2013 Resumé (2): Orzeł i reszka

 

Przed rokiem, kończąc podsumowanie stwierdzeniem „lepsze jest wrogiem dobrego” dałem wyraz swojej wiary w to, że rok 2013 będzie lepszy od poprzednika. Skłamałbym jednak twierdząc, że oczekiwałem tak znacznego skoku jakościowego. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz z taką pasją spieraliśmy się o to, kto jest najlepszym polskim kolarzem. To chyba najlepiej obrazuje postęp dokonany przez naszych czołowych profi. Po raz pierwszy od wielu lat polscy szosowcy zaistnieli w elektronicznych i papierowych mediach tak zwanego głównego nurtu i stali się znani szerszemu gronu odbiorców.

Spór o to, kto w mijającym sezonie był lepszy, Rafał Majka czy Michał Kwiatkowski, wprawdzie nie podzielił jeszcze Polski na pół i pod względem temperatury daleko mu do niegdysiejszego wrzenia między zwolennikami Poulidora a stronnikami Anquetila, ale wszystko przed nami. Bo najbardziej optymistyczne w tym sporze jest to, że może trwać latami. Obaj protagoniści są młodzi, dalecy jeszcze od szczytu swych możliwości. Zatem najlepsze lata ich kariery dopiero nadejdą. A wtedy naprawdę będzie się o co kłócić.

Na razie staram się nie wpadać w euforię. Jest mi o tyle łatwiej, że wychowałem się w latach, gdy kolarskie sukcesy biało-czerwonych były na porządku dziennym. Obecną sytuację postrzegam bardziej jako powrót do normalności niż nadzwyczajny dar niebios. To tytułem dygresji, bo głowy w piasek nie mam zamiaru chować i do sporu „kto lepszy?” czym prędzej powracam.

majka120

Rafał pokazał, że na Półwyspie Apenińskim czuje się znakomicie. Nie mielibyśmy chyba nic przeciw temu, by w przyszłości został ulubieńcem włoskich kibiców jako lider najlepszego włoskiego teamu. W tym roku zyskał we Włoszech sporo zwolenników wiosennym popisem na Giro d’Italia i jesiennym postawieniem „kropki nad i” w klasykach. Wewnątrz tej klamry znajdujemy jeszcze 4. lokatę w polsko – włoskim Tour de Pologne i 19. w hiszpańskiej Vuelcie. Ale to przede wszystkim 7. miejscem w „generalce” La Corsa Rosa spłacił Bjarne Riisowi kredyt zaufania (co byśmy o kontrowersyjnym Duńczyku nie myśleli, w talent Polaka konsekwentnie wierzył i nie bał się na niego postawić). Majowe sukcesy biało – czerwonych (po raz pierwszy mieliśmy dwóch naszych w dziesiątce Wielkiego Touru) zrobiły nam w międzynarodowej kolarskiej społeczności świetną reklamę, a sprawozdawcy telewizyjni bardziej serio zaczęli przykładać się do wymowy polskich nazwisk. Legendarne góry, mimo groźnej pogody, były naszym przychylne. Nawet w kraju na kolarzy zaczęto spoglądać jakby łaskawiej.

Gdybym miał „się czepiać”, wytknąłbym liderowi Saxo-Tinkoff zbyt ostrożną jazdę w Tour de Pologne. Nie mogę odpędzić od siebie myśli, że ten wyścig był jednak do wygrania. Krakowianin wynagrodził mi ten zawód startami w Milano – Torino (2.) i Il Lombardia (3.). Zwłaszcza podium monumentu jest w naszej polskiej skali ważnym wydarzeniem.

kwiato

Pierwsze akordy poloneza należały jednak do Michała. Jego dobra passa we wczesno sezonowych etapówkach (San Luis, Algarve) kontynuowana w ukończonym na 4. miejscu worldtourowym Tirreno – Adriatico, zaowocowała robiącymi spore wrażenie startami w dwóch pierwszych odsłonach ardeńskiego tryptyku. Polak może ścigać się jak równy z równym z największymi sławami peletonu – konstatowaliśmy, oglądając Kwiatka walczącego na finiszu Amstel Gold Race (4.), czy wyprzedzającego mistrzów we wspinaczce na mityczny Mur de Huy (5.).

