Geneza

Całkiem niedawno uświadomiłem sobie, że mija 10 lat od czasu, gdy na forach kolarskich zaczęły pojawiać się moje wpisy sygnowane nickiem Boss. Nie był to, rzecz jasna, początek mojej znajomości z mediami społecznościowymi – wcześniej buszowałem na innych niż kolarskie forach i robię to nadal. Nigdy jednak pod nickiem Boss – ten zarezerwowany jest wyłącznie na kolarski użytek. Nie był to również początek mojej przygody z kolarstwem – ten miał miejsce w roku 1957, kiedy to otrzymałem od Rodziców prawdziwy dwukołowy rower (czterolatkowi wydawał się wielki) marki Bałtyk.

Jeśli człowiek całą młodość spędza w kraju, w którym maj kojarzy się przede wszystkim z Wyścigiem Pokoju, a dopiero potem ze świętami państwowymi, maturami, widokiem mini-spódniczek, śpiewem skowronków nad polami, kwitnieniem roślinności dziko rosnącej i zorganizowanej, zapachem potu w środkach komunikacji miejskiej oraz innymi sezonowymi atrakcjami, to naprawdę nie trzeba psychoanalizy, by wytropić, skąd się u niego wzięło gorące uczucie do sportu zwanego kolarstwem szosowym męskim.

Nie z własnej winy dojrzewałem jednak nie tyle po niewłaściwej, czy niesłusznej, ile po mniej atrakcyjnej stronie kolarstwa szosowego. Owszem, to czy tamto docierało do świadomości, kazało się zastanowić, skłaniało do przemyśleń. Byłem młodzieńcem o umyśle sortującym i przetwarzającym przyswojone bity informacji. A było tego sporo, ponieważ wyczytywałem do ostatniej litery wszystkie krajowe dzienniki i periodyki sportowe. Nie było to szczególnym osiągnięciem czytelniczym (tytułów było raptem parę, a przeciętna gazeta rzadko liczyła więcej niż 8 stron), za to sporym sukcesem organizacyjnym. Dotarcie do wszystkich pozycji było wyczynem wymagającym niemałej ekwilibrystyki logistycznej i talentów towarzyskich, zważywszy sposób funkcjonowania monopolisty na rynku prasy (spółdzielnia „Ruch”) oraz czegoś, co eufemistycznie nazwano „gospodarką niedoborów”. Młodszemu Czytelnikowi pewnie trudno zrozumieć jak ważną osobą była w tamtych czasach „pani z kiosku”. To była bogini równa nieomal „pani z mięsnego” lub „panu z CPN-u”. Nota bene, mieliśmy w tych kiepskich, nieciekawych czasach wspaniałych dziennikarzy, pasjonatów sportu i znakomite pióra, szczególnie w Sportowcu. Teraz gospodarka nadmiaru, czasy ciekawe, wolność prasy i słowa, a pióra do p… pozłoty.

Potęgę różnicy między kolarstwem amatorskim a zawodowym uświadomiła mi dopiero książka Krzysztofa Wyrzykowskiego Tytani szos, której pierwsze wydanie (dziś będące białym krukiem) ukazało się w 1978 roku. Połknąłem ją w jeden wieczór, co też nie stanowiło jakiegoś rekordu. Od dziecka byłem nałogowym molem książkowym, każda zadrukowana rzecz większa od rachunku za prąd padała moim łupem (roczny „przerób” to ponad 100 książek). Później jednak wracałem do niej na tyle często, że śmiało mogę ją zaliczyć do moich czytelniczych hitów. To ona sprawiła, że zacząłem intensywnie poszukiwać informacji o kolarskim świecie za Murem Berlińskim. W moim rodzinnym Poznaniu jedynym miejscem, gdzie można było czasem upolować zagraniczny kolarski periodyk był „Empik”, który wcześniej regularnie „czyściłem” z materiałów dotyczących piłki nożnej, a z czasem także i kolarskich.

Później, w erze pierwszych sprowadzonych z zagranicy anten satelitarnych chłonąłem niezapomniane pojedynki LeMonda z Hinaultem i Fignonem, Roche’a z Delgado. Zassało, wciągnęło mnie po same uszy i nie puszcza. Do dziś uważam (a wiem, że nie jestem w tym sądzie osamotniony) lata osiemdziesiąte za „złotą erę” kolarstwa.

Pierwszy tekst poświęcony kolarstwu napisałem w czerwcu 2008 roku. Dotyczył zbliżającego się Tour de France. Zamieścił go portal www.pro-cycling.org, podobnie jak kilka kolejnych poświęconych temu samemu wydarzeniu.

Niestety, zabrakło mi wówczas czasu na kontynuowanie tej współpracy. Moje palce nie były tak szybkie jak oczy i z pisaniem nie szło mi już tak ekspresowo. A że wciąż czekały poukładane w pamięci inne teksty chcące wreszcie ujrzeć światło dzienne, tematy kolarskie jeszcze długo nie zdołały dopchać się do klawiatury. Ale już wtedy powstał w mojej głowie projekt pisania o kolarstwie w atrakcyjny, zajmujący sposób, daleki zarówno od encyklopedycznego przytłaczania danymi, jak i od historycznego przynudzania.

Come back nastąpił w maju 2012. Umieszczonym na pro-cycling.org tekstem dotyczącym Giro d’Italia rozpocząłem do dziś trwającą współpracę z Martyną Kobylińską, naczelną portalu. 20 czerwca tego samego roku na ekranach internautów zagościł pierwszy Reflektor Bossa. W ciągu 22 miesięcy ukazały się jego 22 odsłony, co daje całkiem przyzwoitą średnią. Ponadto, podsumowania najważniejszych wydarzeń, posezonowe analizy – trochę się tego uzbierało. Skłoniło mnie to do rozważań o zebraniu i zaprezentowaniu własnego „dorobku” w modnej i coraz bardziej upowszechniającej się formie bloga.

