Reflektor Bossa: Jajeczka wielkanocne

Kwiecień rządzi. Kończymy Tańce z brukami, dla wielu kibiców będące gwoździem kolarskiego sezonu i płynnie przechodzimy do nie mniej wyczekiwanego Tryptyku Ardeńskiego. Trzy monumenty w jednym miesiącu. Plus dwie tygodniówki World Tour i parę innych zacnych potańcówek. Emocje gonią emocje i jak tu czas znaleźć na pieczenie mazurków, rzeźbienie baranków w maśle i malowanie jajeczek. Cudem chyba.

Dlatego Wasz dyżurny cudotwórca podrzuci Wam do koszyczków parę gotowych pisanek. Pierwszą wymalujemy w barwy czarne, żółte i czerwone. Jeżdżący wielokrotnie w koszulce o takich barwach Tom Boonen wyjawił po najbardziej prestiżowym dla każdego Belga wyścigu przyczynę swojej porażki. We didn’t know anything because our radios were broken. Rywale odjechali do przodu, a Tomowi nikt nie powiedział, że już czas za nimi pogonić. A przecież dyrektor sportowy mógł podjechać bliżej, wychylić się przez okno samochodu i głośno krzyknąć: Teraz, Tom, teraz!!! Nie zrobił tego i klapa na całej linii. Trudno winić zawodników, sukcesem jest, że pozbawieni łączności w ogóle trafili do mety. Przedarli się jak O.R.P. „Orzeł” w trzydziestym dziewiątym do Anglii. Ale od dyrekcji wymagamy więcej, dyrektor wszak mądrzejszy jest od cyklisty. Udowadniać tego nie trzeba, bo gdyby było na odwrót, to cyklista siedziałby bezpiecznie w samochodzie, a dyrektor pedałował w kurzu lub błocie.

Doceniać rolę DS-ów zaczyna telewizja. Pierwsze jaskółki tego trendu można było dostrzec właśnie na Flandrii. Nowością w transmisjach jest prezentowanie z bliska ciężkiej pracy dyrektora sportowego. Jak zauważyliśmy, polega ona głównie na okazywaniu wyrazów radości. Oczywiście, wszyscy zdajemy sobie sprawę, że na jeden promieniejący szczęściem wehikuł przypada ponad dwadzieścia wyrażających emocje w tonacji kondolencyjno – żałobnej. Smutasów nie pokazuje się na razie telewidzom. Komisja weryfikacyjna oceniła, że pokonani są przed kamerą zbyt mało przekonywujący. Muszą jeszcze popracować nad ekspresją. W końcu zwyczajnych gadających głów telewidz ma dosyć. Wyścig kolarski to nie mównica sejmowa.

Za to, gdy już wszyscy wytrenują odpowiednie odruchy i dojdą do wprawy, ciężar transmisji przeniesie się z szosy do wnętrz pojazdów. Nie od razu jednak będziemy mieli pure indoor games. Parę migawek z finiszu kolarzy zostanie pokazanych, by dać choć na moment wytchnąć bohaterom pierwszego planu. A gdy już ta formuła prezentacji wyścigu się przyjmie, i wozy DS-ów zostaną odpowiednio rozbudowane, by mogły tańczyć w nich cheerleaderki, to i z tych migawek będzie można stopniowo rezygnować. Ta wiadomość z pewnością ucieszy sprawozdawców telewizyjnych od lat narzekających na monotonię wyścigów.

Zgodzimy się przecież, że weselszą będzie taka transmisja niż oglądanie po raz kolejny Andy Schlecka przegapiającego odjazd 135-osobowej ucieczki. Brat zesztą niewiele lepszy. Nie dość, że słabi obaj, to jeszcze rozkojarzeni jacyś. Skąd ten brak koncentracji, możnaby snuć domysły, ale dajmy na razie spokój. Wypominanie braciszkom luksemburskim, tak przy święcie, dopingowej przeszłości byłoby równie niezręczne jak przedwczesny wytrysk. Bądźmy wyrozumiali, kiedyś przecież pojadą lepiej. Jeśli założymy, że jako zmartwychwstańcy (w końcu Wielkanoc) otrzymują nowe życie, to logiczne jest, że najpierw karierę będzie robił ten starszy. Czyli żyjący jeszcze fani Andy’ego proszeni są o cierpliwość. Jeżeli ma być zachowany jako taki ład w przyrodzie, jego talent eksploduje (by nie rzec: tryśnie) 2 lata po Franku.

Chyba, że (jak przed laty) krótszą drogę wybierze i skorzysta z Mocy. Gdzie miałby jej szukać? Stara indiańska legenda głosi, że w Andach jest ukryta przed wzrokiem Dartha Tygarta świątynia, a w niej urzęduje Master Yoda (od poniedziałku do piątku, godz. 9.00 -12.00, rejestracja od 8.00 przy starym baobabie).

