Reflektor Bossa: Tulipany krótko się trzymają

 

Rozpoczęty właśnie Eneco Tour, największy wieloetapowy wyścig rozgrywany w krajach Beneluxu, jest dobrą okazją do zadumania nad kondycją kolarstwa w Kraju Tulipanów. Od końca lat siedemdziesiątych aż do początku lat dziewięćdziesiątych (ery Induraina), Holendrzy stanowili w zawodowym peletonie potęgę, z którą rywalizować mogli jedynie Francuzi.


Joop Zoetemelk
 

Joop Zoetemelk, Jan Raas, Gerrie Knetemann, Steven Rooks, Jelle Nijdam, Hennie Kuiper, Erik Breukink, Peter Winnen – by wymienić tylko najbardziej utytułowanych, pojawiali się na listach zwycięzców prestiżowych wyścigów, zdobywali mistrzowskie medale. Wraz z odejściem na emeryturę tej generacji, zapanowała posucha. Brzmi to trochę nieprawdopodobnie, ale ostatni raz Holender (Breukink) stał na grandtourowym podium w 1990 roku, a ostatnim holenderskim mistrzem świata był Zoetemelk (1985).

Holendrzy nie są nacją znaną z romantycznych porywów, ale czego się spodziewać po ludziach urodzonych na depresjach. Trudno o radosne uniesienia, gdy czlowiek cały czas kombinuje, jak tu się zabezpieczyć przed zalaniem. Rzadko też mawia się o nich „urodzeni wojownicy” (choć akurat w K-1 mogą mieć na ten temat odmienne zdanie). Będąc twardo stojącymi na ziemi pragmatykami, już dawno wykalkulowali sobie, że w sporcie tańsze od kupowania zagranicznych gwiazd jest wychowywanie własnych. I zarabianie na ich eksporcie. Wzorem absolutnym w skali światowej jest tu futbolowy klub Ajax Amsterdam. W kolarstwie takim Ajaxem jest od kilkunastu lat Rabobank Cycling Team. Wypracowany przez nich model wychowywania i promowania młodych talentów w młodzieżowej drużynie startującej pod szyldem Rabobank Continental Team uchodzi za najlepszy.

Z pozoru wszystko gra i trąbi. Co roku do dorosłej rabobankowej ekipy awansuje dwóch, trzech najlepszych młodzieżowców, a nierzadko paru innym udaje się też podpisać kontrakty z nie mniej renomowanymi ekipami. Ale co z tego, że liczba rabowychowanków na protourowych listach płac
z roku na rok się powiększa, skoro wciąż nie udaje się zaspokoić nadziei kibiców „oranje”. A rozpieszczeni minionymi przewagami holenderscy fani nie mogą doczekać się triumfu rodaka nawet na własnym podwórku. W najważniejszym z niderlandzkich klasyków, Amstel Gold Race, ostatni Holender (Erik Dekker) triumfował przed jedenastu laty. W krótkiej historii Eneco Tour klasyfikacji generalnej nie udało się wygrać ani razu. Z zachowaniem wszelkich proporcji, ten brak sukcesów trochę przypomina naszą sytuację, z tym, że oni gdzieniegdzie jednak wygrywają. No i mają Marianne Vos.

W sezonie 2011 sympatię wielu miłośników kolarstwa zdobyli sobie przebojowo jeżdżący zawodnicy Vacansoleil. „Mają chłopaki cojones” – myślał o nich ciepło RB i był skłonny postawić na to, że to oni pierwsi nawiążą do szczytnych tradycji niderlandzkich mistrzów. Ale w tym roku okazało się, że holenderski team z iście sąsiedzką uprzejmością wypromował Belga De Gendta.

Przed tegorocznym Tour de France wydawało się, że nad ojczyzną sera Gouda i seksualnej tolerancji słońce zaświeciło jaśniej niż dotąd. Wystartowały, po raz pierwszy od dwudziestu lat, trzy holenderskie ekipy. Nadzieje na sukces spełzły jednak na niczym. Laurens Ten Dam, najwyżej sklasyfikowany reprezentant Kraju Tulipanów, stracił do zwycięzcy wyścigu ponad godzinę. I trudno mieć do kolarza Rabobanku pretensje. On miał przecież pomagać młodszym i znacznie wyżej notowanym liderom. 26-latkowie Gesink i Mollema, oraz o rok młodszy Kruiswijk nie unieśli ciężaru odpowiedzialności za wynik.

