Flandria, chapt. IV

 

Czego potrzebuje kolarz marzący o wygraniu Ronde van Vlaanderen? Poza szczęściem, rzecz jasna, bo wszyscy fachowcy zgadzają się co do tego, że poza wszystkim, trzeba tu mieć po prostu fart.

A z tak zwanych twardych danych?

Poczytajmy, co w tej kwestii mają do powiedzenia Rod Ellingworth i Servais Knaven. To ludzie odpowiedzialni za tegoroczne sukcesy kolarzy Sky na jednodniowych wyścigach. Oni przygotowali wspaniałą formę Gerainta Thomasa, Iana Stannarda, Luke’a Rowe. Ich dziełem jest też plan przygotowań do „wielkiego skoku” Sir Wigginsa na kamienne gościńce Paris – Roubaix. Możemy zatem przyjąć, że ci faceci, znają się na rzeczy. W oparciu o ich przemyślenia ujawnione na stronie teamu, oraz nieocenione uwagi Króla Kelly, pokusiliśmy się o spisanie małego niezbędnika De Ronde.

Pierwsze, to kondycja. W tym konkretnym dniu trzeba być w optymalnej kondycji fizycznej i psychicznej. Niby oczywiste, niby proste, ale łatwo się zapomina i potem zdziwienie: a dlaczego znów Saganowi nie poszło?

Drugie, kompletność. Używa się też określeń w rodzaju all-round ability. Potrzebny jest dosłownie każdy element kolarskiego rzemiosła i to w najwyższej jakości. Umiejętność jazdy w grupie jest równie cenna jak zdolność do samotnego pokonywania oporu wiatru. Trzeba umieć się wspinać (zwłaszcza po śliskich nawierzchniach), zjeżdżać, „wyrabiać” na zakrętach i w wąskich przesmykach. Utrzymywać równe, ekonomiczne tempo i gwałtownie przyśpieszać, kiedy trzeba, a na końcu skutecznie rozegrać finisz.

Z powyższym wiąże się umiejętność panowania nad rowerem. Jazda na brukach i wąskich flamandzkich ścieżkach jest jak wejście na pole minowe. Każdy błąd techniczny może skończyć się wizytą na poboczu (albo w szpitalu).

Dostosowanie się do warunków atmosferycznych –  słońce i tuman kurzu może się zdarzyć w ciągu tej samej godziny, co chłód, deszcz i zdradliwe kałuże. Trzeba być na to przygotowanym i psychicznie,  i w zakresie kolarskiego wyposażenia.

Predyspozycje psychiczne są warunkiem koniecznym. Odporność na ból i zmęczenie, zdolność do przezwyciężania niemocy, pokonanie strachu przed upadkiem, skłonność do ryzyka – to wszystko wymaga psychiki wojownika.

Koncentracja (spostrzegawczość) i umiejętność podejmowania decyzji w ułamku sekundy. To często pochodne doświadczenia, rutyny – dlatego niezwykle rzadko zdarza się, by wygrywali tu debiutanci. „Czucie” trasy to bonus dający przewagę,ale ono nie bierze się z powietrza. Procentuje wielokrotne objechanie każdego kilometra, znajomość każdej kostki bruku.

Praca zespołu. Lider drużyny to punta di lanza. Siłę uderzenia daje mu stojący za nim zespół. I ten na rowerach, i ten w samochodzie. Lider ma być jak środkowy napastnik, strzelający gola po akcji całego zespołu.

I wreszcie, element niezbędny – pasja. Te wszystkie niewygody, przeszkody, pułapki i inne plagi trzeba zwyczajnie polubić. Bez tej pasji, wewnętrznego przekonania, nie ma mowy o sukcesie. To dlatego nie wygrywa tu czy w Roubaix Tony Martin – mimo, że ma w ręku wszystkie atuty. Oprócz tego jednego. On  nie lubi bruków.

Powyższe warunki spełniali wielcy triumfatorzy Wyścigu Dookoła Flandrii. A do takich z pewnością należał ktoś, kto mógłby służyć za modelowy przykład idealnego zwycięzcy, posiadającego wszystkie wymienione cechy w stopniu doskonałym – Fabian Cancellara.

Niezwykle rzadko zdarza się, by do takiej doskonałości w omawianym tu zakresie doszedł ktoś, kto nie urodził i wychował się we Flandrii. Kto nie jest rdzennym Flamandem. Na marginesie, możecie czasem spotkać zgrzytające w uszach i oczach słowo „Flandryjczycy”, ale go nie powtarzajcie. Flandrię od wieków zamieszkują Flamandowie.

