Wiosenne sprzątanie po sezonie klasyków

 

Kiedyś kalendarz kolarza przypominał kalendarz rolnika. Zgodny był z odwiecznymi cyklami natury i przyrodzonym porządkiem mówiącym, że jest czas siewu i czas żniw (i tym podobne bla, bla, bla). Takoż i na przedwiośniu kolarze budzili się z zimowego snu (a co bogatsi wracali z Karaibów), by w marcu i kwietniu budować formę na będące kulminacją sezonu wielkie wyścigi trzytygodniowe. A przy okazji zdobywać mołojecką sławę w serii jednodniowych klasyków i semi-klasyków. I komu to przeszkadzało? Ano pazernym na kasę działaczom UCI i nuworyszom tworzącym ich, jak to się teraz ładnie mówi, biznesowe zaplecze.

Szukając pieniędzy i pogody, jeżdżą kolarze od stycznia po szerokim świecie, zamiast się porządnie wyspać po karnawałowych szaleństwach. Pani Wiosna zdegustowana takim brakiem szacunku dla tradycji długo znosiła to w pokorze, aż w końcu nie wytrzymała. Postanowiła zastrajkować, by pokazać nam, marnym stworzeniom, czym grozi lekceważenie praw natury. Zadowolona z takiego obrotu rzeczy Pani Zima rozsiadła się na dobre na kolarskich drogach. A rower nie auto, nie wystarczy zimówki założyć i płyn do spryskiwaczy wymienić
Żarty żartami, lecz ani organizatorom wyścigów, ani kibicom, a już zupełnie zawodnikom do śmiechu nie było. Obrazki oszronionych niczym Eskimosi, skostniałych z zimna uczestników Primavery zostaną nam w pamięci jako lekcja numer 1: nawet skrócony monument ma wciąż prestiż większy niż wszystkie imprezy nowobogackich razem wzięte. Zwycięzców z Qataru czy Omanu pozostawiamy statystykom. Gerarda Ciolka zapamiętamy na długo, jako tego, który w arktyczne popołudnie pokonał Sagana i Cancellarę.

spartakusOczekiwano, że dwaj ostatni, wobec niedyspozycji Toma Tornado, stoczą homeryckie boje na brukowanych flandryjskich drogach. Po części tak się stało, lecz pojedynkom tym trudno byłoby przypisać określenie: wyrównane. Fabian Cancellara udowodnił, że przydomek Spartakusa nie przylgnął do niego przypadkiem. Jadąc przeciwko koalicji rywali marzących o tym, by na jego kole dowieźć się do końcowego finiszu, znakomicie wytrzymał presję, tak fizycznie, jak i psychicznie.

Zwycięstwa w Ronde Van Vlaanderen i E3 Prijs były pokazem siły godnym dominatora. Ale nie tylko mocą i odpornością imponował w tym sezonie Szwajcar. Pomny doświadczeń, był w tym roku dużo lepiej przygotowany do zrzucania z pleców balastu konkurentów. Również taktycznie. Na Flandryjskiej Piękności (pozbawionej niestety Kapelmuuru) cierpliwie wyczekał aż do ostatniego wjazdu na Paterberg, by skutecznym atakiem ostatecznie rozprawić się z podmęczonym Saganem. Trudno jednak powiedzieć, by tkwił w tym element zaskoczenia, w przeciwieństwie do Piekła Północy – najinteligentniej rozegranej kampanii Fabiana. Tym razem więcej w niej było finezji mistrza niż siły gladiatora. Wiedział, że ma wszystkich przeciw sobie, a brak wzniesień nie pozwoli mu oderwać się na kilkunastu metrach mocnym szarpnięciem. Musiał kluczyć, zwodzić, udawać zmęczenie czy zniechęcenie, a gdy zdezorientowani rywale, dzieląc peleton na grupy, wykonali za niego część roboty, zaczął ich gubić jednego po drugim. Utrzymał się z nim tylko Sep Vanmarcke, którego ostatecznie pokonał po emocjonującym finiszu na welodromie. O młodym Belgu można mówić w samych superlatywach i choć z pewnością nie był postacią dotąd nieznaną, ten właśnie występ postawił go w pierwszym szeregu specjalistów od granitowej kostki.
A lekcja numer 2 do zapamiętania (tym razem matematyczna): serce + rozum = arcymistrz.