A kiedy ostatnio Polak był o kilka dziesiątych sekundy od la maillot jaune? TEJ żółtej koszulki? Wychowankowi Pacific Toruń zdarzyło się to już w debiutanckim starcie, pierwszym w karierze Wielkim Tourze. I ten niesamowity 9. etap – iście homerycka odyseja. Został w górach, sławniejsi od niego kapitulowali, a on nie dosyć, że samotnie odrobił straty, to jeszcze przyprowadził grupę faworytów do mety. Gdybym z ocenianego sezonu miał wybrać jeden tylko epizod, najbardziej satysfakcjonujący, podnoszący na duchu – wybrałbym etap do Bagnères-de-Bigorre.

Mimo słabszej dyspozycji jesienią, co nie dziwiło po tak intensywnych pierwszych siedmiu miesiącach, kolarz Omegi zakończył sezon we Florencji na podium dla drużynowych mistrzów świata. Na lepszy wynik w starcie indywidualnym sił już nie starczyło.

Osiągnięcia Rafała i Michała w zasadzie się równoważą. Obaj przysporzyli nam wiele radości, świetnie pojechali w Grand Tourach i klasykach. Obaj zakładali koszulki liderów wyścigu World Tour. Lista sukcesów Majki jest krótsza, ale są na niej pozycje bardziej prestiżowe, szczególnie podium Lombardii przemawia na korzyść zawodnika Saxo-Tinkoff i pod tym względem przyznać można mu pierwszeństwo.

Obydwaj zrobili w 2013 roku olbrzymie postępy, o ile jednak talent Majki rozwijał się w kierunku raczej zgodnym z oczekiwaniami, o tyle Kwiato, którego przyszłość widziano w klasykach, zaskoczył zupełnie jako grandtourowy GC rider. Jego 11. miejsce w debiucie było dla mnie dużo większą niespodzianką niż miejsce Rafała w top 10 Giro – w sumie na to ostatnie w gronie fanów po cichu liczyliśmy.

Coś jednak umyka podczas suchej wyliczanki osiągnięć. Mianowicie, wrażenia z obserwacji ich jazdy. One podpowiadają mi, że tegoroczny mistrz Polski jest kolarzem nie tylko bardziej wszechstronnym, ale i dojrzalszym, potrafiącym samodzielnie rozegrać szosową partię szachów, podczas gdy Majce bardziej potrzebne jest wsparcie, podpowiedź starszego kolegi czy dyrektora sportowego. Choć w przyszłości ta wszechstronność wcale nie musi dać Michałowi przewagi. Mamy wystarczająco wiele przykładów na to, że ścisła specjalizacja, osiągnięcie mistrzostwa w jednym, za to kluczowym aspekcie, szybciej prowadzi do sportowych laurów.

niemiec120

Trzecim naszym muszkieterem był w tym sezonie Przemysław Niemiec. Po serii udanych startów w etapówkach (9. w Tirreno – Adriatico, 7. w Katalonii, 6. w Trentino) na Giro przyjechał namaszczony przez Saronniego jako wicelider Lampre. Mimo pomocy, jakiej w paru przypadkach udzielił Scarponiemu, tym razem mógł skoncentrować się na walce „o swoje”. Rezultatem było 6. miejsce w klasyfikacji generalnej – drugi wynik w historii polskiego kolarstwa, plasujący się zaraz za historycznym sukcesem Zenka Jaskuły w 1993 roku. Gdybyśmy sezon zakończyli w czerwcu, Przemek byłby najlepszy.

