Wiosna 2014 (1): W cieniu Polskiego Orła

 

Wiosna to najpiękniejsza kolarska pora roku. Wspaniałe tradycje i wspomnienia. Pokryte patyną czasu wzgórza i drogi. Magia historii. Nic jednak nie poradzimy na to, że w tym sezonie spoglądaliśmy na  wszystkie te doniosłe wydarzenia przez obiektyw z nadrukiem „Michał Kwiatkowski POL”. Rok temu użyłem metafory o wiosennym kwitnieniu, nie wypada się powtarzać. No i jeśli wtedy „zakwitła”, to teraz co najmniej „eksplodowała” (a z przezorności już powinienem „główkować”, co wymyślę za rok).

Michał zaczął z wysokiego C, wygrywając w lutym jednodniówkę Trofeo Serre de Tramuntana, a potem dwa etapy i cały wyścig Volta ao Algarve. Później podbił bębenka na Strade Bianche, efektownie zwyciężając kolegę z ucieczki, Petera Sagana. To sprawiło, że na znakomicie obsadzonym Tirreno  – Adriatico wystartował z etykietką faworyta.  Założył koszulkę lidera, lecz na Lanciano Alberto Contador udzielił mu surowej lekcji, która powinna procentować w przyszłości.

Na Arrate poszło już lepiej. Na tyle dobrze, że Kwiato, po znakomitej jeździe na czas na ostatnim etapie, wskoczył na 2. miejsce klasyfikacji generalnej cenionego i trudnego wyścigu Dookoła Kraju Basków. Mistrz Polski  finiszował czterokrotnie na 3. miejscu, podobnie ukończył czasówkę, co dało mu także bonus w postaci zwycięstwa w klasyfikacji punktowej.

Baskijska tygodniówka sama w sobie stanowi zacne trofeum, jednak zwykle traktowana jest także jako papierek lakmusowy przed Ardeńskim Tygodniem. Znakomita forma Polaka nie mogła przejść niezauważona. Nie będzie przesady, jeśli powiem, że chłopak z Golubia-Dobrzynia w niespełna dwa miesiące stał się ulubieńcem zagranicznych mediów poświęconych kolarstwu. Komentatorzy stacji telewizyjnych prześcigali się w obsypywaniu go komplementami, zaś internetowe portale solidarnie „gwiazdkowały” go w ścisłym gronie faworytów ardeńskich klasyków.

Na Amstel Gold Race koszulkę Mistrza Polski najczęściej widać było z przodu peletonu. Na Cauberg, po znakomitym zjeździe, dwaj Michałowie, Gołaś i Kwiatkowski, wjechali pierwsi. Po wyścigu Kwiato przyznał, że to był błąd – zaatakował za szybko, poniosła go fantazja. Stare wygi wiedzą, że atakuje się w górnej części 900-metrowego podjazdu. Mimo to, na szczycie był tuż za Gerransem i Valverde, a Gilbert zmierzał do mety już poza ich zasięgiem. Próbował jeszcze odjechać Australijczykowi i Hiszpanowi, ale na skuteczną akcję na długiej, płaskiej końcówce już nie starczyło siły. Tamci go dogonili, a kiedy cała trójka zaczęła finiszowe szachy, przejechał obok nich Jelle Vanendert, pozostawiając im walkę o najniższy stopień podium. Michał ostatecznie finiszował piąty, potwierdzając swą obecność w wąskim gronie najlepszych specjalistów od hilly classics.

Na kończącym Walońską Strzałę Mur de Huy było jeszcze lepiej.  Kwiatek wytrzymał znakomicie dolną część  wspinaczki, w górnej stopniowo, metr po metrze, wysuwając się na czoło stawki. Serce rosło. Kolarz w koszulce z Białym Orłem prowadził przez prawie 200 metrów grupę najlepszych wspinaczy, lecz na ostatniej setce nie był już w stanie odeprzeć ataku znakomicie dysponowanego Valverde oraz Irlandczyka Martina. Po raz pierwszy stanął na podium tak renomowanego klasyka, wyścigu z ponad 70-letnią tradycją, a ja byłem dumny z tego, co Polak pokazał w miejscu szczególnym, tak przeze mnie lubianym.

 

FW2014 Kwiato

 

W Liege – Bastogne – Liege, najdłuższej i najtrudniejszej części tryptyku, lider Omegi nie podejmował inicjatywy (jeśli nie liczyć wyrzucenia z drogi swego asystenta, Tony Martina), czając się za plecami doświadczonych konkurentów, nie dając się sprowokować do zbyt wczesnego odkrycia kart. W końcówce był tam, gdzie powinien.  Na Côte d’Ans nie pozwolił się zgubić atakującym Gerransowi i Valverde, ponownie kończąc wyścig na 3. miejscu. Mimo to, mogę z czystym sumieniem posłużyć się tak często w stosunku do Michała używanym zwrotem „po raz pierwszy”. Co monument, to monument.