Przed Spartakusem jedynie Florenzo Magni, jako obcokrajowiec, mógł pochwalić się seryjnymi triumfami we Vlaanderens Mooiste. Owszem, wygrywał od czasu do czasu to Włoch, czy Francuz, to Duńczyk, a nawet Anglik, ale potem wszystko wracało do normy. Wygrywali też Holendrzy, lecz to najbliźsi krewni Flamandów, którym na pewno bliżej do nich niż Walonów. Nawet język mają wspólny.

Fabian Cancellara podjął rywalizację z bożyszczem Flandrii, Tomem Boonenem. Rywalizację, która była osią sezonu wiosennych klasyków w ciągu ostatniej dekady. Podobnie jak wielki rywal, trzykrotnie triumfował w najtrudniejszym z kolarskich klasyków. Ma także na koncie dwa ustrzelone w jednym sezonie dublety najważniejszych monumentów. Zwyciężał we Flandrii i Piekle Północy w 2010 i 2013 roku.

O ile Boonen wygrywał głównie talentem i siłą mięśni, Szwajcar do niezbędnej siły i wydolności organizmu dokładał inteligencję i zmysł taktyczny. Zasłynął jako mistrz taktycznego rozgrywania wielkich partii. Potrafił przewidzieć ruchy przeciwników i zawsze znaleźć na nie odpowiedź. Wiedział też gdzie i jak najlepiej pozbyć się „natrętów” nagminnie uwieszających się na jego tylnym kole.

Jego magnum opus, pierwsze zwycięstwo z 2010 roku, w zasadzie pokazaliśmy tutaj, bo wszystko, co najważniejsze „zadziało się” pod najsłynniejszą kolarską kaplicą. W 2013 roku po prostu odjechał konkurentom, gubiąc ostatnich dopiero na Paterbergu, lecz chyba nikt z obserwatorów nie miał wątpliwości, że własnie tak to się musi zakończyć. Najtrudniej było przed rokiem, przypomnijmy więc tę pasjonującą końcówkę niezwykle ciekawej edycji.

Pyszny wyścig, fascynująca rozgrywka. Oglądane dwudziesty raz nadal wywołuje emocje. Cancellara należy do najbardziej lubianych osobistości zawodowego peletonu. Pewnie większość z Was trzymała za niego kciuki na ostatniej prostej.

Sepp Vanmarcke nie dał się odczepić, Greg Van Avermaet się nie wystraszył. Ekipa Omegi miała liczebną przewagę i większość atutów w ręku. Samotny faworyt postawiony przez rywali pod ścianą, osaczony i zmuszony do maksymalnego wysiłku, wyszedł z tych opresji obronną ręką.  Kino akcji w najlepszym gatunku.

Ale nie zawsze głównym bohaterom trafiał się taki happy end.

W 2011 roku Flandryjska Piękność zagrała faworytom na nosie, nic sobie nie robiąc, ani z ich nadziei, ani z oczekiwań całego kolarskiego świata. Bowiem powszechne było przekonanie, że edycja ta będzie wielkim rewanżem dwóch znamienitych protagonistów za przesławne lanie pod najsłynniejszą w Belgii kaplicą. Jednak Boonen nie był w wystarczającej dyspozycji, by dotrwać do końca w pierwszym szeregu, a co gorsza, Patrick Lefevere, próbując mu za wszelką cenę pomóc, wydał team orders pozbawiające Sylvaina Chavanela wielkiej szansy solowego dojazdu do mety (i nigdy mu tego nie wybaczymy).

To jedna z wiekszych niespodzianek w nowożytnej historii wyścigu. Nawet nie o to chodzi, że zwycięzca mniej dostojny niż zazwyczaj. W końcu to Flamand, a jego nazwisko wcale nie było znawcom obce. Rzecz mniej w tym, kto o zwycięstwo walczył, niż kto do tej walki nie dotrwał. To lekcja pokory dla „typerów”. Tu nie ma stuprocentowych pewniaków.

Bardziej „normalnie” było w sezonie 2008. Również wygrał Flamand, ale z „papierami” na wygrywanie klasyków, czyli koszulką mistrza Belgii.

Juan Antonio Flecha pokazał się nam ekranie – też kawał historii wiosennych klasyków. Nie dane mu było zakosztować triumfu w monumencie. Tyle razy w czołówce, czasem o krok od sukcesu. Nie on jeden… nie on jeden…

Czas szybko nam zleciał. Planowaliśmy jeszcze prezentację tegorocznego „teatru działań wojennych”. Przyjdzie nam zatem rozszerzyć nasz serial o rozdział V.

Krzysztof Suchomski

Flandria, chapt. III

Flandria, chapt. V