2012 Resumé: Trzęsienie szosy – część II.

Travis Tygart miał szansę zostać bohaterem mijającego sezonu. I byłby nim, gdyby rozpoczętą kampanię przeciw nielegalnemu dopingowi w kolarstwie doprowadził do końca, zamiast zadowalać się spektakularnym rozprawieniem z największym kolarskim celebrytą. Gdzie jak gdzie, ale my w Polsce wiemy, że „prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, a po tym jak kończy”.

Mając „podane na tacy” zeznania umożliwiające śledztwo przeciw UCI oraz innym zorganizowanym grupom doperów, wycofał się rakiem z kontynuowania dzieła. A kiedy jeszcze w akompaniamencie słyszę wypowiedź szefa WADA, że może by nie przesadzać z tą polityką „zero tolerancji”, to utwierdzam się w przekonaniu, że otaczająca rzeczywistość wykrzywia się do mnie gombrowiczowską gębą.

brailsfordMiało już nie być o dopingu, ale żaba jednak odbija się czkawką. Popijmy zatem (czym kto ma) i weźmy się na dobre do poszukiwania kolarskiej osobistości sezonu 2012. Wiggins jest „samonarzucającą się” kandydaturą ze względów czysto sportowych, choć jego wypowiedzi i zachowanie sprawiają też, że bardzo pozytywnie postrzegam go jako osobowość. Okazał się sympatycznym gościem, który nie ma w sobie nic z gwiazdorskiej buty Armstronga, chętnie pomaga kolegom z drużyny, a po robocie lubi pograć na wiośle. Jednak rezerwuję dla niego inny tytuł. W ten sposób pozostał na placu boju kolarski „The Special One”. Ladies and gentlemen, the winner is… (werrrrrrble)… Dave Brailsford.

Twórca potęgi brytyjskiego kolarstwa torowego i szosowego, wychowawca dwóch pokoleń mistrzów olimpijskich i świata, Ojciec Założyciel i „mózg” Sky Procycling Team zasługuje na uhonorowanie z rąk znacznie godniejszych niż moje, co wydaje się tylko kwestią czasu (pośpiech od pokoleń jest raczej cechą recesywną w rodzinie Windsorów). Trzeba mieć charakter, ale i niekwestionowany autorytet, by idolowi takiemu jak Cavendish powiedzieć: Sorry, Mark. Mamy inne priorytety. Jeśli tego nie akceptujesz, możesz odejść. Niech ta scenka na razie wystarczy w charakterze „laudacji” – ze swej strony tej nietuzinkowej postaci poświęcę w niedalekiej przyszłości oddzielny tekst.

Bradley Wiggins, który wygrał w tym sezonie wszystko, co sobie zaplanował, zasłużył w pełni na tytuł kolarza roku, a jego największym rywalem w moim rankingu okazała się „bogini szos” Marianne Vos. Sukces „chłopaka z Kilburn” jest tym bardziej wartościowy, że natura nie obdarzyła go tak sprzyjającymi warunkami do wygrywania Wielkich Tourów jak innych protagonistów. Przyszedł na szosę z toru i by dorównać najlepszym musiał najpierw odrobić wieloletnie zaległości. Do dziś nie jest z pewnością najlepszym „góralem” w peletonie, wspinaczka nie przychodzi mu tak łatwo jak filigranowym rywalom. Tym bardziej doceniam tegoroczne osiągnięcia Anglika. Z kolei holenderska mistrzyni dokonała rzeczy niebywałej, kompletując (oprócz szeregu innych zacnych wiktorii) złote medale w indywidualnych wyścigach Igrzysk Olimpijskich i Mistrzostw Świata. Styl, w jakim to uczyniła, przywodził na myśl wyczyny największych dosiadających roweru „macho”. Świętej pamięci Janek Himmilsbach nazwałby Mariankę „babą z jajami” i proszę się, drogie panie, nie obrażać – w jego ustach byłby to przeogromny komplement. Nominację otrzymał też Joaquin Rodriguez w dowód uznania za upór i dzielną postawę w swoim najlepszym, jak dotąd, sezonie. Plasuję go dopiero na trzecim miejscu, ponieważ, mimo wielkiej sympatii dla Katalończyka (datującej się od pamiętnej Clasica San Sebastian 2005) nie sposób przecież nie dostrzec, że w dwóch najważniejszych startach, minimalnie, ale jednak przegrał.

 

CORVOS_00019656-084

 

Za podium Tom Boonen (mimo brukowego dubletu, w tym zwycięstwa w Roubaix po najefektowniejszej solowej akcji roku), Peter Sagan (bodaj najbardziej widowiskowy jeździec sezonu), nawróceni (miejmy nadzieję) grzesznicy Alejandro Valverde i Alberto Contador oraz autor największej tegorocznej niespodzianki, triumfator Giro Ryder Hesjedal.