Kariera Petera Sagana przejdzie po latach do historii kolarstwa, jako jedna z bardziej błyskotliwych. Do zwycięstw zdążył nas przyzwyczaić, ale to tej wiosny przekroczył wreszcie Rubikon, wygrywając swój pierwszy klasyk. Wprawdzie Gent – Wevelgem prestiżem ustępuje znacznie monumentom, nawet na porządny przydomek jeszcze sobie nie zapracował, za to drugie miejsce w Ronde Van Vlaanderen i udany występ, to jednak w sumie wyraźny progres w stosunku do ubiegłego sezonu. Ma dopiero 23 lata i właściwszym pytaniem jest nie: czy może wygrać, tylko: kiedy wygra (pod warunkiem, że będzie unikał niezdrowej medialnej wrzawy zamiast ją nierozważnie wywoływać).

Słowackiego Piotrusia Pana, będącego pod silną presją z powodu rozdmuchanych oczekiwań, już od roku media próbują ubrać w koronę króla klasyków. Jak na złość w tych najważniejszych próbach ktoś zawsze okazuje się lepszy. Oglądając jego fantastyczny pojedynek z Gilbertem na Brabantse Pijl, zacieraliśmy ręce w oczekiwaniu powtórki na Amstel Gold Race. I kto mógł się wtedy spodziewać, że ogląda właśnie łabędzi śpiew Sagana? (nota bene, Gilbert też lepiej niż w Brabanckiej Strzale nie wypadł w żadnym z ardeńskich klasyków).

Kolejna lekcja (przedmiot ponadobowiązkowy: logika) przypomniana nam przez kapryśną wiosnę brzmi zatem: niemożliwe jest w jednym sezonie pogodzenie zwycięstw w brukowych monumentach ze zwycięstwami w ardeńskim tryptyku. Historia uczy, że nie zawsze tak było, ale w dobie specjalizacji to prawie niewykonalne. Dlaczego? O ile bruki „domagają się” zainwestowania w masę i siłę, to cotés przeciwnie, preferują zrzucenie wagi, będącej zbyt dużym balastem na stromych podjazdach. A tego pogodzić w krótkim okresie nie można.

Od pewnego czasu rywalizacja w klasykach brukowych jest (paradoksalnie, pomimo bardziej zdradliwej nawierzchni) bardziej przewidywalna. Z grubsza biorąc, mamy albo rok Boonena, albo rok Cancellary and winner takes it all, jak wyśpiewywali niegdyś szansoniści z zespołu Abba. Czołówka się wykrusza, tak zwanych pewniaków jest mniej niż kiedykolwiek za mojej pamięci. Nie grozi nam jednak próżnia. Już za rok przedstawiciele młodszego pokolenia, jak Vanmarcke, Terpstra czy Vanderbergh, mogą rozdawać karty. Oczywiście, młodszego nie oznacza tu nieopierzonego. Bruki nie darzą sentymentem debiutantów (jeśli nie jest się Bernardem Hinault), tu trzeba na mistrzowską klasę zapracować dziesiątkami startów.

Inaczej, ku zadowoleniu bukmacherów, sprawy się mają na ardeńskich „hopkach”, których przewidywalność zbliża się ostatnio do widoczności w gęstej, londyńskiej mgle. Większość debat o szansach w limburskim klasyku obracała się wokół tematu: jak sobie Gilbert poradzi z Saganem i vice versa. Powszechnie oczekiwano, że losy zwycięstwa rostrzygną się na ostatnim kilometrze i tak pewnie by było, gdyby nie znane od czasów dobrego wojaka Szwejka czeskie cwaniactwo i wygodnictwo. Niejaki Kreuziger Roman z Moravskej Trebovi w powiecie pardubickim dopiero co uświadomił nam, że istnieją bardziej komfortowe możliwości dojazdu do mety niż przepychanie się pod górę w tłumie spoconych facetów. Gdyby nie Czech, mielibyśmy może Polaka „w trójce”. Wątek patriotyczny wymaga jednak oddzielnego potraktowania, uprasza się zatem P.T. Czytelników o cierpliwość.

Przed Mur de Huy numer z odjazdem już nie przeszedł. Taka to uroda Walońskiej Strzały. Drużyny mają jasne zadanie: dowieźć swych liderów w czubie i nie pozwolić nikomu na indywidualne swawole. I nawet ci, co chcą odjechać, robią to jakoś bez przekonania. Końcowy podjazd (jedno z moich ulubionych kolarskich miejsc na planecie) całkowicie wynagradza niezbyt ekscytujące godziny oczekiwania. Te 1300 m to jakby oddzielny wyścig kolarski w pigułce. Z wszelkimi atrakcjami. Mamy tu śmiałe odjazdy, zaciekłe pogonie, tasowanie się prowadzących, heroiczny wysiłek i „odcięcia prądu”, radość i omdlenia. Fascynuje mnie w tym podjeździe to, że nie da się go oszukać. Na Mur de Huy nie można wygrać żadnym cwanym trickiem, albo „mając farta”. Wygrywa najsilniejszy tego dnia kolarz. To cholernie uczciwe wzgórze, sprawiedliwsze niż jakikolwiek sąd czy trybunał.

