Flandria, chapt. III

 

Według danych z Google jest krainą o powierzchni 13 522 km². To bezsprzecznie najbardziej kolarskie 13 522 km² na całej kuli ziemskiej. I nie wierzcie nikomu, kto będzie Wam udowadniał, że jest inaczej, bo w jakimś Pekinie, czy innym pokrytym betonem i smogiem kawałku ziemi jest więcej rowerów. Kolarstwo to nie liczba rowerów, to stan umysłu.

Dla miliardów ludzi kolarstwo jest sportem. Oglądanym w telewizji, czasem na żywo, a w nielicznych przypadkach samemu uprawianym. Miliony mieszkańców naszego globu nazwałyby kolarstwo stylem życia – to modne określenie i wypada go używać. Nie za często, by nie wyjść na neofitę, tak od czasu do czasu, najlepiej mimochodem – wtedy robi wrażenie naturalnego atrybutu, części osobowości. Ale nadal jesteśmy daleko od celu.

Dla pewnych kręgów ludzi (możecie ich nazwać zakręconymi, albo geekami) kolarstwo jest religią. Albo czymś w tym rodzaju. Wstają z łóżka i myślą, co będą tego dnia robili z rowerem. Kładą się spać, myśląc o następnym dniu spędzonym z rowerem.

Wszystkich tych ludzi możemy zrozumieć i potrafimy jakoś opisać.

Nie potrafimy opisać, czym jest kolarstwo dla siedmiu milionów ludzi zamieszkujących Flandrię. Nie potrafimy, bo nie jesteśmy Flamandami. Wiemy, że dla nich kolarstwo nie jest sportem. Nie jest stylem życia. Nie jest religią. Jest czymś znacznie ważniejszym. Ale dokładnie czym?

Możemy mieć  jakieś przypuszczenia, mgliste wyobrażenia, rzucane na chybił-trafił hipotezy. Ale brak nam tego ważnego pierwiastka, który oni, jak to się mówi, „wyssali z mlekiem matek”. I usiłowanie opisania tego, uchwycenia w więzy słów, zawsze będzie równie płonne, jak  próba zobrazowania piękna  Allegretta z VII Symfonii Beethovena.

To, co za chwilę zobaczycie, nie ześle Wam łaski zrozumienia, ale pomoże „poczuć klimat”.

To „coś” niewidocznego, co z klatek tego filmu spoglądało na nas i zaglądało do naszej duszy, unosi się nad tamtą ziemią. I tylko tam.

Dlatego dzień rozgrywania De Ronde van Vlaanderen jest najpiękniejszym dniem w całym kolarskim sezonie.

Nie chcielibyśmy przepisywać tu wcześniej zamieszczonych opisów Flandryjskiej Piękności, pozwólcie zatem, że przypomnimy o naszych wcześniejszych tekstach prezentujących film poświęcony wyścigowi oraz słynny fragment pojedynku Boonena i Cancellary na Kapelmuur. Podtrzymujemy każde słowo, które wtedy napisaliśmy. Dlatego niniejszy rozdział opatrzyliśmy numerem 3. Zachęcamy do cofnięcia się do tamtych tekstów, które, jako dwa pierwsze rozdziały, tworzą całość z pisanymi obecnie.

cance boonenA skoro już padły nazwiska… Boonen i Cancellara to żywe symbole Tour de Flanders nie tylko dla najmłodszych pokoleń fanów kolarstwa. A mnóstwo ludzi nie oglądało jeszcze De Ronde, w której przynajmniej jeden z nich nie brałby udziału. Kiedyś musi nadejść pierwszy raz. I właśnie przyszedł. Wczoraj Lefevere definitywnie wykluczył udział Boonena w obu monumentach.

Nie byliby już tak mocnymi faworytami, takimi pewniakami, jak jeszcze przed dwoma laty, przed rokiem. Niemniej, doświadczamy uczucia pewnego braku. Pustego miejsca. Ale to szybko minie. Natura nie toleruje próżni, przynajmniej na tej planecie. Coś się kończy, coś się zaczyna.

Przypomnijmy sobie pierwsze zwycięstwo Toma Boonena w Ronde van Vlaanderen. Rok 2005 – równo 10 lat temu.

Jak widzieliśmy, pewien butny Amerykanin wyobrażał sobie, że przyjedzie tu i ot tak, wygra. Nie tak łatwo, to nie Tour de France. Taki żarcik. Choć we Flandrii mówią to bez przymrużenia oka.

W 2005 roku Tornado Tom wygrał De Ronde, tydzień później Paris – Roubaix, w lipcu dwa etapy Touru i we wrześniu mistrzostwa świata w Madrycie. Belgia zyskała nowego bohatera narodowego. Museeuw, Van Petegem – to przeszłość. Od tego momentu liczył się tylko Tommeke.

Był (i jest nadal) jak urodzony do roweru. Natura obdarzyła go wspaniałymi warunkami fizycznymi, które rozwinął treningiem. Podobnie jak talent do prowadzenia roweru. Jego pozycja to ideał. Gdyby zszedł na ziemię Fidiasz i zapragnął wyrzeźbić sylwetkę kolarza wspinającego się pod Koppenberg, poprosiłby o pozowanie Boonena. Wielu uważa też, że nikt nie miał wcześniej takiej łatwości, a jednocześnie takiej techniki jazdy po brukowanych nawierzchniach. Nawet Eddy Planckaert, którego Sean Kelly (też przecież mistrz nad mistrzami) uważał za najlepszego we wspinaczce na bergi.

Kelly opowiadał kiedyś, że naturalnym sposobem pokonywania bergów jest jazda na siodełku, w pozycji maksymalnie dociążającej tylne koło. W odróżnieniu od podjazdów asfaltowych, stawanie na pedałach nic nie daje, poza tym, że koła się ślizgają a delikwent prędzej czy później się przewraca. Ale, dodał zaraz Kelly, ta uwaga nie dotyczy Boonena. On potrafi pokonywać brukowane podjazdy, stając w pedałach, co daje mu przewagę nad konkurentami.

Tornado Tom trzykrotnie wygrywał Ronde van Vlaanderen, a dwukrotnie zaliczył dublet Flandria – Roubaix. Ten drugi dublet nastąpił dopiero 7 lat po pierwszym. Oto jak wygrywał Flandrię po raz trzeci w 2012 roku.

Słyszycie tę radość w głosie sprawozdawców? I dumę. Ich Tommeke wygrywa ich Vlaanderens Mooiste. To duma Flandrii.

Krzysztof Suchomski

Flandria, chapt. IV

Flandria, chapt. V