Niedziela w piekle

 

Im większe piekło na brukach dzielących Compiegne od Roubaix, tym większe niebo dla telewidzów. Lubimy, zająwszy wygodne pozycje, zaopatrzeni w przekąski i popitkę, popatrzyć sobie jak inni się męczą i narażają zdrowie. Patrząc wstecz – to chyba jedno z ulubionych zajęć człowieka, począwszy jeszcze od starożytnych aren, na których dziurawiono się, ku uciesze gawiedzi, na wszystkie możliwe sposoby. Coś z tego w nas pozostało, a rolę gladiatorów życie przydzieliło sportowcom.

Kiedy się ogląda na zbliżeniu stan „kocich łbów”, po których przychodzi ścigać się amatorom kolarskich mocnych wrażeń, nasuwa się pytanie, czy przypadkiem start w tej imprezie nie jest dowodem na daleko posunięte skłonności masochistyczne ubranych w obcisłe gatki i koszulki facetów. To przecież musi boleć.

Te bruki są jedyne w swoim rodzaju. W porównaniu z nimi flandryjskie wydają się bardziej cywilizowane, staranniej ułożone, jakby oddawały ten porządny, zdyscyplinowany  charakter Flamandów. Te francuskie, mimo że ta cześć Francji, to historycznie również Flandria, mają jednak w sobie coś z francuskiego ducha przekory, wyłazi z nich ten wichrzycielski charakter wiecznych rewolucjonistów i malkontentów.

Dlatego trochę nami zatrzęsło, gdy usłyszeliśmy tytuł filmu w polskim tłumaczeniu urzędników stacji Planete. Piekielna niedziela jest wtedy, gdy zwala się Wam na obiad teściowa. Film nie jest o niedzieli. To film o podróży do Piekła Północy. O zejściu na samo dno piekieł i spojrzeniu diabłu prosto w oczy.

Sunday in Hell z 1977 roku to najsłynniejsze dzieło mistrza kolarskich dokumentów, Jørgena Letha. Z rozpędu chcieliśmy je najpierw przypomnieć Wam po prezentacji Stars and Watercarriers, ale był maj i temat „brukowy” wydawał się herbatą po obiedzie. Świat żył już Grand Tourami.

Cierpliwość oczekujących dziś zostanie wynagrodzona, bowiem wtedy dysponowaliśmy wersją brytyjską, a teraz mamy francuską, za to z polskim lektorem. Nie trzeba będzie gimnastykować słuchu, by wyłapywać niuanse komentarza, bądź (w przypadku nie znających języka) zdawać się na intuicyjne rozumienie obrazu. Polskie tłumaczenie ma też swoje minusy, a to z powodów, o których pisaliśmy przy innej okazji – polscy tłumacze pod względem znajomości kolarskich realiów mają dwie lewe nogi, a edytorom książki czy filmu do głowy nie przyjdzie, by dodatkowo zatrudnić (za niewielkie przecież pieniądze) rozgarniętego konsultanta. Stąd kilka padających z ekranu kwestii wywoła skrzywienie warg osób zorientowanych w temacie.

Wydaje się jednak (i jest to wrażenie, które odnosiliśmy podczas seansu kilkakrotnie), że film jest adresowany do widza, nomen omen, niedzielnego. Kogoś bardziej „oblatanego” może drażnić na przykład skupienie się na zupełnie nieistotnej ucieczce w pierwszej fazie, a pominięcie ikony wyścigu, czyli Lasku Arenberg. Ale dla twórcy filmu bruk, to po prostu bruk. Wiadomo, że jest groźny, zły, szczerzy kły i jest go dużo. Piekielnie dużo. Natomiast dla nas pavés to konkretne, ponumerowane odcinki, z których każdy ma swą nazwę i swoje znaczenie. I nie jest wszystko jedno, czy mówimy o brukach Hornaing czy Carrefour de l’Arbre.

Niektóre ujęcia sprawiały wrażenie przeciąganych dla zyskania czasu, by śpiewacy mogli dokończyć którąś ze zwrotek monumentalnego hymnu o wyjątkowo nieskomplikowanym tekście.

To jednak wybrzydzanie smakosza, a film, jak zauważyliśmy, kierowany jest przede wszystkim do konsumenta telewizyjnych fast-foodów. Co nie znaczy, że traci dla nas urok, czy brak w nim smakowitych kąsków. Nic z tych rzeczy, to przecież nadal Jørgen Leth – mistrz ujęć, malarz nastrojów, tropiciel interesujących szczegółów.

Znakomite są kadry pokazujące atmosferę przed startem, przygotowania wielkich faworytów. Merckx majstrujący co chwilę przy swoich rowerach wywołuje nasz szeroki uśmiech – jak świetnie znamy to z opisów w jego biografiach. Sceny kręcone w pubach, zarówno te z udziałem kolarzy, jak i te w trakcie wyścigu, w Valenciennes, to bez wątpienia mocny punkt filmu. Ale absolutne arcymistrzostwo to ujęcia z łaźni po zakończeniu wyścigu. Zresztą bardzo często spotkać je można w różnych wycinkach, kompilacjach sporządzanych przez fanów i prezentowanych w YouTube. Przeszły do legendy nie tylko jako  teaser filmu duńskiego reżysera, ale nieomal znak firmowy samego wyścigu.

Dla niedzielnego widza obraz i tak jest szokiem. A znawcy tematu wiedzą, że pokazane tu piekło, to jeszcze nie szczyt piekielnych możliwości. Trafiła się, prawdę mówiąc, Lethowi wersja soft wyścigu. Bywały edycje dużo bardziej drastyczne, toczone w kałużach wody i błota, bądź przy padającym śniegu, bardziej naznaczone dramatami startujących w nich gladiatorów. O niektórych napiszemy jeszcze w tym tygodniu.

Teraz zaś cieszmy się Niedzielą w piekle, bo przy wszystkich zastrzeżeniach, to nadal jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek nakręcono o tym sporcie.

To jeden z dwóch filmów, które przy okazji tegorocznego kolarskiego święta uzupełnią naszą filmotekę. O drugim przeczytacie już jutro.

Krzysztof Suchomski