Nie zawsze może być kawior

 

Mamy nadzieję że Johannes Mario Simmel wybaczy nam tę bezczelną kradzież tytułu i jego duch nie będzie nas straszył  po nocach. Żaden inny nie oddawał jednak tak celnie odczuć, których doświadczyliśmy niedzielnego popołudnia. A wśród całej ich palety dominującym było i jest nadal uczucie, nie ukrywajmy, zawodu. Być może, sprowadzeni trochę na ziemię, przyznamy, że to się musiało tak (to znaczy: zawodem) skończyć.

Rzecz w tym, że nadzieje wobec zakończonego właśnie Ronde van Vlaanderen były wyjątkowo mocno rozbudzone. Przyczyniła się do tego zarówno niezwykle wysoko postawiona przed rokiem poprzeczka, jak i nadzwyczaj udane przystawki,  poprzedzające podanie głównego dania.  Emocjonujące wyścigi Omloop Het Nieuwsblad, E3 Harelbeke oraz fantastyczny spektakl na Gent – Wevelgem musiały rozpalić każdą wyobraźnię.

W tej atmosferze oczekiwania na coś absolutnie wyjątkowego zapomnieliśmy, że historia Flandryjskiej Piękności nie składa się wyłącznie z cudów świata. Trafiały się i jej  edycje bardziej pospolite, które odeszłyby w zapomnienie, gdyby nie zapisy w kronikach i statystykach.

Mądry Polak po szkodzie i teraz patrząc wstecz łatwiej dostrzegamy przesłanki zwiastujące nadejście „frontu niżowego”. Nie przypadkowo używamy tej przenośni, bo pogoda była właśnie jednym z istotnych czynników, dodających dotąd wiosennym kolarskim wydarzeniom pikanterii. Nie tylko wyścigom jednodniowym. Warunki atmosferyczne były istotnym elementem dramaturgii na Paryż – Nicea, pogoda próbowała też wtrącić swoje trzy grosze na innych marcowych tygodniówkach.

Tymczasem prognozy meteo alarmująco ostrzegały: nic z tych rzeczy, nie będziemy się wtrącać i z dramaturgią radźcie sobie sami. I tak faktycznie było – aura nie podniosła zawodnikom poprzeczki wymagań, nie wzięła na siebie ciężaru selekcji i natychmiast odbiło się to na temperaturze emocji. Pod tym względem wyścig był co najwyżej letni.

Zabrakło w nim w tym roku wyrazistych indywidualności, przywódców peletonu. Nawet te, które były na liście startowej, nie zdołały wciąć ciężaru przedstawienia na swoje barki. Brak dwóch ikon, Boonena i Cancellary, dał się odczuć. Nawet nie chodzi o to, czy któryś z nich mógłby nawiązać walkę z Kristoffem – naszym zdaniem, w tegorocznej formie nie mieliby szans większych niż inni.

Odjazd Kristoffa przed ostatnim Kwaremontem, na ponad 20 km przed metą, znokautował konkurentów. Według wszelkich prawideł, ktoś dysponujący taką siłą na finiszach, powinien pilnować miejsca na kole przeciwników lub pozwolić własnej obstawie bezpiecznie dowieźć się w czołówce do ostatniej prostej. Tym odjazdem Norweg pokazał rywalom środkowy palec.

akcja RVVKristoff poczuł w sobie taką moc, ze złamał reguły i to podcięło skrzydła innym pretendentom. Terpstra, który nie potrafił odczepić go na Paterbergu (ba, sam ledwo za nim nadążył) stracił wolę walki. Norweski atleta był wczoraj za silny, więc Niki, który kiepsko sobie radzi w walce na finiszach (to dlatego tak polubił solowe wycieczki), pozwolił dowieźć się do mety, bo lepsze pewne drugie miejsce niż szarpanie się z tryskającym energią Van Avermaetem. Ten ostatni na miejscu Holendra stawiłby liderowi Katiuszy większy opór, ale nie miejmy złudzeń, co do wyników takiego pojedynku.

Skoro tak, to w jaki sposób obecność Cancellary lub Boonena zmieniłaby wyścig?

Choćby przez to, że to oni, a nie ekipa Sky, stanowiliby dla innych punkt odniesienia. Brak głównych protagonistów spowodował dziurę, którą natura, nie znosząca próżni, musiała jakoś zasypać. Pomogły uczynne media, które w mig wykreowały kolarzy Sky Teamu na dominatorów sezonu klasyków. Drużynę, której kwalifikacje w obszarze rozgrywania wyścigów jednodniowych były jeszcze rok temu przedmiotem kpiących uwag, awansowano na głównych rozgrywających. Przedwcześnie, jak się okazało, bo różnica między E3 czy Omloop a monumentem nie polega tylko na dodaniu kilkudziesięciu kilometrów i paru podjazdów.

