2012 Resumé: Trzęsienie szosy – część III.

 

Krajowa opinia publiczna zajęta doniosłymi wydarzeniami w rodzaju Igrzysk Olimpijskich czy nieszczęsnego (pod względem sportowym) EURO 2012 z rzadka pochyla się nad sprawami z kolarskiego podwórka, a jeśli już, czyni to z okazji skandalizujących czy wręcz aferalnych doniesień. „Zwykłe” newsy, jak choćby o awansie CCC Polsat do dywizji Pro-Continental lub trasie Tour de Pologne, mają marne szanse przebicia się na czołówki w porównaniu choćby z przepychankami w PZPN czy występami sióstr Radwańskich.

Dlatego polskie kolarstwo, by odzyskać dawno utraconą (ech, łezka się w oku kręci) miłość kibiców potrzebuje spektakularnych, lecz pozytywnych, wydarzeń. Nie, nie wydarzeń nawet, a wręcz fajerwerków. Takich jak paryski popis Jerzego Janowicza, któremu polskie media poświęciły w ciągu tygodnia więcej miejsca niż najlepszym naszym kolarzom w ciągu całego roku.

A było przecież dużo powodów, by w kończącym się sezonie o naszych zawodnikach pisać w superlatywach, co zresztą wielokrotnie czyniliśmy przy okazji ich występów. Poczynając od kozackiej jazdy Sylwestra Szmyda wczesną wiosną, poprzez start siódemki (!) Polaków w Giro d’Italia, trzymającego w napięciu oraz udanego w sensie sportowym i organizacyjnym Tour de Pologne (z elektryzującym etapem do Bukowiny), a kończąc na mocnym, odnotowanym przez zagraniczne media, zaakcentowaniu polskiej obecności na uznanej przez aklamację imprezą sezonu hiszpańskiej Vuelcie. A po drodze były też pomniejsze, może jeszcze nie sukcesy a sukcesiki, jak choćby obiecujące włoskie starty naszej nadziei, Pawła Poljańskiego.

Na krajowym podwórku odbyło się szereg rowerowych imprez, niestety w niewielkim tylko stopniu „zauważonych” przez media. Odnotujmy, że triumfatorem BGŻ ProLigi został Marek Rutkiewicz (CCC Polsat Polkowice) wyprzedzając Mariusza Witeckiego (Bank BGŻ).

Kiepsko, znacznie poniżej oczekiwań, wypadliśmy jako „biało-czerwoni”. Obrana przez szefa kadry zachowawcza taktyka polegająca na pilnowaniu faworytów i biernym oczekiwaniu na ich ruch przyniosła opłakane rezultaty. W Londynie nasi z uporem godnym Inspektora Gadżeta do samego końca „śledzili” Brytyjczyków, mimo iż miliony ludzi widziały, że to nie jest ich dzień. W Valkenburgu przerzuciliśmy się na pilnowanie Belgów, którzy dopięli swego, ale już bez naszej obstawy na plecach. Do tego zaskakująco słabo wypadliśmy w jeździe na czas, która po wiosennych startach mogła wydawać się naszym największym atutem. Wbrew niektórym przysłowiom o nadziei, miejmy takową, że PZKol zaskoczy nas i wyciągnie z tych porażek konstruktywne wnioski.

 

CORVOS_00019844-033

 

W rankingu indywidualnym najwyżej oceniłem 13. miejsce w klasyfikacji generalnej Vuelty Tomka Marczyńskiego. Świetne występy w drugiej połowie sezonu wypromowały go do roli jednego z liderów Vacansoleil. Tuż za nim plasuję Michała Kwiatkowskiego, który rozgrzał nas wspaniałą walką na Tour de Pologne, oraz Rafała Majkę, doceniając jego udział w sukcesie Contadora. Dzięki występowi na Vuelcie „uratował” też nieszczególnie rozpoczęty sezon Przemek Niemiec.

Na pewno więcej oczekiwaliśmy po Sylwku (rozochocił nas wiosną i rozbudził apetyt) i jednak Bartku Huzarskim (boli ta zaprzepaszczona szansa wygrania Coppa Bartali, niczym przegrana w karty wypłata, no i dziwi rezygnacja z występu na MŚ). Walecznością i pracowitością, do czego nas wcześniej przyzwyczaił, imponował Michał Gołaś, za to notę innego „pracusia”, Maćka Bodnara, obniżają zdecydowanie nieudane czasówki w biało-czerwonym trykocie.

