2012 Resumé: Trzęsienie szosy – część I.

 

O roku ów! – mógłbym zacząć, posiłkując się frazą Wieszcza Adama, albowiem rok 2012 z pewnością zapisze się trwale na kartach kolarskiej historii. Mistrz Alfred Hitchcock zapytany niegdyś o receptę na idealny thriller powiedział: Należy zacząć od trzęsienia ziemi, a później stopniowo zwiększać napięcie. Scenariusz tegorocznych wydarzeń pisał zapewne któryś z jego uzdolnionych uczniów.

Pod wieloma względami kończący się sezon zasługuje na miano przełomowego. Nie przypominam sobie takiego roku (a przyglądam się kolarstwu prawie pół wieku), w którym tylekroć użyłbym wobec obserwowanych faktów lub zjawisk sformułowania „po raz pierwszy”. Sezon rozgrywający się do sierpnia w rytm pompatycznej melodii Rule Britannia, zakończyły jednak sceny, które niczym wybuch wulkanu lub upadek meteora zaćmiły horyzont i przesłoniły wcześniejsze kolarskie wyczyny.

 

CORVOS_00019624-002

 

Czy po latach kibice będą pamiętać „rok ów” jako ten, w którym Brytyjczycy „zdobyli” Tour de France, czy jako ten, w którym „wreszcie dopadli Armstronga”? Cóż, są kibice i… kibice. Jak w życiu – jednych podniecają ogórki, drugich gospodarza córki.

Mimo niecodziennych wydarzeń o charakterze sportowym, wspaniałych imprez z Igrzyskami Olimpijskimi na czele, medialnym eventem roku stała się tak zwana „afera Armstronga”. I na jej temat wciąż zabierają głos ci, którzy się na tym znają (będący w zdecydowanej mniejszości) oraz tacy, co pojęcie o sprawie mają mgliste, ale chcą się przy takiej okazji „pokazać w mediach” lub dowartościować waląc na oślep, gdzie popadnie. Sprawa nagłośniona w taki sposób, jak to zrobiono, nie przysłuży się kolarstwu, niezależnie od intencji poszczególnych, biorących udział w przedstawieniu aktorów. Wielu ludziom, przygodnie interesującym się sportem, już zawsze kolarstwo kojarzyć będzie się z czymś brudnym, niewartym zainteresowania. I nie uwierzą, że to najcięższy ze sportów i wspaniała szkoła charakterów kształtowanych w walce z przeciwnościami natury i ograniczeniami własnego organizmu.

Nie przypadkiem wspominam tu o intencjach. Są one bardzo różne, tak jak różne są interesy osób mniej czy bardziej zamieszanych w sprawę. Bo o altruizm czy działanie w imię „wyższej idei” nie posądzam nikogo, ani z oskarżanych, ani ze świadków, ani z oskarżycieli.

Czas pokaże, czy mieliśmy do czynienia z zaplanowaną akcją mającą służyć walce z dopingiem, czy też mającą na celu eliminację Armstronga. Bardzo bym chciał, by okazało się to pierwsze. Chciałbym przekonać się, że właśnie rozpoczęła się bolesna lecz konieczna operacja usuwania drążącego kolarstwo raka dopingu. Że pacjent (jeśli przeżyje) wyjdzie z tej operacji osłabiony, ale zdrowy. Chciałbym… choć coraz mniej na to wskazuje.

Szołmeński sposób rozegrania przez USADA (a w ślad za nimi przez UCI) sprawy US Postal żywo przypomina mi oglądane za młodu procesy z lat stalinowskich, tak zwane „pokazówki”. Mimo ewidentnej winy Teksańczyka raczej nazwałbym to aktem zemsty niż aktem sprawiedliwości, bardziej zresztą przypominającym egzekucję niż proces. I choć (co wiadomo było wcześniej, a nie tylko z wyjątkowo jednostronnie dobranych zeznań) Armstrong to facet o trudnym, a momentami nawet wrednym, charakterze, to z pewnością, to czego dokonał i czego się dopuścił zasługuje w przyszłości na daleko bardziej obiektywną, wolną od emocji ocenę.

 

CORVOS_00020074-032

 

Sprawiedliwość, w moim przekonaniu, wymaga równego traktowania przewiny, niezależnie od osoby oskarżonego. Wymaga też wytropienia i osądzenia wszystkich winnych. Niestety, doniesienia medialne coraz mniej pozwalają wierzyć, by na to się zanosiło. Kolarski światek z powrotem, jak polskie więzienia, zapełnia się niewinnymi, a do tego jeszcze ślepymi i głuchymi, jak świeżo narodzone krety. Rozpaczliwy w swej treści apel Grega LeMonda wskazuje, że grabarze właśnie przyklepujący łopatami świeżo usypany nagrobek Armstronga zakopali razem z nim sprawę walki z farmaceutyczną mafią. Kombinatorzy w marynarkach z lepszych sklepów przycupnęli pod krzakami i czekają aż ulewa przejdzie, by potem wstać, otrzepać się i wrócić, jakby nic się nie stało, do poprzednich zajęć.

