Thank you and good luck

 

wiggo bbcNie pożegnał się z szosą efektownym zwycięstwem, pokazem siły czy medialnymi fajerwerkami. Ot, po prostu, przejechał się jeszcze raz z chłopakami. Poprowadził w wyścigu na swojej ziemi drużynę dwudziestolatków, dla których jest ikoną i Obi-Wan Kenobim. Po ostatnim etapie, zadowolony, wyluzowany spotkał się z kibicami, udzielił paru wywiadów, jak zwykle dowcipkując i jak zwykle z dużym dystansem do samego siebie i swej roli celebryty. I stało się.

Szosa bez Brada. Trzeba do tej myśli przywyknąć, choć przecież nie nastąpiło to znienacka. Będzie go brakowało. Nie tylko jako zawodnika – powiedzmy szczerze, biorąc pod uwagę tylko szosę, byli od niego i lepsi i bardziej utytułowani. Ale jako osobowości: oryginalnej, barwnej, zaskakującej, niezwykłej. To pod wieloma względami ktoś wyjątkowy.

WIGGINS_2878976Powiedzieć, że jest idolem Brytyjczyków, to banał. Był nim już wtedy, gdy zdobywał olimpijskie złoto na torze. On i Brailsford. Razem przecierali szlak. Uosabiają zmiany, jakie dokonały się w nie tylko w brytyjskim kolarstwie, ale w mentalności brytyjskiego społeczeństwa, dla którego kolarstwo było kiedyś sportem ekscentrycznym, tak odmiennym od godnych szacunku dyscyplin, jak krykiet, golf, rugby, piłka nożna, lekka atletyka, czy jeździectwo.

Dzisiaj jest stylem życia, a patrząc na drogę, jaką ta dwójka i zgromadzeni wokół nich ludzie przeszli, by tego dokonać, można tylko westchnąć z podziwem. W ostatnich dniach wystarczyło mi tylko spojrzenie na tłumy w Yorkshire i garstkę widzów na trasie 4 Dni w Dunkierce, w kraju uważającym się za kolarski pępek świata. Przez lata, z ogromną sympatią obserwowałem brytyjski eksperyment, mając cichą nadzieję, że oni przecierają szlaki, którymi my moglibyśmy podążyć. Bo przecież tradycje kolarskie mamy w Polsce większe, a młodzież nie mniej zdolną. I dzisiaj Brytyjczycy szczycą się systemem „produkującym” talenty, medale i zwycięstwa, kreującym nowe imprezy, a my wciąż mamy „partyzantkę” i nasze diamenty musimy szlifować za granicą.

Gdybyśmy umieli tak przezwyciężać własne słabości, z takim uporem korygować swe niedoskonałości, jak czynił to przez ostatnie kilkanaście lat Bradley Wiggins. Nie miał warunków fizycznych, które czyniłyby z niego naturalnego pogromcę gór. Brakowało mu pewności siebie i umiejętności. Doświadczenia i techniki jazdy w trudnych warunkach. Nie sprawiał wrażenia wielkiego macho. Okazał się jednak tytanem determinacji. Potrafił pokonać siebie, a także przekonać do siebie innych, nawet tych niechętnych.

wiggo fdj 2Kiedy zjawił się na szosie, po sukcesach na torze, pomyślałem następny Boardman, specjalista od prologów. Ani mnie ziębił, ani parzył. Początki zresztą miał dość karykaturalne. Sieć już dawno obiegł filmik z treningu FDJ w pierwszych latach szosowej kariery Brada i jego wywrotka na zwykłej kałuży. Jaki nieporadny i nawet pokraczny się wówczas wydawał. Francuscy trenerzy szybko postawili na nim krzyżyk. Ale on był uparty. Nie zniechęcał się, zmieniał francuskie teamy, licząc, że kiedyś trafi na podatniejszy grunt.

Pamiętam etap któregoś z wyścigów sprzed wielu lat. Wiggins, wtedy w barwach Cofidisu, odjechał z peletonu, gdy było jeszcze grubo ponad 100 km do mety. Nikt nie chciał z nim jechać. Prowadził więc sam, o kilkanaście minut wyprzedzając grupę. Płaski etap, odsłonięte przestrzenie, wiatr. Chyba rozumiał, że nie ma szans, lecz ambicja nie pozwalała mu rezygnować. 30 km przed metą peleton zredukował różnicę do minuty z kawałkiem i tak trzymał go na smyczy. Brad męczył się potwornie z każdym obrotem pedałów, konał na szosie, a grupa ani myślała go dobić. Nie poddał się. Parę kilometrów przed celem minęli go jak ekspres. Do mety dotarł ledwie żywy, ze stratą, ale i bogatszy o nowe doświadczenie.

W jego przypadku świetnie sprawdzało się powiedzenie: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jest zdeterminowany i jak potrafi porażki przekuwać w sukcesy.