Może się to wydawać niesprawiedliwe (jeśli ktoś jest na tyle naiwny, że oczekuje sprawiedliwości w osądach gremium zwanego niegdyś tłumem lub gawiedzią, a dziś elegancko określanego mianem opinii publicznej), że mimo najlepszego od kilkunastu lat sezonu, znajomość nazwisk czołowych polskich szosowców nadal ma zasięg niszowy. Wielu moich znajomych zapytanych o nazwiska polskich kolarzy patrzyło bezradnie, by w końcu wybąkać: no taa…Włoszczowska… dobrze mówię?
CORVOS_00013923-010Dlaczego pamiętają Maję? Zaryzykuję tezę, że jednak nie uroda i dziewczęcy wdzięk jest głównym powodem, a fakt, że dziewczyna wygrywa. Janowicz mógł sobie grać najpiękniejszy tenis świata, ale póki błąkał się po peryferiach, przegrywał, odpadał z ważnych turniejów – pies z kulawą nogą nim się nie zainteresował. Parę efektownych zwycięstw i jest idolem nastolatek, a przy okazji bogatym facetem. Już widzę te mamuśki szturchające pod żebro swoje latorośle: Prostuj się, Ewcia, może się panu Jerzykowi spodobasz.

Walczył Bartek Huzarski „w pięknych okolicznościach Asyżu” z Purito i co? Przegrał. Jak to? – zakrzyknie oburzona kilkusetosobowa grupka fanów – Przecież tak pięknie walczył. Był drugi!!! Ano właśnie. Drugi na etapie to tylko najlepszy z przegranych, czyli medialnie nikt. Nawet na podium go nie poproszą. I poza garstką fanów, reszta gawiedzi ma to wydarzenie, kolokwialnie rzecz ujmując, w pompie. Możemy sobie godzinami udowadniać, że Majka zrobił większe, w sensie sportowym, postępy niż nasz dwumetrowy tenisista, lecz to nic nie zmieni. To tamten jest na topie i dziś pewnie więcej rodziców myśli o kupieniu dziecku rakiety niż roweru.

I nie ma co obrażać się na rzeczywistość. Żeby się przebić, trzeba przyjąć narzucone przez nią reguły gry. A bez medialnego przebicia, bez hitu, który rzuca na kolana, nie będzie dobrej atmosfery wokół kolarstwa, wsparcia władz (także tych lokalnych) i sponsorów z pełnymi portfelami. Po medialnej burzy wokół dopingu w kolarstwie, powodującej, iż w niektórych kręgach modne stało się wręcz ostentacyjne odwrócenie od tego sportu plecami, potrzebujemy spektakularnego sukcesu bardziej niż kiedykolwiek.

Nie wystarczy „się pokazać” – wyścig to nie wybieg dla modelek. Tak jak nie wystarczy „słodzenie” komentatorów Eurosportu, czy Czesiowe gawędy o kolarskiej Lidze Mistrzów. Trzeba nareszcie wygrać. A żeby wygrać, nasi muszą chcieć, szczerze i autentycznie, nie tylko na pokaz, w wywiadach, czy Twitterach.

Widzieliście kiedyś Cavendisha czy Sagana zadowolonych z drugiego miejsca? Są wtedy wściekli. I za to ich kocham. Takiej wściekłości dotąd u obecnego pokolenia polskich kolarzy nie obserwuję. Dlatego taki zły byłem na Wadeckiego i jego „strusią” taktykę, bo mam wrażenie, że zamiast wywołać w naszych reprezentantach żądzę wygrywania, zachęcać do ryzyka, raczej wbijał im do głów, że pokorne ciele dwie matki ssie.

Mieliśmy, pomijając zbierające się nad kolarstwem chmury, udany sezon. Poczuliśmy powiew optymizmu – niektórych tak zawiało, że wpadali w euforię, na ogół przedwczesną. Doceniając to, co dobre – pamiętajmy jednak o mądrej maksymie: lepsze jest wrogiem dobrego.

Krzysztof Suchomski

pierwsza część
druga część