Większa część wyścigu wyglądała wręcz karykaturalnie. Jakby dyrektorzy sportowi powiedzieli swoim kolarzom: Sky to wasz główny przeciwnik i punkt odniesienia, patrzcie co robią i jeźdźcie zawsze o krok za nimi. Czarno-niebieskie koszulki ustawiły się z przodu i nikt nie protestował. Gdy zwalniali, peleton posłusznie zwalniał, nikt się nie wychylał i tak przedreptaliśmy dobre 200 km. Zamiast powiewów wiatru mieliśmy powiewy nudy. Kamerzyści znaleźli sobie zabawę i kręcili film pod tytułem Przygody Wiggo w peletonie, bo nic innego godnego uwagi się nie działo, a do rangi wydarzeń awansowały nawet techniczne potknięcia organizatorów.

CB1RERSXIAAbXUSObecność wielkich nieobecnych spowodowałaby, że przynajmniej ich ekipy nie dałyby zgody na takie marnowanie potencjału. Bo przecież grzechem jest mieć taki potencjał, jaki zgromadziły tu ekipy Etixx, BMC czy belgijskie Lotto, a jechać jak stado owiec do rzeźni.

To parodia, by w takim wyścigu postacią przyciągającą uwagę aktywnością był, przy całym szacunku, ktoś taki jak Andre Greipel. Nota bene, doszukiwanie się w jego wycieczkach do przodu, głębszego planu ekipy Lotto czy wyrafinowanej taktyki jest mnożeniem bytów ponad potrzebę. Niemiec w przeszłości już ćwiczył takie zachowania, które są typową taktyką obronną „piłeczki na gumce” – czyli ja wam odjeżdżam przed górką/ścianką/kawałkiem bruku, a wy mnie tam doganiacie. Gdyby silne ekipy podyktowały uczciwe tempo, Greipel skończyłby swoje tańce 50 km wcześniej.

Pogoda i piknikowy charakter rywalizacji na pierwszych 200 km spowodowały mniejszą niż zwykle liczbę kolizji i upadków. Nawet Koppenberg nie zebrał w tym roku swego zwykłego żniwa. Statystyki starali się „podciągnąć” kierowcy samochodów neutralnych, stanowczo jesteśmy jednak przeciwni wprowadzaniu do gry tego typu elementów selekcji.

Mniej też rzucały się w oczy problemy ze sprzętem. Może dlatego, że mechanikom Etixx udało się w końcu jakoś „dogadać” z elektronicznymi shifterami  Shimano. „Zawiódł” więc i ten czynnik na marcowych zawodach podnoszący ciśnienie.

Mamy też podejrzenie, że na taki przebieg Vlaanderens Mooiste wpłynęły nieco naruszone intensywną marcową strzelaniną zapasy magazynków niektórych aktorów widowiska. Tak się bowiem składa, że w decydujących chwilach zabrakło świeżości właśnie głównym bohaterom wielkiego boju o przetrwanie na Gent – Wevelgem. Zdecydowanie świeżsi w końcówce byli ci, którzy tam jechali w peletonie, wycofali się lub w ogóle nie stanęli na starcie (Kristoff, Van Avermaet, Sagan, Stybar, Benoot, Boom) niż ósemka, która stoczyła heroiczny pojedynek z wiatrem (Paolini, Terpstra, Thomas, Vanmarcke, Vanderbergh, Debusschere, Roelandts, Oss).  Spektakularny desant nastąpił o jeden wyścig za wcześnie.

Czekamy teraz na Paris – Roubaix, który nagle zaczyna nam się jawić w innym świetle. Miał być, jak zapowiadano, wyścigiem „otwartym” – cokolwiek by to znaczyło. Wczorajszy Alexander Kristoff Show, sprawia jednak, że oczekujemy raczej meczu Kristoff contra Reszta Świata.

kristoff flandria 2015Zobaczymy, czy Norweg poradzi sobie z wyzwaniem, jakie niesie odpowiedzialność głównego faworyta. Nie każdy umie z marszu znaleźć się w takiej roli. Widzieliśmy to choćby po nerwowym zachowaniu Gerainta Thomasa. Nie przywykł do tego, że kilku czy kilkunastu innych kolarzy wisi mu stale na tylnym kole i odmawia dania jakiejkolwiek zmiany. Konkurencja jest w takich przypadkach bezlitosna: jesteś faworytem, to goń, masz więcej do stracenia niż my. Pamiętamy, jak w swoim czasie doprowadzało to do szału Cancellarę – na Piekle Północy wolał oddać wygraną niż holować „pasożytów”. Spartakus musiał nauczyć się, jak sobie z tym radzić, ale miał na to sporo czasu. Kristoff tego czasu nie ma. Za parę dni niepowtarzalna, być może, szansa przejścia do historii. Wielu wygrało monument, ale na palcach liczymy tych, którzy mają na koncie dublet. TEN dublet.

Krzysztof Suchomski