W rywalizacji zespołów Sky Procycling Team w zasadzie był bezkonkurencyjny. Z „kronikarskiego obowiązku” zapodam, że nominowałem ponadto ekipy: Garmin – Sharp (za Giro) i OmegaPharma – Quick Step (za wiosnę i jesienny transfer roku).

Na drugim biegunie plasują się anty-bohaterowie sezonu. Medialną La bestia negra jest oczywiście Lance Armstrong, choć w tym roku nie robi prawie nic, poza znoszeniem z cierpliwością Hioba spadających zewsząd ciosów. Z kolei tylko śmieszyć mogą żałosne próby „lansu” innych negatywnych bohaterów „strzykawkowej opery”. Dla odmiany moje nominacje przyznałem braciom Schleck (fatalna forma, kłótnie z zespołem i szereg niefortunnych, a nawet komicznych wypowiedzi w mediach) i ekipie Rabobank (złe wybory personalne, kiepskie występy, fiasko wewnętrznego programu anty-dopingowego). Niekwestionowanym zwycięzcą w tej kategorii zostaje jednak Union Cycliste Internacionale. Ujawnione w zeznaniach świadków łapownictwo przeważyło szalę, ale „zaradni” działacze podpadli mi wcześniej brakiem poszanowania dla ponad stuletniej kolarskiej tradycji, na której zbudowano przecież całą kulturę uprawiania tego sportu, a także i kulturę kibicowania. Tradycji nie kupi się za petrodolary, co widać dobitnie w transmisjach z Kataru czy Chin. Zmuszanie grup pierwszej dywizji do uczestniczenia w objazdowym cyrku jest tak samo sensowne jak nabieranie zupy widelcem.

 

CORVOS_00019848-043

 

Najciekawszą i najbardziej emocjonującą imprezą 2012 roku była Vuelta a España. Znakomicie skonfigurowana trasa i doborowa czołówka do końca walczących o zwycięstwo zawodników zapewniły nam pyszną zabawę. Szarża Contadora na etapie do Fuente Dé zapadła najbardziej w pamięć kibiców, ale przedtem mieliśmy przecież fantastyczną walkę liderów na końcówkach wielu etapów, zacząwszy od Arrate, poprzez Andorrę, Mirador de Ézaro i asturyjski tryptyk, a na końcu czekało nas jeszcze Bola del Mundo. To był jeden z tych wyścigów, które będzie się wspominać latami.

Interesująco, choć już nie tak, było także na Vuelta a Pais Vasco, Tour de Pologne i (mimo pewnej porcji narzekań, jakich nie szczędziliśmy wyścigowi w trakcie trwania) Giro d’Italia. Natomiast zawody jednodniowe nie przyniosły aż tak ekscytującego hitu. Z akcji Tornado Toma (bo raczej nie z emocji) zapamiętamy Paris – Roubaix, a z „dziania się” staruszkę Liege – Bastogne – Liege i dzierlatkę Clásica San Sebastián (znaną też pod panieńskim Donostia Klasikoa).

Z przyjemnością konstatuję, że w połowie z wyżej wyróżnionych imprez istotny udział mieli nasi rodacy. Ocenę poczynań polskich kolarzy pozostawiam sobie jednak na deser (czytaj: na III część).

Na zakończenie dzisiejszego odcinka chciałbym uhonorować najlepszych kibiców Anno Domini 2012. Na miano to zasłużyli widzowie brytyjscy. Liczba osób oblegających trasy wyścigów olimpijskich przeszła wszelkie oczekiwania, a pozytywny entuzjazm, z jakim przyjmowano (nie tylko miejscowych) cyklistów przypominał najlepsze lata kolarstwa. To oczywiste, że moda na kibicowanie kolarzom ma związek z sukcesami Wyspiarzy, ale od tego się przecież zaczyna. Nie byłoby milionów francuskich kibiców na trasie Tour de France bez stuletniej legendy przewag i heroicznych wyczynów dzielnych kolarzy francuskich.

 

CORVOS_00019651-070

 

Tłumy entuzjastów kolarstwa na trasie Igrzysk i etapach Tour of Britain zestawione z garstką zblazowanych szejków oglądających wyścig przez okna luksusowych limuzyn lub grupkami wystraszonych robotników stojących karnie pod czujnym policyjnym okiem przypomniały mi niezrównane strofy Kornela Makuszyńskiego:
Więc pożegnał nas serdecznie
I znów poszedł, biedaczysko,
Po szerokim szukać świecie
Tego, co jest bardzo blisko.

Niniejsze dedykuję pod rozwagę włodarzom światowego kolarstwa.

Krzysztof Suchomski

pierwsza część

czytaj dalej