Wyborem serwera, szablonu, grafiki i wszystkimi tymi niezrozumiałymi dla uczciwego, niewinnego sześćdziesięciolatka z dobrego domu kodami i zaklęciami zajął się mój syn, Adam. Bez jego pomocy, ta strona nie mogłaby zaistnieć. Nie, żebym był zbyt leniwy, by się tego nauczyć, ale wolałem na razie skoncentrować się na tym, co potrafię. Wszystko jest kwestią czasu, więc zapewne jako żwawy siedemdziesięciolatek będę już tak informatycznie wyedukowany, że przypadkowe wciśnięcie klawiszowego comba nie spowoduje wyświetlania głupich pytań w rodzaju: „czy na pewno chcesz to skasować?”.

Reflektor, jako symbol tego, co chciałbym o kolarstwie napisać, nie został wybrany przypadkowo. To pożyteczne urządzenie oświetla przedmiot Waszego i mojego zainteresowania, pozwala go lepiej ujrzeć i ocenić. Snop światła może być skierowany na obiekt z różnym natężeniem i pod różnymi kątami, co umożliwia dostrzeżenie cech, niuansów czy szczegółów nie zawsze widocznych na pierwszy rzut oka.

Nie jest moją ambicją konkurowanie czy też zastępowanie portali informacyjnych. Wychodzę z założenia, że jest w internetowej przestrzeni wystarczająca ilość adresów, pod którymi znaleźć można newsy, profile tras, składy i wyniki wyścigów. Wujaszek Google pozwala też potrzebującym bez trudu dotrzeć do tak zwanych twardych faktów z historii naszej ulubionej dyscypliny. Jeśli strona, którą właśnie oddaję „w ręce Internautów” ma czemuś służyć, to z pewnością bardziej pełnieniu funkcji opiniotwórczej.

Staram się również, w miarę skromnych możliwości, ukazywać kolarstwo i fenomen socjologiczny kibicowania sportowi i sportowcom w szerszym tle, wykorzystując dekoracje i rekwizyty z innych dziedzin życia, znajdując odniesienia i związki z kulturą, historią, obyczajowością czy biznesem.

Chciałbym wyraźnie zaakcentować fakt, że wszystkie podpisywane przeze mnie artykuły czy felietony są tekstami oryginalnymi, od początku do końca wymyślonymi samodzielnie. Jeśli kogoś cytuję, podaję autora lub źródło, chyba że cytat jest z gatunku „oczywistych oczywistości” i funkcjonuje w mowie potocznej na prawach dobra wspólnego. Takie zastrzeżenie wydaje mi się istotne w czasach, gdy kopiowanie cudzych pomysłów, a nawet całych tekstów przestaje uchodzić za naganne, sprzeczne z zawodową etyką, a przytłaczająca większość współczesnych „redaktorów” nie ma żadnych oporów, by pod artykułami „napisanymi” techniką kopiuj-wklej (czasem wspartą komputerowym tłumaczem) podpisać się własnym nazwiskiem.

Reflektor Bossa zawiera moje subiektywne opinie, przedstawia kolarstwo z perspektywy specyficznego obserwatora. Te opinie i sformułowania zaczynają żyć w sieci własnym, niezależnym życiem. Kiedy zdarza mi się napotkać je lub ich odpryski czy rykoszety na ekranie komputera, lub wychwycić w trakcie telewizyjnych transmisji, odczuwam satysfakcję. W końcu, jak stwierdził onegdaj poeta nie narzekający bynajmniej na brak popularności, po to człowiek pisze, by „trafić pod strzechy”.

Od kiedy wśród znajomych i krewnych zaczęło rozchodzić się, że piszę o kolarstwie, wysłuchuję czasem błyskotliwych uwag w rodzaju: Aaaa! Kolaaarstwo. No to jest świetny temat, stary. My mamy kolarzy przecież, no nie? Słyszaaałem. Mamy tego… no… tego… na przykład… Włoszczowska? Jest taka, nie? Kolarz… ówka… kolarka? Jak się właściwie mówi? Przeważnie się uśmiecham i to wystarcza, bo pytający i tak nie oczekuje ode mnie odpowiedzi, chce tylko „wyrazić zrozumienie” dla mojego nieszkodliwego dziwactwa.

Są wszakże rozmówcy ambitniejsi i lepiej zorientowani. Tacy zadają pytanie: Aaa! To ty się znasz na tym. No, no… To ty mi, Krzychu, powiedz, kiedy w końcu Polak wygra ten Tour de France?
Zwykle odpowiadam wymijająco, przytaczając rozmowę, jaką rok temu przeprowadziłem ze swoim wnuczkiem, Mikołajem. Motywując malca do zjedzenia w całości obiadu, argumentowałem, że jak będzie grzecznie jadł, urośnie duży i silny, zostanie sportowcem, a jeśli do tego będzie sumiennie trenował (kolejny sprytnie przemycony element wychowawczy) to zostanie mistrzem świata, stanie na podium, odbierze złoty medal, zagrają dla niego hymn…
Dziecię podniosło umęczony wzrok znad kotleta, zlustrowało mnie krytycznym spojrzeniem i z wyraźnym sceptycyzmem w głosie zapytało:
– A będziesz jeszcze wtedy żył?

No właśnie…

A póki co, zdrowia wszystkim życzę i zapraszam do odwiedzin na moim blogu. Miłej zabawy

Krzysztof Suchomski

IMG_0242