Road to Roubaix

 

Grupa pasjonatów sztuki filmowej (jakich w Stanach Zjednoczonych są miliony) postanowiła założyć własną, niezależną wytwórnię. I tak powstała firma Masterlink Films. Ambicją młodych filmowców było odkrycie dla Amerykanów czegoś nowego i oryginalnego. Ameryka połknęła już bakcyl kolarstwa – miała właśnie za sobą wielką sagę Lance’a Armstronga, który akurat skończył karierę i przymierzał się do rozpoczęcia życia celebryty. Był rok 2007. Amerykanie wiedzieli sporo (jak na nich) o Tour de France, ale niewielu słyszało o Paris – Roubaix.

Ten wyścig znakomicie nadawał się na nowy temat. Miał chwytliwą i sugestywną nazwę Piekła Północy. Był unikalny i pod wieloma względami „naj”. To ostatnie jest dla Amerykanów szczególnie ważne. Jeśli coś nie jest „naj”, niegodne jest uwagi Ameryki. Współzałożyciele, David Deal i  Dave Cooper, postanowili więc nakręcić film o jedynym w swoim rodzaju wyścigu kolarskim.

Brzmi fatalnie, prawda? Pewnie myślicie: strach coś takiego oglądać. Nam ten strach został oszczędzony. Po prostu film wpadł nam w oczy i uszy znienacka. Zobaczyliśmy tytuł i pomyśleliśmy: sprawdźmy, co to takiego. O szczegóły dowiadywaliśmy się już po jego obejrzeniu.

Twórcy na szczęście wolni byli od amerykańskiego poczucia własnej nieomylności. Świadomi swej niewiedzy, postanowili zdać się na fachowców. Narrację powierzyli ludziom, którzy na kolarstwie się znają i potrafią o nim mówić.

Dobrym pomysłem było zaangażowanie tak barwnej postaci jak Johny Green – redaktor piszący m.in. dla Rouleur, autor książki o Tour de France Push Yourself Just a Little Bit More, a w przeszłości menedżer organizujący trasy koncertowe grupy Clash. Dla mniej zorientowanych w historii rocka – w latach 80-tych grupa miała pozycję podobną do Renault Elf w kolarstwie.

Green i jego plastyczny język nadawał się świetnie do wprowadzenia amerykańskich nuworyszy w świat tradycji europejskiego kolarstwa. Mamy więc film, będący miksem historii i współczesności, bowiem główny nurt filmowej narracji, podobnie jak u Letha prowadzi nas przez jedną, konkretną edycję wyścigu, w tym wypadku z roku 2007. Widzimy przygotowania trasy i startujących ekip, treningi, zaplecze, potem przebieg wyścigu i jego zakończenie.

1231172814397-1n5g82a61vxiz-700-80Twórcy Road to Roubaix starannie odrobili lekcje. Uważnie obejrzeli oba dzieła duńskiego reżysera, wyciągnęli całkiem sensowne wnioski. Nawiązania do scen z Sunday in Hell są oczywiste, wyłapujemy je natychmiast. Ale co ważne, nie rażą, ani nie denerwują – przeciwnie, odbieramy je jako hołd złożony mistrzowi.

Oba filmy dzieli 30 lat. W historii kina i przemysłu filmowego to nie jedna, a dwie epoki. Dziś kręci się inaczej. Na szczęście produkt Deala i Coopera oszczędza nam tych wszystkich nowoczesności w rodzaju rozedrganych kamer, migających świateł, montażu zmieniającego plany jak w wariackim puzzle. Obraz filmowany jest w tradycyjny sposób, lecz pozbawiony dłużyzn, co z dzisiejszego punktu widzenia jest zaletą. Film jest świetnie zmontowany – całą tę długą historię opowiada nam w godzinę i 10 minut.

Amerykanie nie mogli skopiować dzieła Letha. I nie musieli. Mieli własny pomysł na ten film i on okazał się strzałem w dziesiątkę. Leth przemawia do nas obrazem. To, co widzimy, jest dla odbiorcy najważniejsze. Narracja to uzupełnia i prowadzi widza przez nie zawsze znane terytoria, ale ani na chwilę nie mamy wątpliwości, iż to obraz stanowi o wartości dzieła.

W amerykańskim filmie głos mają ludzie. To oni są najważniejsi i ich wypowiedzi stanowią o wartości filmu. Obraz ilustruje to, czego dowiadujemy się od nich. Bo kto może nas lepiej nauczyć, czym jest wyścig Paryż – Roubaix niż Kelly, Madiot, Van Petegem, Cancellara, Boonen, Hincapie, Flecha i sam Jean-Marie Leblanc? A także wielu, wielu innych, łącznie z mechanikami, fotografami, czy tamtejszymi, wyjątkowymi kibicami.

Atutem filmu jest i muzyka Paula O’Briena (o niebo lepsza od chórów z Niedzieli w piekle)  i znów sekwencje z łaźni, jedynej takiej i niezmienionej od czasów Merckxa – doszły jedynie mosiężne tabliczki z nazwiskami zwycięzców.

Nawet do polskiego tłumaczenia nie moglibyśmy się specjalnie przyczepić – tak przynajmniej zdawało nam się do pewnego momentu. Za ten jeden „numer” postawilibyśmy tłumacza (bo cóż biedny lektor winien) przed plutonem egzekucyjnym. Jaki to moment nie zdradzimy – odszukanie go będzie premią dla cierpliwych, którzy zechcą obejrzeć całość, bawiąc się w detektywa. Kto znajdzie, może pochwalić się w komentarzach.

Zabawa zabawą, ale do obejrzenia filmu w całości w zasadzie nie trzeba dodatkowych motywacji. Po prostu zacznijcie. Po dziesięciu minutach zapomnicie o bożym świecie. Więc przed seansem sprawdźcie na wszelki wypadek, czy nie zostawiliście w kuchni czegoś na gazie.

Najlepszy, jaki nam został w pamięci, cytat o Roubaix: to właściwie inna dyscyplina sportu.

Wspaniałe motto na niedzielę.

Krzysztof Suchomski