W nagrodę za dobry start we Włoszech, wysłano naszego „górala” z Oświęcimia na Wielką Pętlę. Pod względem sportowym to nie mogło wypalić. Ale co sobie „pozwiedzał”, to jego. Jak sam mówił, chciał zaliczyć Tour – start w nim to przecież wielkie przeżycie. Ten wyjazd zmarnował mu jednak drugą połowę sezonu, w której fizycznie już się nie pozbierał. Człowiek całe życie się uczy. Nasz reprezentant zapowiedział, że w przyszłym roku powróci do sprawdzonego cyklu Giro – Vuelta.

Pozostali nasi zawodowcy (i to jest ciemniejsza strona kondycji polskiego kolarstwa) nie dotrzymują kroku omawianej trójce. Wyraźnie przygasł po zmianie klimatu włoskiego na iberyjski Sylwester Szmyd, notując bodaj najsłabszy sezon w bogatej profesjonalnej karierze. Michał Gołaś i Maciek Bodnar byli jak zwykle pożyteczni dla swoich zespołów, ale trudno powiedzieć, by robili dalsze postępy – raczej ustabilizowali się na pewnym poziomie.

paterski120

Krok do przodu zrobił natomiast Maciek Paterski. Śmielej bierze udział w akcjach ofensywnych, co mogliśmy zaobserwować choćby na Tour de Pologne czy Eneco Tour. Nie zawsze jeszcze taka postawa przekłada się na wyniki, ale im bliżej było końca sezonu, tym lepiej. Miejsce w top 20 wyścigu indywidualnego światowego czempionatu i podium jednodniowego GP Industria & Commercio di Prato mogą być obiecującą zapowiedzią na kolejny sezon. A nie owijając w bawełnę, innych kandydatów, którzy mogliby zrobić w ciągu roku znaczące postępy na poziomie WT nie mamy. Czy jednak 27-latek z Cannondale ma potencjał, by jako d’Artagnan dołączyć do trzech naszych muszkieterów, to inna sprawa.

Nie tracę jeszcze nadziei, że tym czwartym będzie na powrót Tomasz Marczyński, nasz bohater 2012 roku. Zawodnik Vacansoleil miał niestety kiepski sezon, borykając się z kłopotami zdrowotnymi. Pechowo nałożyły się na to problemy ze sponsorem i nerwowa atmosfera w skazanej na likwidację drużynie. Pisząc te słowa, nie wiem nawet, jakie barwy Maniek będzie nosił w przyszłym roku. Z kolei mający w kraju licznych sympatyków Bartek Huzarski, przyzwyczaił nas do paru fajerwerków w sezonie, które jednak nie budują mu trwałej, mocnej pozycji w kolarskiej elicie. Tym razem był to etap do Aramon Formigal na Vuelcie i robiący duże wrażenie odjazd na mistrzowskim wyścigu we Florencji. Szkoda, że tak zwany całokształt osiągnięć nie prezentuje się równie imponująco.

Kiedy bohaterowie są zmęczeni, reprezentacja Polski traci swoje atuty. Nasi eksportowi zawodowcy nie mają szerokiego zaplecza i praktycznie tych paru asów nie ma kim w razie potrzeby zastąpić. Mistrzostwa świata we Florencji, gdzie po raz pierwszy w wyścigu elity mogliśmy wystawić 9-osobowy skład, nie przyniosły większej satysfakcji. I choć znamy powiedzenie, że tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, to niezależnie od niesprzyjających okoliczności, można mówić o zmarnowanej szansie. Stwierdzenie, że w przeszłości bywało gorzej nie stanowi rozgrzeszenia dla naszej ekipy. Na szczęście dla PZKol i opiekunów kadry występ we Florencji następował po sezonie, który tak czy owak uznaliśmy zgodnie za nadspodziewanie udany, toteż nikomu do głowy nie przyszło, by rozdzierać po tych zawodach szaty.

Tyle o orłach. Teraz parę zdań o reszce, bo każda moneta ma dwie strony i obie solidarnie składają się na jej wartość.