Chyba w 2009 roku, podczas Tour de France, zacząłem po raz pierwszy postrzegać go jako „normalnego” grand-tourowego jeźdźca, gościa, który ma prawo kończyć Wielkie Toury w pierwszej dziesiątce. Ale żeby je wygrywać? No nie… A już zwłaszcza Tour de France. Anglik wygrywający Wielką Pętlę? Nie tylko mnie wydawało się to niemożliwe. Ba! Dla wielu brzmiało to jak świętokradztwo.

bradley-wiggins_2286007bWielcy wizjonerzy dlatego przerastają swoją epokę, że mają odwagę publicznie obiecać realizację czegoś, o czym inni boją się marzyć. 25 maja 1961 roku prezydent John Fitzgerald Kennedy podczas przemówienia w Kongresie powiedział: do końca tej dekady człowiek postawi nogę na Księżycu. I tak się stało. Steve Jobs zapowiedział: za kilka lat każdy Amerykanin będzie mógł kupić własny komputer. David Brailsford obiecał: przed Igrzyskami w Londynie Brytyjczyk wygra Tour de France. Która z tych wizji była bardziej nieprawdopodobna?

Ponieważ tym poddanym królowej Elżbiety II, który miał dostąpić zaszczytu wstąpienia na kolarski Olimp zostać miał nie kto inny jak Brad Wiggins, zacząłem szukać o nim informacji i stopniowo odkrywać przymioty jego osobowości. Dowiedziałem się o dzieciństwie obok kolarskiego toru, o pasji, z jaką zgłębia historię kolarstwa, jak i o kolekcji gitar elektrycznych, na których wygrywa rockowe kawałki.

Gdy już myślałem, że zaczynam go poznawać, potrafię przewidzieć, co zrobi, zmuszał mnie do zmiany zdania. Często mnie zaskakiwał. Jak niedawno, gdy wyznał, że bardzo mu ciążyła rola lidera i zwycięzcy Tour de France. A największą przyjemność w tym pamiętnym wyścigu przyniosło mu nie wygranie decydującego etapu, nie zakładanie żółtej koszulki na podium, a moment, gdy na Polach Elizejskich na czele peletonu podkręcał tempo, by poprowadzić do zwycięstwa Marka Cavendisha.

wiggo tt qatarRozumiałem, o jakim ciężarze mówił. Od wiosny 2012 roku nie było Bradowi lekko, nie tylko wskutek balastu odpowiedzialności, brzemienia złożonych na jego barki nadziei. O ile wcześniej raczej nikomu nie wadził, tak nagle okazało się, że świat wokół niego zaroił się od prześmiewców, niedowiarków i oskarżycieli. Spotykał się z falą niechęci zwłaszcza w zazdrosnych o swą pozycję krajach „tradycyjnie kolarskich”, którym sukcesy brytyjskie bardzo były nie w smak. Ale nie tylko. Musiał zmierzyć się też z falą pomyj, która w globalnej wiosce spływa na każdego celebrytę. Dla niego było to nowością. Początkowo reagował bardzo impulsywnie na wyssane z palca oskarżenia lub najzwyklejsze obelgi.  Z czasem nauczył się z tym radzić.

Przekonał niedowarków i niechętnych. Paradoksalnie, pomogły mu nie komputerowe wydruki, nie laboratoryjne świadectwa, a okazanie najzwyklejszych ludzkich słabości. Ci, którzy pochopnie zarzucali mu podobieństwo do Armstronga zobaczyli, jak bardzo Bradley różni się od zadufanego, aroganckiego i niedostępnego Jankesa. Ujrzeli go rzucającego rowerem na Trentino, zbierającego się z trudem z mokrego asfaltu na pechowym Giro, na które tak bardzo nie chciał pojechać, ale musiał.

wiggins roubaix15Miał fatalny rok, ale wrócił w sezonie 2014 znów w bojowym nastroju. Zaskoczył wszystkich wspaniałą jazdą w Piekle Północy. Ludzie przecierali oczy. To ten sam Wiggins, który przewracał się na byle kałuży? Ten sam. Marzył o tym wyścigu. Ma jeszcze w domu kasety z nagranymi Paryż-Roubaix, które z wypiekami na policzkach oglądał jako chłopiec. Rok zakończył jako mistrz świata w jeździe na czas. Zdeklasował rywali, jak wcześniej na londyńskich Igrzyskach. Dzięki temu mogł teraz w koszulce mistrza świata pożegnać się z brytyjskimi kibicami, dla których już za życia stał się legendą. Kimś, kto udowodnił, że w sporcie nie ma słowa niemożliwe.

bye wiggoSir Bradley Wiggins, dla kolarskich fanów po prostu Wiggo lub Sir Wiggo. Bardzo utytułowany, a jednocześnie bardzo zwyczajny, ludzki. I bardzo, bardzo brytyjski. Pokażę niebawem film o takim właśnie tytule. Kibicowałem mu i nadal będę to robił, choć mniej ku temu będzie okazji. Nie tylko mnie dostarczył wiele satysfakcji oraz nadziei, że można czegoś dokonać, jeśli się bardzo tego pragnie. Dziękuję, Brad. Thank you and good luck.

Krzysztof Suchomski