Wiosna nam Kwiatem zakwitła czyli wiosennych porządków finał

 

Kiedy przed rokiem walec ekipy Sky przejechał po serii wyścigów etapowych, zaskoczenie było tak duże, że konkurencja straciła głowę i na Tour de France poddała się praktycznie bez walki. Obecny sezon przekona nas, czy rzeczywiście brytyjski team jest tak mocny, czy tylko wykorzystał w optymalny sposób szanse stworzone przez splot okoliczności. Pierwsze symptomy tego, że konkurenci jednak „przejrzeli na oczy” mieliśmy jesienią na Vuelcie. Jednak wtedy mówiło się (i słusznie), że Niebiańscy, zaliczywszy wszystkie planowane cele sezonu, nie mieli motywacji do ścigania, a i zmęczenie intensywnie przepracowanym sezonem dało o sobie znać.

Przebieg wiosennych wyścigów etapowych upoważnia do postawienia tezy (i będzie to lekcja numer 6, przedmiot wojskowy: taktyka pola walki): do pokonania kolarzy Sky potrzebne są łącznie determinacja i spryt.

Jak to działa w praktyce? Kiedy przeciwnikom brak determinacji efekty są takie, jak na Paryż – Nicea, Criterium International, bądź właśnie zakończonym Tour de Romandie. Determinacja jest więc warunkiem koniecznym. Koniecznym, lecz niewystarczającym. Trzeba jeszcze „mieć jakiś myk”, jak mawiają internauci. Praktyczną realizację skutecznego połączenia determinacji z rzeczonym mykiem obserwowaliśmy na Tirreno – Adriatico. Men in Black już witali się z gąską, gdy Vincenzo Nibali (o którego zasobach determinacji nikogo przekonywać nie trzeba) zaskoczył ich śmiałym atakiem.

 

CORVOS_00021166-019[1]

 

Brytyjczycy opierają swą taktykę na znakomitym przygotowaniu i wypracowanych schematach. Natomiast sprawia im problem reagowanie w sytuacjach nietypowych i nieprzewidzianych. Tym bardziej, że ich nowy samiec alfa, Chris Froome, to znakomity kolarz, lecz indywidualista, który w roli kapitana znacznie ustępuje doświadczonemu Bradley’owi Wigginsowi. A ten ostatni zaczyna odzwyczajać nas do od widoku tyczkowatej sylwetki na podium. Z jego wiosennych występów zapamiętamy przede wszystkim nowatorskie próby parkowania roweru na poboczu. Ponoć aplikowane mu treningi na Teneryfie są nie mniej intensywne niż przed rokiem. Ile w tym prawdy, a ile zabiegów podtrzymujących morale? Zweryfikuje to już niedługo Giro d’Italia i rywale, zwłaszcza Nibali i Hesjedal, których wiosenna forma budziła większe zaufanie.

Pozostając przy kwestii zaufania, nawet zaprzysiężonym fanom Alberto Contadora coraz trudniej wierzyć, że ujrzą go jeszcze w dyspozycji przypominającej jego najlepsze lata. A przecież El Pistollero wciąż daleki jest od wieku kolarskiego emeryta. Jego głównym celem jest Tour de France i to podaje się jako usprawiedliwienie jego słabszej dotąd postawy. Nie sposób jednak nie zauważyć, że jeszcze do niedawna główne cele nie przeszkadzały mu „wymiatać” w wiosennych tygodniówkach.

„Wymiatanie” wiosną 2013 kojarzyło się z nową falą kolumbijskich guerillas. Jej forpocztę stanowią Rigoberto Uran, Sergio Henao, Nairo Quintana i Carlos Betancur. Za plecami mają grono zdolnych dwudziestolatków czekających na swoją szansę. Co różni ich od rodaków robiących karierę w peletonie w poprzednich dekadach? Są bardziej wszechstronni, lepsi technicznie (o wiele pewniej zjeżdżają), o niebo lepiej znoszą zimowe warunki i dużo szybciej się adaptują, także w sensie kulturowym. O ile poprzednicy swą przydatność udowadniali dopiero w wysokich górach, o tyle nowe pokolenie jest mniej wybredne. Cokolwiek, byle było pod górę. Może być wzgórze, wiadukt, a nawet schody – każda okazja jest dobra do ataku. Nic dziwnego, że kochają ich kibice i dyrektorzy stacji telewizyjnych. A nasza siódma lekcja (z public relations) mówi: Chcecie mieć udane zawody? Zaproście muchachos z Kolumbii. Nikt tak jak oni nie potrafi rozkręcić imprezy.

 

CORVOS_00020054-003[1]

 

Skoro o atrakcyjności mowa, o palmę pierwszeństwa wśród tegorocznych tygodniówek rywalizują Tirreno – Adriatico, Volta a Catalunya i Vuelta a Pais Vasco. I chciałoby się, by latem tę klasę osiągnął nasz sarmacko – trydencki Tour de Pologne. Pod względem organizacyjnym zaliczamy się do czołówki, trasa jest ciekawsza niż kiedykolwiek. Zostaje jeden istotny, kluczowy wręcz, czynnik sukcesu: obsada. Zapewnić taką, jak choćby na Tour de Romandie, byłoby marzeniem.