Świadomość, że w przyszłych sezonach nadal będę oglądał mikrofony podtykane pod bezczelne, zadowolone z siebie gęby strzykawkowych magików i łapowników, tych wszystkich Riisów, Andersonów, Winokurowów, McQuaidów, Saviów, Amadiów i im podobnych, wywołuje we mnie przemożne pragnienie „ewakuacji treści żołądkowych”. Nie od dziś bowiem twierdzę, że najmniej w tym procederze winni byli kolarze, którym częstokroć „drogę strzykawki”, jako jedynie słuszną, już w wieku juniorskim pokazali ich mentorzy: menedżerowie, trenerzy, lekarze. Niestety, poza na palcach policzalnymi wyjątkami, karani są kolarze, a prowodyrzy nadal mają się świetnie i wykorzystują kolejne ofiary.

Podobne odruchy układu pokarmowego wywołują we mnie informacje, że hieny, takie jak Tyler Hamilton, zarobią kolejne miliony na scenariuszu filmu o Armstrongu (jednak Matt Damon, a ja obstawiałem Craiga). Kiedyś mówiło się: This is America. Teraz już nawet nie warto, bo u nas to samo. Po prostu cały świat spsiał nam, a nawet się skundlił (dzieciaki, będące tak łatwymi ofiarami korporacyjnych „inżynierów dusz”, nazywają to globalizacją). I tylko patrzeć, jak nam z CNN-u obwieszczą, że skruszony doper Tyler H. wystąpi w kolejnej edycji Tańca z gwiazdami czy podobnego popcornowego badziewia.

By nie kończyć pierwszej części tekstu w tak pesymistycznym nastroju, spieszę z zapewnieniem, że znajdą się w nim również bardziej sympatyczne rozważania. Jeszcze w połowie września wyobrażałem sobie roczne podsumowanie zgoła inaczej, koncentrowałem się bardziej na sprawach stricte kolarskich niż okołokolarskich. Z mediami człowiek nie wygra, postanowiłem więc przełknąć tę żabę, jako przystawkę, na początku, by potem zabić jej smak lżej strawnymi propozycjami. Możemy zatem przejść do zupy.

Pod względem sportowym sezon zdominowali kolarze Sky Teamu. Ich przewaga przewyższała nawet tę z czasów US Postal czy Discovery – ekipy Armstronga koncentrowały się na Tour de France, nie zgarniając z pola wszystkiego niczym superwydajny kombajn. U podstaw dominacji brytyjskiego zespołu legła całkowita zmiana sposobu przygotowań do sezonu.

I to jest wspomniane przez Hitchcocka trzęsienie rozpoczynające thriller, choć nietypowe, bo nastąpiło bez większego rozgłosu (do pewnego czasu dało się utrzymać rzecz w tajemnicy przed światem). Mało było huku, ale skutki godne uczciwego kataklizmu. Zdruzgotani rywale Sky pozbierali się dopiero po Tour de France, dając pierwszy poważny odpór Brytyjczykom na indywidualnym wyścigu szosowym Igrzysk Olimpijskich.

Zmiana na tyle rewolucyjna, że jej oddziaływanie wykracza daleko poza horyzont jednego sezonu, polegała na całkowitym przewartościowaniu pojęć do tej pory funkcjonujących w kolarstwie na zasadzie dogmatów, takich jak: przerwa międzysezonowa, trening, obozy przygotowawcze, metoda startowa, szczyty formy.

Główny cel był jasny: wygrać Tour de France. By to osiągnąć, sztab trenerski Sky zmiótł te wszystkie klocki ze stołu i opracował od nowa roczny cykl przygotowań i startów. Nie będę opisywał Wielkiego Planu Podboju Francji, robiłem to na naszych łamach wcześniej (czytaj tutaj), bo jakby on nie wyglądał, teraz bardziej interesują nas wypływające z tej lekcji wnioski. Jego skuteczność zmusi rywali Sky do rewizji dotychczas stosowanych planów treningowych, tak w zakresie czasu, jak i intensywności. Innymi słowy, koniec z wylegiwaniem się do Świąt, panowie.

Pomysłowości sztabu trenerskiego „Niebiańskich” zawdzięczamy też ewolucję „komputerowego” stylu kolarstwa. I nie idzie tu o nieszczęsne słuchawki, których dyrektorzy sportowi ekip bronią niczym Częstochowy. Brytyjczycy rozwinęli „amerykańską myśl szkoleniową” każącą zamęczać rywali jednostajnym tempem, zastępując aparaturę do transfuzji licznikami watów. Taktyka ta wywołuje niesmak estetów szukających w transmisjach z kolarskich wyścigów romantycznych uniesień. To jest jednak sport. Kocha się wariatów, ale nagradza zwycięzców. Kolarstwo to nie jazda figurowa na łyżwach – regulamin mówi, że wygrywa ten, kto w najkrótszym czasie dojedzie do mety. Brytyjczycy pojęli to doskonale. Nie trwonią sił na indywidualne popisy – ich taktyka bezwzględnie podporządkowana jest osiągnięciu celu, którym jest zwycięstwo lidera w klasyfikacji generalnej. Drużyna realizująca na trasie drobiazgowo rozpisany scenariusz nie podnosi wprawdzie atrakcyjności telewizyjnych transmisji, lecz w tym przypadku większe pretensje kierowałbym nie do „tych nudnych zwycięzców”, a do idących jak owce na rzeź pokonanych.

Szerzej o bohaterach sezonu, najciekawszych (w sportowym sensie) wydarzeniach i co nieco o naszej rowerowej husarii – w następnych odcinkach.

Krzysztof Suchomski