Giro 2005: Thriller Zomegnana, roz. 1

 

Ta opowieść będzie poświęcona edycji Corsa Rosa, którą do dziś uważamy za swoją ulubioną. Oglądaliśmy ten wyścig z zapartym tchem, mamrocząc pod nosem: kurczę, to jest lepsze od Tour de France. Takie stwierdzenie dziś słyszy się tu czy tam, ale 10 lat temu w ustach kogoś, kto nie był Włochem, brzmiało jak świętokradztwo. Wielka Pętla organizacyjnie, medialnie i sportowym poziomem rywalizacji wyprzedzała młodsze Grand Toury o parę długości. Tak brzmiał obowiązujący dogmat kolarskiej wiary. Byliśmy szczerze przekonani o jego fundamentalnej trwałości jeszcze w połowie maja 2005. I wtedy to, nasza pewność została po raz pierwszy poważnie zachwiana. Jakie to uczucie? Niezapomniane. Do dziś na jego wspomnienie dostajemy „gęsiej skórki”.

zomegnan 1Kilka istotnych przyczyn złożyło się na to, że Giro d’Italia z roku 2005 uchodzi za przełomowe. Pierwszą z nich było powołanie na stanowisko dyrektora wyścigu Angelo Zomegnana, dziennikarza związanego z Gazetta dello Sport od 1979, który z czasem awansował na stanowiska redaktora naczelnego i zastępcy dyrektora firmy. Zomegnan został dyrektorem Giro w 2004 roku. Ten niesłychanie ambitny człowiek, wciąż szukający nowych wyzwań, pracując na tym stanowisku do 2011 roku, wycisnął na Corsa Rosa wyraziste piętno.

Miał wizję Giro jako wielkiej, światowej imprezy, jeśli nie równej, to przynajmniej zbliżonej prestiżem i rozgłosem do Tour de France. Jego misją było uczynienie Corsa Rosa najtrudniejszym etapowym wyścigiem kolarskim. Jeśli nie możemy być najwięksi, bądźmy najtrudniejsi – mawiał. Uważał, nie bez racji, że wyścig stanowiący największe wyzwanie dla kolarzy będzie się lepiej sprzedawał w telewizji niż bardzo włoska w swym charakterze impreza, o lokalnym kolorycie i mocno towarzyskim klimacie. Wyzwanie  i pobudzenie zainteresowania mediów ściągnie na start gwiazdy, kalkulował  Zomegnan. Jako dziennikarz był znakomicie zorientowany w realiach komercjalizującego się na potęgę i globalizującego się świata sportu. Zdawał sobie sprawę, że nic tak nie nakręca koniunktury, jak obecność wielkich gwiazd.

I z czasem te gwiazdy, łącznie z najjaśniejszymi, zaczęły się na powrót na trasach Giro pojawiać. To Zomegnan dokonał rzeczy dla poprzednika, Carmino Castellano, nieosiągalnej. Namówił do udziału w Giro wracającego na szosy Lance’a Armstronga. Z perspektywy czasu wiemy, że reputacja tej gwiazdy uległa później sporej dewaluacji, ale wówczas był to wyczyn na miarę lądowania aliantów w Normandii. Zomegnanowi udało się zasypać sporą część przepaści dzielącej Giro d’Italia od Tour de France. Apodyktyczny styl pracy wizjonera i innowatora nie jednał mu zwolenników. Utrudniając na różne sposoby zadanie kolarzom, wybierając dla uatrakcyjnienia trasy ryzykowne warianty, miał ich po drugiej stronie barykady. W 2011 roku przeciwnicy, obwiniając go między innymi o wypadki na trasie i zlekceważenie zasad bezpieczeństwa, doprowadzili do jego ustąpienia.

pantani faceWybiegliśmy trochę w przyszłość, by pokazać, jak nietuzinkową osobistością był nowy dyrektor Giro. Odziedziczył wyścig, który z szanowanej za czasów legendarnego Vincenzo Torrianiego międzynarodowej imprezy, stał się w końcu lat dziewięćdziesiątych i na początku pierwszej dekady XXI wieku „włoskim grajdołkiem”. Ostatnim, który dokonał wielkiej sztuki, wygrywając w jednym sezonie Corsa Rosa i Wielką Pętlę, był Marco Pantani w 1998 roku. Od tej pory zwycięzcy imprezy nabierali coraz bardziej lokalnego formatu, poza terenem „włoskiego buta”, zadziwiająco gubiąc swoje walory. To sprawiało, że ich pojedynki w Apeninach czy Dolomitach ekscytowały prawie wyłącznie włoską widownię. Taki stan rzeczy zastał Angelo Zomegnan w 2004 roku.