Okrężną drogą doszliśmy do spraw polskich i już się przy nich zatrzymamy. Czas dobrać się do wisienki na wiosennym torcie.

Kariera naszej największej nadziei, Michała Kwiatkowskiego, rozkwitła tej wiosny wspaniale. Próbki możliwości zasygnalizował nam już w styczniu na Tour de San Luis, a o tym, że jest w formie przekonało nas drugie miejsce w klasyfikacji generalnej Volta ao Algarve. Ale to, co „Kwiato” zaserwował na Tirreno – Adriatico, przeszło najśmielsze oczekiwania. Tym bardziej, że Wyścig Dwóch Mórz był w tym roku obsadzony bodaj jak nigdy dotąd. Czwarte miejsce na królewskim etapie do Prati di Tivo było szokiem, bo przecież to etap dla typowych górali, a nasz kolarz dotąd za takowego nie uchodził. Od samego czytania nazwisk kolarzy, którzy przejechali metę o sekundy, a nawet minuty za nim, może się zakręcić w głowie.

Sprawozdawcy z całego świata zaczęli szybko przyswajać wymowę jego nazwiska – ta wiedza miała im się wkrótce przydać. Jedna sekunda zabrakła Michałowi do zepchnięcia Contadora z podium wyścigu. Skończyło się na czwartym miejscu i koszulce najlepszego młodzieżowca. Biorąc pod uwagę kogo pokonał, sukces ten ma większą wartość od ubiegłorocznego 2-go miejsca w naszym narodowym Tourze.

A to jeszcze nie koniec. Nasz bohater wystartował do ardeńskiego tryptyku w roli lidera grupy Omega Pharma – QuickStep. Już sam ten fakt stanowi wydarzenie w naszym kolarskim światku, ale celowo nie wspominałem o tym w pierwszym odcinku „Wiosennych porządków”, zostawiając sobie najlepsze na deser.

Na metę Amstel Gold Race wjechał z największymi kozakami, znów będąc o włos od podium. Mur de Huy sforsował na piątym miejscu, a z racji stopnia trudności ten finisz cenię jeszcze wyżej. Na tak wymagającym zboczu zostawić za plecami Purito, Valverde, Giberta i grono innych, zaliczanych do klasykowego cream of the cream, to po prostu bajka.

Nie miałbym nic przeciwko temu, by kariera 23-latka z Golubia-Dobrzynia dalej toczyła się w podobnie bajkowych okolicznościach. Biorąc pod uwagę jego pracowitość, skromność (jakże daleki jest od gwiazdorskich manier rówieśnika ze Słowacji), a także, wykazany choćby niedawną wypowiedzią na temat polskiej myśli szkoleniowej, dyplomatyczny talent – możemy być pewni, że woda sodowa nie uderzy mu do głowy. Media zresztą nie rozpieszczają naszej kolarskiej nadziei, bo cóż tam czwarte miejsca w porównaniu z kolejnymi dachowaniami Kubicy, o sensacjach w „Śpiewać każdy może” czy „You can dance” nie wspominając. I dobrze. Medialny szum rozprasza, a my wolelibyśmy zobaczyć „Kwiatka” w pełni skoncentrowanego na starcie Tour de Pologne.

 

CORVOS_00021160-065[1]

 

Zachwyty nad Michałem nie mogą przesłonić nam dobrych występów Przemka Niemca, który notuje jedną z lepszych wiosen w karierze. Miejsca w pierwszej dziesiątce klasyfikacji generalnej trzech renomowanych etapówek: Tirreno – Adriatico, Volta a Catalunya i Giro del Trentino (w tym ostatnim cenne 3. miejsce na królewskim etapie) zwiastują dobrą formę na zbliżające się Giro d’Italia.

A jeśli jesteśmy przy włoskim Wielkim Tourze, listę dobrych wieści uzupełnia mianowanie Rafała Majki liderem ekipy Saxo Tinkoff. Niby wiedzieliśmy od dawna, że Riis ma takie plany wobec naszego reprezentanta, ale jego późniejsze wejście w sezon pozostawiało jednak niepewność, która ostatecznie została rozwiana. Z kolei, naszej największej jesiennej rewelacji, Tomkowi Marczyńskiemu, życzymy szybkiego dojścia do formy po kłopotach zdrowotnych.

Reasumując zatem, ostatnią, lecz za to najważniejszą konstatacją wiosennych remanentów będzie: polskie kolarstwo szosowe wraca na swoje miejsce w Europie. Jesteśmy przecież narodem kolarskim, tylko musimy sobie o tym przypomnieć. Już kiedyś pisałem, że potrzebny jest sukces, który zadziała jak katalizator reakcji chemicznej. Ten sukces zbliża się do nas dużymi krokami.

I całe szczęście. Bo choć miło było powspominać te tłumy na trasach Wyścigu Pokoju, te sportowe przewagi Szurkowskiego i Szozdy, Piaseckiego i Langa, Jaskuły i Sprucha, to ileż, do licha ciężkiego, można żyć wspomnieniami?

Krzysztof Suchomski

pierwsza część podsumowania