszy bardziej Kristoff, tym bardziej, że Daniel Moreno gdzieś zgubił swoją skuteczność we wspinaczce na ściankach.

Będący rewelacją ubiegłego sezonu Kolumbijczycy, tym razem bliscy byli wystąpienia w diametralnie odmiennej roli. Trzeba przyznać, że nie mają ostatnio dobrej prasy. Nagła obniżka lotów większości z nich zbiegła się różnymi dopingowymi sugestiami czy insynuacjami (trudnymi na razie do zweryfikowania), a oliwy do ognia dolało oświadczenie Sky Teamu o „urlopowaniu” Sergio Henao z powodu trudnych do wyjaśnienia wyników laboratoryjnych badania krwi.

W teamie Niebiańskich wszystko zdawało się odwracać do góry nogami. Odwrotnie proporcjonalnie do coraz lepszej postawy w klasykach (a pewnie byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie upadek eliminujący ze startu w monumentach Stannarda), w tygodniówkach, będących od dwóch lat łupem Brytyjczyków, zbierali solidne cięgi. Seria kontuzji i infekcji, na której mogłoby się wykształcić pokolenie lekarzy sporego miasteczka byłaby dość marną linią obrony, gdyby wreszcie „Krzychu” nie wziął się do roboty. Po występie mojego imiennika w Romandii na etapie do Aigle, skumulowana suma westchnień ulgi wywołała na Wyspach lokalne tornada (bez obawy, koncern Murdocha pokrywa straty).

Co jeszcze rzucało się w oczy tej wiosny? Zmiany w tak do niedawna jeszcze trwałej hierarchii wyścigów. Niekoniecznie jeszcze tej formalnej, sankcjonowanej oznaczeniami UCI, ale już sportowej, organizacyjnej i medialnej. Jeśli mierzyć hierarchię atrakcyjnością wyścigu, listą startową, poziomem rywalizacji i rozgłosem, to zmiany w rozłożeniu akcentów są widoczne gołym okiem.

W górę idą Strade Bianche, Tour of Oman, Tour of Turkey, a nawet argentyński Tour de San Luis. Wyścig Dwóch Mórz zdecydowanie wyrasta na wiosenną etapówkę nr 1. W każdym sezonie odkrywa dla nas nową atrakcję. Tym razem było to Muro di Guardiagrele, błyskawicznie robiące karierę, po tym jak sam Contador musiał wjeżdżać nań zakosami.  Tracą, nie od dziś zresztą, pomniejsze wyścigi hiszpańskie, zamykają się w swym całkowicie lokalnym charakterze wyścigi francuskie. Mocno dołuje, ku memu zmartwieniu, tak szanowany kiedyś Paryż – Nicea (to tu zaczynała sezon śmietanka zawodowców), tracący dystans nie tylko do włoskiego rywala, ale i do tygodniówki w Katalonii. I marnym pocieszeniem dla dyrekcji tej imprezy jest świadomość, że bracia Schleck upadli jeszcze niżej.

Na szczęście wyścigiem, którego marka trzyma się mocno jak Skała Gibraltaru, jest Giro d’Italia. Sezon klasyków zinwentaryzowany i rozliczony – zdążyliśmy na czas, bo zaczął się maj. A maj ma kolor różowy. Odliczanie trwa.