Reflektor Bossa: Lektura do poduszki

 

Gdyby dokument znany jako „Raport USADA” wydany został w postaci książki, biłby dziś rekordy sprzedaży i figurował na szczytach list bestsellerów. Całkowicie zasłużenie. Tekst łączy w sobie cechy powieści szpiegowskiej, kryminału, thrillera prawniczego i komedii. Clancy, Le Carre czy Grisham mogą tylko patrzeć z zazdrością – uciekł im taaaki temat.

RB przeczytał „Raport” od deski do deski, przypominając sobie dobre czasy, kiedy to po kolacji lądował na wersalce ze świeżo przyniesioną książką, by skończyć jej lekturę nad ranem. Ale mamy już erę multimedialną, więc na wydaniu książki zwykle się nie kończy. Hollywood pewnie tego nie przegapi i doczekamy się filmu w 3D (Daniel Craig w roli Lance’a), a potem jak bogini Mamona przykazała: gra komputerowa „Przemytnicy EPO”, sztuczna krew w woreczkach, plastikowe strzykawki z podobizną doktora Ferrari, kubki z napisem I love testosteron, poduszki z haftem EPO przedłuża stosunek i tym podobne.

Moda minie i świat zajmie się kolejnymi pikantnymi sensacjami. Kibice kolarstwa ochłoną z szoku i przywykną. W gruncie rzeczy kochają właśnie tych bezczelnych doperów, choć za nic świecie nie chcą tego wprost przyznać. Przede wszystkim, jak kibice innych dyscyplin, „lecą na zwycięzców”, ale to nie jedyny powód. Ich wyobraźnię podniecają śmiałe ataki, samotne szarże, przełamywanie barier ludzkich możliwości. Cóż z tego, że naukowa wiedza i zwykły zdrowy rozsądek podpowiadają, że to niewykonalne bez farmakologicznego wspomagania organizmu. A od kiedy to rozsądek kieruje kibicem? Kibicowanie to sfera emocji, uczuć częstokroć irracjonalnych. I nie trzeba długo buszować na internetowych forach, by zauważyć, jak wielu fanów kolarstwa darzy bezwarunkową miłością Pantaniego, Contadora, Valverde, Winokurowa, Ullricha i innych Mozartów dopingu. Do listy tej na powrót dołączy Armstrong, wcześniej czy później.

Teraz obserwujemy ostrą polaryzację poglądów. Zwolennicy Teksańczyka (dzisiaj w mniejszości) nie przyjmują do wiadomości lub starają się bagatelizować zarzuty, jak tonący brzytwy chwytając się argumentacji prawnej lub odwołując do spiskowej teorii dziejów. Zdecydowana większość ciska w kierunku Amerykanina gromy. I jak to w Internecie (przez naiwnych uważanym za szczyt demokracji), wielu z nich korzysta z okazji, by wyładować całą swoją frustrację i odkuć się za życiowe niepowodzenia. Armstrong i jego doping to powód do inwektyw ani lepszy, ani gorszy niż sztuczne balony wokalistki D. lub wiadomość, że artystka M. nie zachowała dziewictwa do emerytury.

Po zapoznaniu się z tekstem tej pasjonującej lektury RB utwierdził się w zdaniu, że Armstrong był dopingowiczem i nie potrzebuje już żadnych innych, bardziej czy mniej „twardych” dowodów. Lecz nie przyłączy się do tłumu obrzucającego go błotem. W latach studenckich przeczytał wiekopomne dziełko Gustava Le Bona Psychologia tłumu i konfrontując je z historią oraz zastaną rzeczywistością zweryfikował pozytywnie jego zawartość. Od tego czasu odczuwa organiczny wstręt do wszelkich zachowań stadnych.

Mimo, że doping jest naganny moralnie, a nawet prawnie ścigany, RB rozumie motywy, jakie popchnęły ludzi pokroju Armstronga, Landisa czy Hamiltona do tego kroku. Zeznania świadków załączone do „Raportu Tygarta” stanowią świetny dokument obyczajowy, ilustrujący mentalność pewnej zamkniętej zbiorowości, jaką był (i nadal jest) światek zawodowych kolarzy elity. Takie zamknięte zbiorowości kierują się własnym kodeksem i własnym systemem wartości. W ramach tego systemu wartości wsypanie kolegi, a nawet rywala, było grzechem, zażywanie środków dopingujących nie. Traktowano je jak element treningu.