Do roku 2004 jeszcze wrócimy, a teraz pora przyjrzeć się drugiemu ważnemu powodowi, dla którego rok 2005 był w historii Giro d’Italia tak szczególny. W tym właśnie sezonie zadebiutowała nowa inicjatywa UCI, nazwana Pro Tourem. Będący poprzednikiem obecnego World Touru, cykl kolarskich zawodów w pierwszej edycji obejmował 27 najbardziej prestiżowych wyścigów oraz mistrzostwa świata. Obligatoryjnie uczestniczyło w nich 20 najmocniejszych drużyn zawodowych (ProTeams) oraz ekipy dywizji i Pro-Continental zapraszane na zasadzie „dzikich kart”.

Jakie to powodowało konsekwencje dla włoskiego touru? Przede wszystkim zwiększyło zainteresowanie teamów wyścigiem. Wcześniej ekipy francuskie, belgijskie, holenderskie, amerykańskie koncentrowały się na starcie w Tour de France, hiszpańskie wolały swoją Vueltę i w rezultacie część silnych zespołów rezygnowała ze startu we włoskiej trzytygodniówce. Sztandarowym przykładem był tu wspomniany Armstrong i jego kolejne zespoły. Legenda Teksańczyka, który wygrał z rakiem, rozpętała szaleństwo medialne wokół Wielkiej Pętli, spychając całkowicie włoskiego konkurenta w cień. Inne ekipy szły za przykładem Amerykanów.

Obowiązek startu w wielu imprezach powodował wzrost liczebności kolarzy w zespołach i takie ich kompletowanie, by sensownie obsadzić te najbardziej punktodajne. Bo punkty zaczynały liczyć się w tej grze. Nie tylko jako dowód klasy ekipy, substytut prestiżu, ale też jako wymierna przepustka do „Kolarskiej Ligi Mistrzów” na kolejne sezony. A każdy sukces w Giro zapewniał tych punktów prawie tyle, co analogiczny sukces w Tour de France. Strategie startowe teamów musiały być definiowane na nowo.

Włoscy kolarze zaczęli pojawiać się w składach zagranicznych drużyn i to nie tylko w roli przewodników znających język. Discovery zakontraktowało zwycięzcę Giro 2002 Paolo Savoldellego, Crèdit Agricole trzeciego na podium w 2003 roku Pietro Caucchioliego, Liberty Seguros zainwestowało w rozwojowych Michele Scarponiego i Giampaolo Caruso, Saunier Duval do paru wcześniej zatrudnionych (m.in. Leonardo Piepolego) dokooptował czasowca Marco Pinottiego. CSC miał już w swoich szeregach Ivana Basso, który po odejściu Hamiltona został liderem drużyny.

Ta sytuacja sprawiła, że wprawdzie nadal o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej walczyć mieli przede wszystkim Włosi, to jednak w to współzawodnictwo wciągnięte zostały zagraniczne teamy (i rzesze ich sympatyków). Dawało to nadzieję na stopniowe przewietrzenie wyścigu i nie trzeba chyba dodawać, jak bardzo współgrało z dalekosiężnymi planami Angelo Zomegnana.

Ten ostatni, jako doświadczony dziennikarz, nie mógł w swoim debiutanckim Giro przegapić jednego. Olbrzymiego potencjału medialnego, wykreowanego przez „bratobójczy” pojedynek Cunego – Simoni. Włosi żyją takimi konfrontacjami, mającymi tam szczytną tradycję, ale nie tylko oni. Dla globalnej wioski był to również atrakcyjny towar. Trzeba go było tylko ładnie opakować, a tego Zomegnan szybko się uczył.

