Bosskie komentarze przy kawie #95

 

Narodziny legendy

Za 15, czy może 20 lat poczytacie tu i ówdzie o legendarnej pogoni Contadora na Mortirolo. Tak, jak dziś czytacie o legendarnym rajdzie Pantaniego na etapie do Oropa.

Legendy rodzą się na naszych oczach, choć nie zawsze je w porę dostrzegamy.Tym razem chyba nikt się nie zagapił. Bo nie ma wątpliwości. Byliśmy świadkami homeryckiego spektaklu. Takiego, o jakich często piszemy z wielką atencją w naszych wspomnieniach z najpiękniejszych momentów w historii kolarstwa.

contador mortiroloAlberto Contador wskutek pospolitego „laczka”  został za peletonem. Rywale z Astany i Katiuszy złamali niepisane prawo, mówiące o nie atakowaniu lidera zostającego z tyłu wskutek defektu czy upadku. Narzucili tempo, którego nie wytrzymali prowadzący pościg nieliczni towarzysze z drużyny lidera. El Pistolero został sam, niczym bohaterowie starych westernów, postawieni w pojedynkę przeciw bandom rzezimieszków. Epicka pogoń Alberto przywodziła na myśl sprawiedliwą zemstę samotnego mściciela, który po kolei „odstrzeliwuje” mijanych przeciwników.

Kiedy na ekranie kinowym szeryf zabija bandytę nie odczuwamy żalu, czy wyrzutów sumienia. W głowie nie kołacze nam: mój Boże, znów zginął człowiek. Przeciwnie, doznajemy uczucia satysfakcji z wymierzonej na naszych oczach sprawiedliwości. I podobną, mściwą satysfakcję odczuwaliśmy na widok kołyszącego rowerem Contadora, mijącego kolejnych konkurentów o otępiałym ze zmęczenia spojrzeniu i mięśniach odmawiających posłuszeństwa.

Czy zatem walka Contadora z Aru przejdzie do historii Giro, tak jak słynne potyczki Fignona z Moserem czy Merckxa z Gimondim? A skądże. Heros był tylko jeden. Aru został dziś zmiażdżony, przeżuty i wypluty. W historycznym widowisku zagrał rolę ofiary. Zagrał ją z wielkim talentem, musimy przyznać. Cierpienie malujące się na jego twarzy wzruszyłoby nawet najtwardsze serca, mimo iż surowa kara w sumie dziś mu się należała. Walczył do ostatniego tchu, uruchomił wszystkie, nawet najgłębsze, pokłady rezerw swojego organizmu. Ale nie dał rady. Ani Contadorowi, ani paru innym konkurentom, w tym swemu (do tej pory) wiernemu adiutantowi, Mikelowi Landzie. Ten ostatni złapał okazję i nie wypuścił jej z rąk. Wskoczył w otwierające się przed nim drzwi do przedsionka sławy. Awansował na drugie miejsce i w kolejnych dniach, jak się spodziewamy, umości się pewniej na tej grzędzie. Ale nic poza tym. Nie jest w stanie poważnie zagrozić posiadaczowi maglia rosa, szeryfowi, który pokarał kogo trzeba i teraz nie musi już nic udowadniać. W tym wyścigu.

3 na mortiroloKiedy Alberto dogonił wyczerpanego Aru i zdezorientowanego Landę, a potem dalej nacisnął na pedały, wiedzieliśmy, że to już nie z nimi się ściga. On goni za cieniem Pirata. Mierzy się z legendami wielkich kolarzy z przeszłości. Bo z tymi, którzy teraz jeżdżą po szosach wygrał już tyle razy, że jeden więcej czy mniej nie robi żadnej różnicy. Oni walczą o miejsce na podium, on walczy o miejsce w historii. Kiedy prowadząca trójka mijała pomnik Pantaniego, porównania takie nasuwały się nieodparcie.

Nie zanudzamy Was po tak pięknym wydarzeniu nadmiarem danych, tymi wszystkimi nazwami, kilometrami, procentami, sekundami. Jutro i tak o nich zapomnicie. Ważniejsze jest to, co warto z takich chwil zapamiętać, przechować w zakamarkach świadomości, tak by było pod ręką. By w każdej chwili można po to sięgnąć. I jedną z takich rzeczy jest konstatacja, że kolarstwo, na przekór wszystkim epatującym media społecznościowe aferami, domysłami, aluzjami, przelicznikami, oskarżeniami, wciąż jest piękne i nieodmiennie potrafi wspaniale działać na wyobraźnię. Kolarstwo wygrywa.

Malkontenci, idźcie się utopić.

wyniki


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Było jeszcze parę newsów, które pewnie skomentowałbym innego, mniej bogatego we wrażenia dnia. Ale po takim nieziemskim przeżyciu, wręcz nie wypada zajmować się drobiazgami.

boss