Psychika holenderskiej młodzieży wydaje się być bardziej łamliwa niż ich kruche kości. Mogą błysnąć niewątpliwym talentem, gdy nikt na nich nie stawia, ale z prawdziwej próby wychodzą potłuczeni, rzeczywiście i w przenośni. Są żywym zaprzeczeniem obiegowego powiedzenia, że kolarze to twardzi ludzie. Można poużywać sobie do woli na Gesinku i radzić jego szefom, by na noc przypinali go pasami do łóżka, ale sensowniejsze wydaje się zastanowienie, skąd się to zdelikatnienie holenderskich talentów bierze.

Tulipany krótko się trzymają – słyszy RB często od znajomej kwiaciarki. Nie są tak wytrzymałe i odporne, jak choćby kolczaste róże. Cóż z tego, skoro ulubiona kobieta RB akurat je sobie upodobała. Trzeba częściej zmieniać kwiaty w wazonie i tyle.

I z tymi nadziejami lokowanymi w kolejnych rocznikach z kwiatowego zagłębia jest dokładnie tak samo. Więdną szybko i trzeba je zastępować nowymi. Kto pamięta Thomasa Dekkera? Wielu, bo to nie tak dawno przecież było, gdy obiecywał szturm na kolarski Partenon. A z czego konkretnie został zapamiętany, poza nieodwzajemnionym afektem do siostry Ivana Basso i dopingowym smrodkiem?

W jakiej tabeli wyników pojawiło się ostatnio nazwisko Coena Vermeltfoorta? W wieku 20 lat wygrał młodzieżowe Paris – Roubaix i kilka etapów w wyścigach dla dorosłych. Teraz ma 24 i jeśli nie poszczęści mu się w totka, nic w tym roku nie wygra.

Co jest powodem tego, że rabobankowe tulipany marnieją nim na dobre zakwitną? Wiązkę światła na ten frapujący fenomen rzuciła opublikowana na początku czerwca w Telesport wypowiedź Michaela Boogerda. Trzykrotny mistrz Holandii uważa, że Gesink i Mollema powinni rozejrzeć się za nowym pracodawcą, jeśli chcą osiągnąć prawdziwe sukcesy w Tour de France. Zabrzmiało to dziwnie w ustach człowieka, który barwy tego sponsora reprezentował od momentu jego pojawienia (1996) aż do zakończenia bogatej kariery (2007). Ale może dlatego Boogey wiedział, co mówi. Jego zdaniem młode talenty są w Rabobanku zbyt rozpieszczane. Wysokie zarobki i komfortowe warunki stwarzane tym młodzieńcom nie dopingują do ciężkiej pracy, nie uczą pokonywania przeciwności.

I kiedy RB sprawdzał na ekranie telewizora, jak spełnia się kassandryczna przepowiednia Boogerda, przypomniał sobie oglądane przed paru laty zdjęcia Dekkera i Gesinka wylegujących się (za pieniądze holenderskich bankierów) na polinezyjskiej plaży w promieniach styczniowego słońca. Jedni szlifują flandryjskie bruki, by inni mogli mieć wczasy all inclusive. Szkoda tylko, że na te „księżniczki na ziarnku grochu” musi harować tak fantastyczny i piekielnie niedoceniany gość jak Maarten Tjallingii, czy wspomniany Ten Dam. Obaj mieli tego pecha, że dołączyli do zespołu już jako dojrzali zawodowcy, więc nie potraktowano ich jako „inwestycje” i nie postawiono na ich rozwój.

Gwoli sprawiedliwości wypada jeszcze wspomnieć o wdrożonym kilka lat temu i konsekwentnle przestrzeganym programie anty-dopingowym Rabobanku, który (podobnie jak program szkolenia młodzieży) uchodzi za wzorcowy. Holenderscy bankierzy mocno dbają o swój wizerunek i nawet za cenę braku sukcesów nie życzą sobie być łączeni z nielegalnymi praktykami. Przekonało się o tym paru amatorów „łatwiejszej drogi”, którym szybko podziękowano za współpracę.

I może ma to jakiś związek ze wspomnianym brakiem sukcesów rabobankowych tulipanów, a może i nie ma.

Krzysztof Suchomski