A że czasem challenger, jak Dani Moreno, rzuci udane wyzwanie wypasionym faworytom, to i lepiej dla kolarstwa. Nie wiedziałem czy bardziej podziwiać jego dynamikę na ostatnich metrach, czy pozornie straceńczy, rozpoczęty już u podnóża, atak Carlosa Betancura, który okazał się wprawdzie typową akcją „o jeden most za daleko”, lecz przyniósł mu jednak miejsce na podium i przysporzył fanów na całym świecie.

Daniele rządzą, chciałoby się powiedzieć, gdy Daniel Martin (wcześniej o włos od „pudła” Fleche Wallone) samotnie mijał metę Liege – Bastogne – Liege, szacownej „Dziekanki” kończącej sezon wielkich klasyków wiosennych. Irlandczykowi wydatnie pomogła waleczna postawa Rydera Hesjedala, ale nikt nie powie, że na zwycięstwo nie zasłużył. Przeciwnie, odjechać na podjeździe (ot, tak sobie) sprzed nosa czempiona wspinaczki, jakim jest Joaquin Rodriguez, to wyczyn godny opiewania w pieśniach bardów i balladach trubadurów. Purito rzucił się do ataku w swoim stylu, z dużej tarczy. To zapewnia szybkie zdobycie przewagi, ale taka jazda kosztuje. Kiedy Martin, jadący na przełożeniu wymagającym mniejszego wydatku energii, go dogonił, Katalończyk nie miał już siły, by odpowiedzieć na atak. Sympatyczny chłopak z tego Dana. Dojeżdżając do mety, oglądał się z niedowierzaniem, jeszcze nie wierzył w to, co się stało. A przecież było mu to pisane już od chwili narodzin, jeśli zaufać genetyce.

 

CORVOS_00021195-193[1]

 

Bo geny, które „wyprodukowały” Stephena Roche’a pochodzą, rzecz oczywista, z „puli wygrywającej” i jego siostrzeniec miał już na starcie olbrzymie fory. A co z równością szans? – zapytacie. Cóż… Przyroda nie daje się sterroryzować politycznej poprawności i wie swoje. A skoro doszliśmy do przedmiotu: biologia, zapiszmy w kajecikach lekcję nr 4: w sprawdzone geny warto inwestować. Teza nie nowa, ale warta przypomnienia, a przykładów na jej potwierdzenie mamy w kolarskiej niszy ekologicznej aż nadto. Chciałoby się i nad Wisłą tę regułę upowszechnić. Zwracam się zatem do naszych byłych i obecnych mistrzów roweru: Do roboty, chłopaki. Kraj czeka na następne pokolenie szosowców.

W którym kierunku potoczy się dalej kariera Dana Martina, trudno mi wyrokować. Hurra-optymistów, już widzących w Irlandczyku przyszłego triumfatora Wielkich Tourów, mógłbym przekornie zapytać: A gdzie są dziś ubiegłoroczni zwycięzcy ardeńskich wyścigów? Odpowiedź nakazywałaby pewną przezorność w pośpiesznym kreowaniu idoli.

Bo w odróżnieniu od opisywanej już sytuacji w branży brukarskiej, stawka konkurentów w klasykach, nazwijmy je pagórkowatych (konia z rzędem temu, kto znajdzie dobre polskie określenie) wyrównała się i pula potencjalnych zwycięzców z roku na rok rośnie. Co nas, polskich kibiców, raczej martwić nie powinno.

Martwi za to Belgów. Historycy spierają się teraz, ile lat temu zanotowali takie lanie belgijskich cyklistów, zgadzają się jednakże co do tego, że nie było to za naszego życia. To nie żarty. W kraju, w którym kocha się kolarstwo (a wyścigi jednodniowe szczególnie) bardziej niż gdziekolwiek na świecie, sprawa może oprzeć się nawet o parlament. A nasza lekcja numer 5 (z geografii) brzmi: miliony widzów na trasach nie gwarantują zwycięstw.

Nawet jeśli któregoś z bardziej wybrednych koneserów tegoroczne klasyki niespecjalnie zachwyciły, to musi przyznać, że wiosenne etapówki mogły rozgrzać do czerwoności. Ale o tym, jak i biało-czerwonej kolarskiej wiośnie, w następnym odcinku podsumowania.

Krzysztof Suchomski

czytaj dalej