Kwiato przebił tym samym zeszłoroczne osiągnięcie Rafała Majki (podium Lombardii), a polscy kibice nie mieliby pewnie nic przeciwko temu, by licytacja trwała nadal i Rafał odpowiedział, na przykład, wygrywając Wyścig Spadających Liści.

A propos wygrywania, o które dopraszałem się wielokrotnie w felietonach czy podsumowaniach – problem braku polskich zwycięstw szczęśliwie utracił dziewictwo. Wiosnę zaczął nasz  Biały Orzeł od zwycięstw na Majorce, w Algarve i w Sienie, a kończy wygrawszy prolog w wyścigu WT, Tour de Romandie. W przebieraniu różnokolorowych wdzianek na podiach nabrał takiej wprawy, że robi to ze swobodą bywalca paryskich domów mody. Trzeba przyznać, że w żółtym mu najbardziej twarzowo, choć mnie nadal najbardziej łapie za serce tą biało- czerwoną.

Dokonania Michała ze zrozumiałych względów absorbowały naszą uwagę, nie na tyle jednak, by nie dostrzec rosnącej przed Corsa Rosa  formy Przemka Niemca. Na dobrze sobie znanym Giro del Trentino wywalczył 3. miejsce, a widoczny  był także w końcówce La Doyenne. Co ważne, nie pozostawił ani kibicom, ani szefom teamu wątpliwości, kto powinien liderować Lampre na Giro d’Italia. Jego aspiracje do powtórzenia (a może i poprawienia) zeszłorocznego sukcesu w majowej imprezie są w pełni uzasadnione.

Z kolei, Rafał Majka pokazał się na górskich etapach Criterium International i Tour de Romandie, lecz mimo fizycznie dobrego przygotowania, sprawiał wrażenie, jakby brakło mu zdecydowania, by powalczyć o lepsze pozycje na mecie. Tak czy owak, w jeździe pod górę okazał się lepszy od kolegi z zespołu, Nicolasa Roche’a, co może okazać się ważne w kontekście przydziału numerów na koszulkach na najbliższy Grand Tour. Niestety, wątpliwe jest byśmy na tej imprezie zobaczyli jej niegdysiejszego bywalca, Sylwestra Szmyda. Co tu kryć, kolarz Movistaru miał bardzo nieudaną wiosnę i prawdopodobnie swój ulubiony wyścig obejrzy w telewizji.

 

rebellin ccc

proteam.cccsport.pl 

Jeszcze do niedawna grandtourowe ambicje wiązaliśmy też z Tomkiem Marczyńskim. Fortuna kołem się toczy i kolarz kończący na 13. miejscu Vueltę walczy dziś z trudem o miejsce w top 15 Tour of Turkey. Najjaśniejszym punktem drużyny w pomarańczowych trykotach zarówno na tym wyścigu, jak i w całej wiosennej części sezonu był niezniszczalny Davide Rebellin. „Dziadek”, który w sierpniu skończy 43 lata, mógł zaimponować zwłaszcza w Brabantse Pijl (7. miejsce) i Amstel Gold Race (13. miejsce), choć jeszcze wyżej, bo na podium, ukończył na początku marca zredukowany do jednoetapówki Vuelta a Murcia.

Ale największym, jak dotąd, tegorocznym sukcesem teamu CCC Polsat Polkowice jest kalendarz startów. Sam fakt, iż polski zespół zapraszany jest na coraz bardziej prestiżowe imprezy świadczy o sporych umiejętnościach organizacyjnych i dyplomatycznych kierownictwa ekipy. Nie tracimy nadziei, że w ślad za tym podążą wyniki osiągane przez polkowickich kolarzy. Na razie wydają się być zadowoleni z tego, że widać ich w telewizji. Na początek dobre i to, ale może trzeba dyskretnie przypomnieć, że sport to nie rewia mody. Wystarczy być – to dobre jedynie na tytuł filmu, bo w tej zabawie liczy się głównie wynik.

O  wiosennych kolarskich zmaganiach już w szerszym, międzynarodowym aspekcie napiszę w drugiej części podsumowania. Tam też znajdzie się rozstrzygnięcie, kto wygrał w tradycyjnym meczu „asfalty” versus „bruki” oraz parę wniosków z najciekawszych etapówek.