Reflektor Bossa: Lidera pilnie zatrudnię

 

Jeśli zdarzy się Wam zauważyć tak zatytułowane ogłoszenie na portalu pracuj.pl lub podobnym, możecie z dużym prawdopodobieństwem założyć, że niecierpliwym pracodawcą jest jedna z protourowych grup kolarskich.

Jak zwykle na rynku pracy, o wielkości zapotrzebowania decyduje gra popytu i podaży. Pławiąc się dalej w oparach biznesowego bełkotu (RB robi to niezmiennie od 35 lat, zatem się zahartował, osobom mniej odpornym zaleca się wywar z melissy), spróbujmy przyjrzeć się zagadnieniu pod tym właśnie kątem.

Popyt charakteryzuje się stałym trendem wzrostowym, o co dba Wielce Czcigodna UCI, niestrudzenie organizując coraz to nowe przedsięwzięcia w odległych zakątkach naszego globu. Śniadolicy tudzież skośnoocy dżentelmeni, wykładający na stół (i wierzmy, że tylko „na”) swoje ciężko zarobione na ropie lub wyzysku taniej siły roboczej pieniądze, nie chcą wszakże oglądać na pokrytych świeżutkim asfaltem szosach kolarzy anonimowych. Płacę i wymagam – twierdzi taki z właściwym wszelkim nuworyszom brakiem kindersztuby, żądając markowego towaru. Nic szacunku wobec Jego Dostojności Pata McQuaida, który niczym Tony Halik przemierza skwarne pustynie, bezkresne stepy i malaryczne mokradła w poszukiwaniu atrakcyjnych terenów do ścigania na rowerach. Bogacze chcą mieć gwiazdy u siebie, a UCI i bossowie protourowych grup niech się martwią, jak to wykonać.

A mają się szefowie kolarskich teamów czym kłopotać. Niczym studenci na zachodnich uczelniach, rozliczani są ze zgromadzonych punktów. To odpowiednia liczba uciułanych przez ich podopiecznych zdobyczy sprawia, że pozostają z roku na rok w elicie i mogą dalej sięgać ręką do skarbonki sponsora. Aby tak się nadal działo, muszą zapewnić swoim teamom zawodników „punktodajnych”. Zwykle w porze letnio – jesiennej trwa więc polowanie na szosowych rainmakerów, co jest kolejnym czynnikiem podnoszącym niczym viagra ku górze wektor trendu popytu.

Ponieważ kolarze nie mogą teraz (i wierzmy, że tak jest) wstrzykiwać sobie tego i owego, ich nieśności (zdolności do znoszenia złotych jaj) nie udaje się już utrzymać przez okrągły rok. Szanujący się dyrektor sportowy dba zatem, by mieć w składzie paru liderów, bo sezon coraz dłuższy a kontrole coraz bardziej pedantyczne.

Liderzy zużywają się, niestety, i tą nad wyraz przenikliwą konstatacją przenosimy nasze rozważania na poletko podaży. Sezon 2012 uświadomił nam wspomniany truizm dobitnie. Obserwujemy szczególnie intensywną zmianę kolarskich pokoleń. Lista sławnych trzydziestoparolatków, którzy dopisują już niewiele (lub zgoła nic) do pasma osiągniętych sukcesów wzrosła lawinowo. Stado młodych wilków (wyjących nierzadko z kolumbijskim akcentem) napiera i bez skrupułów skrobie starych mistrzów po achillesach. Ale upolować grandtourowego żubra, to nie to samo co parodniową sarnę – młode wilcze zęby nie do każdego gardła potrafią się dobrać.

Liczba tych, którzy gwarantują sukcesy w najtrudniejszych i najbardziej prestiżowych próbach jest dziś skromniejsza niż kiedykolwiek. Przy tak ograniczonej podaży cena liderów idzie ostro w górę. Jak ostro, można się tylko domyślać. Kolarze nie obnoszą się publicznie, jak piłkarze nożni, ze swymi apanażami. Przy okazji przewidywanych przenosin Marka Cavendisha do Omegi, wspominało się mimochodem o konieczności wykupienia jego ponad dwumilionowego kontraktu. Tyle rocznie płaci swym największym gwiazdom Sky Team. Można przypuścić, że niewiele mniej inkasują utytułowani mistrzowie w BMC, a na hojność sponsorów raczej nie narzekają też w ekipach postradzieckich, Astanie i Katiuszy.

 

Cavendish
 

Na utrzymanie paroosobowej grupy rainmakerów stać już tylko kilka ekip, pozostałe skrzętnie liczą pieniądze, by zatrzymać u siebie tylko najcenniejsze aktywa. Ex-Liquigas (obecnie Cannondale), na przykład, musiał dokonać wyboru: walcząc o zatrzymanie Sagana, poświęcono Nibalego, nie podejmując licytacji z bogatszą (a może bardziej rozrzutną) Astaną. Jeszcze rok temu podobne zachowanie włoskiego teamu byłoby szokiem. Dziś gołym okiem widać, że mamy WorldTour „dwóch prędkości”. Jednym trafiły się asy, innym walety. Każdy lepiej zorientowany kibic potrafi bez pudła wymienić ekipy, po których nikt, poza najgorliwszymi fanami, nie spodziewa się zwycięstwa w prestiżowym wyścigu.

Wspomniane walety opisaną sytuację sobie chwalą. Ograniczona liczba asów przy rosnącej puli rozdań sprawia, że rola waletów jest mocniejsza niż dawniej i łatwiej im wypromować się choćby na króla. Podobnej szansy doświadczyli na Vuelcie nasi kolarze. Najlepiej wykorzystał ją Tomek Marczyński, w Hiszpanii „bohater z przypadku”, na zamykający sezon Tour of Beijing pojedzie już jako pasowany lider. Podobnie jak Rafał Majka – tu procentuje nie wynik, a wspaniała praca, którą dla Contadora wykonał na zboczach Asturii i Nawarry.

23-latek z Mysłowic jest w biało-czerwonej talii najbardziej predestynowany do odegrania w przyszłości roli asa. Oby dopisało mu zdrowie i głowa. To ostatnie RB dodaje na wszelki wypadek. Ostrożność w prognozach nie zaszkodzi, zważywszy, że szefem Polaka jest facet, którego krew przeszła więcej kuracji upiększających niż twarz Michaela Jacksona.

Krzysztof Suchomski