I warto o tym pamiętać (a zwłaszcza pamiętać powinni młodociani Katonowie), że każdy z nas był kiedyś członkiem takiej społeczności (choćby w szkole), której system etyczny odbiega od katechizmowo – podręcznikowego. Kto jest bez grzechu, niech rzuci we mnie kamieniem – powiedział dawno temu ktoś do dziś przecież uchodzący za moralny autorytet.

Jeśli Armstrong zasługuje na potępienie, to nie za sam fakt stosowania dopingu i próby jego ukrywania (co jest przecież naturalną konsekwencją tego, że było to zabronione), ale za działania wykraczające poza standardowy repertuar dopera: przekupstwo władz kolarskich i zastraszanie świadków. Prawdopodobnie od pewnego momentu zaczęło mu się wydawać, że jest kimś w rodzaju Boga i wtedy „puściły” nie tylko resztki moralnych hamulców, ale i poluzowaniu uległa czujność przestępcy. Ślady jego nielegalnych działań były widoczne jak trop dzika na śniegu.

W US Postal zorganizowano dopingowy proceder z iście amerykańskim rozmachem i przedsiębiorczością, doprawioną „mafijnym” stylem, ale przecież tego nie wymyślono. Armstrong, Bruyneel i ich towarzysze wzięli „z rynku” to, co już na nim od dawna funkcjonowało. Analizując poszczególne zeznania, nie sposób pominąć faktu, że prawie wszystkie nazwiska lekarzy, farmakologów, dostawców to nazwiska hiszpańskie i włoskie. I to pokrywa się wiedzą uzyskaną wcześniej, choćby z innych dopingowych śledztw. Ten proceder zaistniał dzięki „kreatywności” włoskich i hiszpańskich ośrodków związanych z medycyną i farmakologią. Wielka szkoda, że Tygart nie próbował w swoim dochodzeniu rozwinąć i wyjaśnić tego wątku. Skąd biorą się ci szamani dopingu, jakie jest ich technologiczne i organizacyjne zaplecze, jakie są ich związki z laboratoriami badawczymi? A szkoda, bo aby wyjaśnić jak działa dopingowy biznes, należałoby dotrzeć do jego źródeł. I RB ma nadzieję, że ktoś to uczciwie zrobi. Bo nie kupuje wyjaśnień, że ludzie tacy jak Fuentes czy Ferrari to tylko zdegenerowane jednostki, którym zwichrowały się moralne wektory. No cóż, prawda jest taka, że europejska mafia farmakologiczno – medyczna mało interesuje amerykańskiego podatnika i nie ma żadnego znaczenia w kontekście wyborów prezydenckich, toteż na dalsze działania USADA w tym kierunku trudno liczyć.

US Postal
 

Byłoby naiwnością sądzić, że doping w kolarstwie pojawił się dopiero w ostatnim dwudziestoleciu. W tej czy innej formie istniał „od zawsze”. Stosowano cały arsenał dostępnych leków i środków pobudzających, między innymi kofeinę czy amfetaminę (dziś zaliczaną do narkotyków, wtedy znaną jako lek). Niektórzy z dawnych mistrzów przyznawali to bez ogródek. Wielki Jacques Anquetil wyrzucił za drzwi kontrolerów, którzy przyszli pobrać od niego próbki. Nawet nie warto pytać pana Prudhomme, czy również te 5 zwycięstw zostanie anulowane.

Ale EPO (i pochodne) to osobna era w historii dopingu. Specyfik ten zrobił większą karierę niż Park Jurajski, ponieważ dawał przewagę wcześniej niespotykaną, a w początkowym okresie (początek lat 90-tych) był praktycznie niewykrywalny, a więc można było stosować go całkowicie bezkarnie.
Greg Lemond, trzykrotny zwycięzca Tour de France, wycofał się z zawodowych wyścigów, ponieważ czuł się bezsilny w rywalizacji z EPO – herosami. Lata 90-te to, przypomnijmy, okres dominacji kolarzy hiszpańskich i włoskich. W Hiszpanii bodźcem do rozwoju badań nad wspomaganiem farmakologicznym sportowców były Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie. RB pamięta, jak przecierał oczy ze zdumienia, obserwując hiszpańskich lekkoatletów (wcześniej mocnych jak Polacy w hokeju) koszących medal za medalem. Mogli czuć się bezkarni, gdyż nad tym, by nikt ich za rękę czy próbkę nie złapał czuwał wszechwładny Juan Antonio Samaranch.