Na naszym krajowym podwórku wciąż jest… podwórkowo. Możemy sobie, wzorem niektórych, podbijać bębenka zwycięstwami w BGŻ Prolidze ( w tym roku wygrał ją Mateusz Taciak), a jak bohaterowie tejże wyjadą pościgać się za granicę, różnica dzieląca nas od europejskich średniaków jest tak wyraźna, że patrzenie na tabele wyników aż boli. Co z tego, że Stępniak wygrywa w cuglach sprinterskie finisze w kraju? Skoro pieszczotliwie zwani „cyckami” kolarze w pomarańczowych koszulkach, jadąc w Turcji, w konkurencji z dużymi chłopcami, nie potrafią nawet porządnie ustawić pociągu. To, że godne zapamiętania chwile naszego najwyżej plasowanego teamu zawdzięczamy dziadkowi z Włoch i dzieciakowi z Czech, mówi samo za siebie.

Z jednej strony dobrze, że taka liga powstała. Od początku uważałem jednak, że bardziej przydałyby się nam sponsorowane rozgrywki na szczeblu młodzieżowym niż seniorskim. Wolałbym kuźnię następców Kwiatka i Majki, a nie ciepły kąt na przeczekanie do sportowej emerytury, przytulisko dla Jasiów Wędrowniczków, którym gdzie indziej się nie powiodło. Jeśli charakter tych rozgrywek się nie zmieni, to zamiast katapulty ułatwiającej start do kariery polskich talentów, będziemy nadal mieli słój do ich „zakiszania”.

Stan polskiego kolarstwa widziany z perspektywy krajowych szos nie wygląda już tak różowo, co jednak dziwić nie powinno. Rzuciwszy okiem na to, co dzieje się na codzień na polskich drogach (i chodnikach), w skali europejskiej widzimy się bardziej kopciuszkiem niż goliatem. Mimo pięknych tradycji w ściganiu się na napędzanych siłą mięśni jednośladach, do społeczeństw charakteryzujących się wysoką rowerową kulturą jakże dużo nam jeszcze brakuje.

Corocznym rowerowym świętem dla zagorzałych fanów i „niedzielnych” widzów jest od lat Tour de Pologne – inne krajowe zawody są za nim w tyle o lata świetlne. W tym roku impreza Czesława Langa wywoływała większe niż zazwyczaj emocje, gdyż z okazji jubileuszu poziomowi sportowemu obsady miał towarzyszyć przysłowiowy już international level atrakcyjności trasy. Temperaturę podniosły też uzasadnione wiosenną formą naszych jeźdźców nadzieje na długo oczekiwany polski sukces. Znów się nie udało. Bliżej nawet było do tego sukcesu rok temu Kwiatkowskiemu niż teraz Majce.

Churchill115

Blisko było tu, jeszcze bliżej tam, prawie wygraliśmy gdzie indziej… Prawie robi jednak różnicę. Skąd ta niemoc? Na razie z zazdrością patrzyliśmy na radość naszych braci Słowian (od których genetycznie się nie różnimy): Słowaków, Czechów, Białorusinów, a nawet spokrewnionych z nami przez Jagiełłę, Litwinów.

Z roku na rok żmudnie przybliżamy się do upragnionych zwycięstw, a przynajmniej kreujemy szans na nie coraz więcej. Pójdę w zaparte z tym „lepsze jest wrogiem dobrego” i zaryzykuję prognozę, że w 2014 roku ilość przejdzie w jakość i wreszcie zobaczymy Polaka wznoszącego na oczach milionów telewidzów ręce w geście triumfu. Korzystając wszakże z bezcennej rady Winstona Churchilla: Każdy sporządzający prognozę powinien od razu dołączyć do niej wyjaśnienie, dlaczego się nie sprawdziła, uprzejmie donoszę, iż winę za ewentualny brak polskich victorii na szosie ponoszą organizatorzy wyścigów z premedytacją i perfidią zapraszający na nie zbyt szybkich kolarzy innych narodowości.

I byle do wiosny, bo jak mawiali Starkowie: Winter’s coming.

Krzysztof Suchomski

pierwsza część