simoni-cunego-giro-2004Czytelnikom krócej interesującym się kolarstwem przypomnimy. W 2004 roku liderem najsilniejszej włoskiej ekipy, Saeco, był dwukrotny triumfator Giro, Gilberto Simoni. W składzie tej drużyny pojawił się młody wilczek, Damiano Cunego. Odniósł parę sukcesów jako junior i młodzieżowiec, a w 2003 roku wygrał pierwszy zagraniczny wyścig, Tour of Qinghai Lake. W kwietniu 2004 roku szybki 22-latek niespodziewanie wygrał Giro del Trentino i zaczęło być o nim w Italii głośno. Nikt jednak nie spodziewał się, że młodziak rzuci rękawicę własnemu liderowi. Sam Cunego tłumaczył się, że „wyścig tak się ułożył” i nie poczuwał się do nielojalności. Przez pierwsze etapy dwaj kolarze Saeco parę razy wymienili się różową koszulką, co sprawiło, że młody pretendent (szybko wygrał 2 etapy) urósł we własnych oczach i poczuł się na siłach walczyć o coś więcej niż etapowe skalpy.

Po czasówce, która była ich słabą stroną, obaj zostali zepchnięci z podium przez Ukraińców Popovycha i Honchara oraz Australijczyka McGee. Góry (wprawdzie niespecjalnie przerażające) czekały kolarzy wyłącznie w ostatnim tygodniu i w nich miał Simoni odrobić stratę i z czwartej pozycji wskoczyć na pierwszą. Nastąpił 16. etap z San Vendemiano do Falzes.

Atak Cunego kompletnie zbił z tropu Simoniego, któremu nie bardzo wypadało gonić młodszego kolegę. Przyjechał na 14. miejscu, razem z Honcharem, zadowalając się niecałą minutą odrobioną do Popovycha. Może ktoś go żałował, ale raczej miało się wrażenie, że Włochy nagle zakochały się w Cunego. Specjalnie pokazaliśmy powyższy fragment, bowiem on wszystko tłumaczy, jeśli uzupełni się go o pewne przypomnienie. 14 lutego zmarł Marco Pantani. Włosi tęsknili za Il Pirate, a w żadnym razie nie mogł go zastąpić w ich sercach Simoni. Owszem, Gibo był lubiany, ceniony za waleczność, ale to nie to samo. Spójrzcie jeszcze raz na ten film i zobaczycie to, co ujrzeli wówczas w pochylonej nad kierownicą sylwetce w maglia rosa włoscy kibice kolarstwa.

2004-18-tappa-Cunego-vince-Na podjeździe do stacji Bormio 2000, kończącym  18. etap, Simoni ostatni raz zaatakował. Był wciąż czwarty, chciał więc wywalczyć podium. Wygrany etap pozwoliłby mu jakoś przełknąć prestiżową porażkę z młokosem. 3 km przed metą doszli go jednak Cioni, Honchar i Cunego. Na ostatnim kilometrze Cunego obejrzał się na Simoniego i ruszył. Nikt nie mógł dotrzymać mu koła.  Damiano później tłumaczył się, że próbował pociągnąć starszego kolegę do ataku, lecz ten za nim nie podążył.

Kiedy Simoni przejeżdżał metę, za nią stał już młody zwycięzca etapu otoczony wianuszkiem reporterów. Gibo, mijając ich, wyciągnął w kierunku lidera palec i ze złością powiedział: Ty sukin…., jesteś naprawdę głupi.

Taka historia, to samograj. Spadła Zomegnanowi jak z nieba. Giro 2005 mógł hucznie zareklamować, jako rewanż za 2004 rok. Druga runda pojedynku Cunego – Simoni, tym razem równorzędnych rywali, bo przecież nazwiska obu figurowały już na tablicy triumfatorów Corsa Rosa.

cunego & simoniBy sprawie dodać pikanterii, obaj zeszłoroczni antagoniści znów mieli wystartować w barwach jednej ekipy. Tym razem była nią Lampre-Cafitta. Czym menedżerom Saronniemu i Cortiemu udało się skusić kolarzy, by publicznie się pogodzili, a potem w cieniu gabinetów złożyli podpisy na kontraktach, możemy sobie tylko wyobrazić. Obaj otrzymali status lidera teamu. Zatem na Giro 2005 ekipa Lampre miała wystartować z dwoma liderami, których zadaniem było stoczenie pojedynku o zwycięstwo.

Tylko we Włoszech, proszę Państwa.

Krzysztof  Suchomski

P.S. Na Giro 2004 Alessandro Petacchi wygrał 9 etapów. Dla niektórych to ważne, więc mimochodem przypominam.

A o samym wyścigu 2005  już w następnych rozdziałach. Wkrótce.

rozdział 2

rozdział 3

rozdział 4