Jak uczy fizyka, akcji musi towarzyszyć reakcja. Było nią powstanie kolejnych EPO – przyczółków, z których US Postal i Telekom miały chyba największe następstwa, tak w sensie kolarskich wyników, jak i późniejszego organizacyjnego „wypączkowania” (CSC, Astana) i rozsiania EPO-zarazy tam, gdzie wcześniej nie zdążyli dotrzeć włoscy czy hiszpańscy emisariusze. A kiedy przyjmowanie środków dopingujących stało się elementem codziennej higieny kolarzy, zaczęła też obowiązywać zasada: gdzie wszyscy kradną, tam nie ma złodzieja.

RB wciąż na wrażenie, że mimo kilku zakończonych sukcesem śledztw, widzimy tylko wierzchołek góry lodowej. Jeśli kolejni oskarżeni lub zamieszani w sprawy dopingu zaczną teraz „odzyskiwać pamięć” i składać zeznania lub informować media, to doczekamy się afery, a raczej sieci powiązanych afer, w które wplątanych będzie kilkaset osób. Biorąc pod uwagę „moce przerobowe” agencji antydopingowych, szanse na szybkie rozsupłanie, sprawdzenie i wyjaśnienie wszystkich wątków są iluzoryczne. Zakładając teoretycznie, że udałoby się w rozsądnym czasie zakończyć dochodzenia i ukarać wszystkich podejrzanych, oznaczałoby to koniec kolarstwa szosowego w znanej nam postaci. Można się pocieszać powiedzeniem, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale pozbawienie dyscypliny takiej liczby czołowych profi, wiążące się bez wątpienia z odpływem sponsorów, zdezorganizowałoby na długi czas funkcjonowanie obecnego systemu.

Być może jedynym, moralnie wątpliwym, lecz organizacyjnie i finansowo wskazanym wyjściem będzie wtedy amnestia. Nie bez znaczenia jest aspekt finansowy, bo przecież WADA i jej narodowe filie finansowane są z kieszeni podatników. Wielowątkowe i wieloletnie śledztwo w sprawie dopingowej „ośmiornicy” kosztowałoby grube miliony. Może lepiej miliony i moce przerobowe agencji przeznaczyć na zapobieganie dopingowi teraz i w przyszłości. A może i na zrewidowanie całej polityki anty-dopingowej. Bo naiwnością byłoby sądzić że doping zostanie wyrugowany ze sportu. Skłonność do poświęceń i ryzyka dla osiągnięcia sukcesu wbudowana jest w ludzką psychikę, a z naturą trudno walczyć. Podobną naiwnością było w swoim czasie przekonanie, że można (bez wprowadzenia tyranii) zlikwidować spożycie alkoholu, prostytucję czy handel narkotykami.

Świadomość ekip kolarskich poszła do przodu, ale łudziłby się ten, kto doszukiwałby się w tym odnowy moralnej. Jak z rozbrajającą szczerością wyznał niedawno Cancellara: sporo się nauczyliśmy i jesteśmy ostrożniejsi. EPO jest już passé, a natura nie znosi próżni. Niewiele osób zwróciło uwagę na informację, opublikowaną wiosną tego roku, a mówiącą o tym, że na rynku dostępnych jest ponad 100 medykamentów o działaniu zbliżonym do EPO, nie znajdujących się jeszcze na liście specyfików zabronionych i praktycznie niewykrywalnych przez laboratoria antydopingowe, ponieważ brak testów mogących ich obecność wykryć. Z prawnego punktu widzenia użycie tych środków może być legalne.

Sukces w walce z EPO zawdzięczamy zatem nie tyle skautom z WADA, co anonimowym pracownikom wydziałów rozwoju firm farmaceutycznych, którzy „rzucili na rynek” nowy towar. Lepsze to niż nic, ale niewesoła jest świadomość, że agencje anty-dopingowe są sportowymi odmianami IPN-u, grzebiącymi się wyłącznie w przeszłości i od czasu do czasu fundującymi nam medialny pokaz „teczkowej” żonglerki. RB nie przeznaczy na ten cel 1-procentowego odpisu w następnym zeznaniu podatkowym. Niewiele to zmieni, ale zawsze…

Krzysztof Suchomski