Mistrz najpierw wywiad z chorym przeprowadzi, czyli zapyta o pesel. Potem zamknie oczy, dłoń (a w każdym razie coś w tym rodzaju) położy na głowie delikwenta, pomruczy chwilę pod nosem (a w każdym razie czymś w tym rodzaju), a na koniec wymówi słynne Niech Moc będzie z Tobą, a rachunek do opłacenia w kasie, można kartą debetową.

W ostatnich miesiącach, mimo ciepłej zimy, notujemy poważny wzrost zachorowalności w peletonie. Z czym ta epidemia ma związek do końca nie wiadomo. Faktem jest, że kolarze stoją teraz w kolejkach do lekarza rodzinnego po skierowanie na leczenie w Andach. A przynajmniej, tak słyszałem. Niby nie wszystko, co ludzie mówią, stuprocentową prawdą jest, ale właśnie za to kochamy plotki, że są o tyle ciekawsze od prawdy.

Szczególnie Anglicy jacyś skłonni ostatnio do przeziębień. Co prognoza na deszcz i słotę, to szanse Sky Teamu biorą w łeb. Człowiek mógłby pomyśleć, że klimat Anglii przypomina Południową Kalifornię. It never rains in southern California – pamiętacie? Co to był za hicior. Niby wiadomo – większość reprezentantów Albionu na torze wychowana. Kraj bogaty, to i tory pod dachem, na głowę nie napada, ale przez ten luksus delikatni wszyscy jak ratlerki.

Stannard jeden się uchował. Odporny, wytrzymały jak koń, wody się nie bojący – kiedyś Anglia miała miliony takich facetów i dlatego mogła władać połową świata. Oh, England my lion heart śpiewała przed trzydziestu paru laty niezrównana Kate Bush, a ja zastanawiałem się, dlaczego jest w tym utworze tyle nostalgii. Teraz skumałem. Ach, te brytyjskie aluzje i niedomówienia. My w Polsce wolimy kawę na ławę. Mieliśmy przaśną, nadwiślańską wersję tej tęsknoty w postaci: Gdzie te chłopy? Orły, sokoły, bażanty?

Przy akompaniamencie hipnotycznego falsetu Kasi Krzaczek biorę się za ostatnią pisankę. Do jej pomalowania raczej pędzel – ławkowiec się przyda, bo rozmiar jaja szczególny. Polski Związek Kolarski ogłosił kryteria kwalifikacji do reprezentacji Polski na szosowe mistrzostwa świata oraz mistrzostwa Europy. Tamże wyczytać można, że do wyścigu elity mężczyzn na MŚ w Hiszpanii zakwalifikują się:
1. Mistrz Polski ze startu wspólnego 2014.
2. Mistrz Polski w jeździe indywidualnej na czas 2014.
3. Trzech najwyżej sklasyfikowanych zawodników z rankingu World Tour na dzień 20.08.2014 r.
4. Pozostali zawodnicy na uzasadniony wniosek selekcjonera reprezentacji, po pozytywnym zaopiniowaniu przez komisję ds. kolarstwa szosowego mężczyzn oraz Dział Szkolenia PZKol i zatwierdzeniu przez Zarząd PZKol.

W tej świątecznej atmosferze (cuda, panie, cuda) próbowałem wyobrazić sobie czysto hipotetyczną sytuację, mianowicie, jak zareagowałby na taki dokument (gdyby go otrzymał ze swej rodzimej federacji) selekcjoner z prawdziwego zdarzenia, ktoś formatu Bettiniego, Brailsforda czy Jalaberta. Co rzekłby, gdyby dowiedział się, że każe mu się przygotowywać pisemne uzasadnienia wyboru reprezentantów. I że te nominacje nabiorą (albo nie nabiorą) mocy urzędowej dopiero, gdy pozytywnie zaopiniuje (albo nie zaopiniuje) je Jaśnie Komisja, następnie to samo zrobi (albo nie zrobi) z nimi Szacowny Dział, by na końcu łaskawie zatwierdził je (albo i nie zatwierdził) Przenajświętszy Zarząd. To oczywiście czysto teoretyczne ćwiczenie umysłowe, bo tamtejsze federacje kolarskie do takich absurdów się nie posuwają.

Nad cytowanym dokumentem unosi się duch czasów „jedynej słusznej ideologii”, a ideowym ojcem zaprezentowanej w nim „filozofii” jest Józef Wissarionowicz Stalin, który w swoim czasie wydał cieszące się, jak widać, nieśmiertelną sławą wytyczne: Towarzyszom w terenowych strukturach partyjnych ufać,ale ich kontrolować.

Skoro już Polski Związek Kolarski był łaskaw wczuć się w atmosferę Rezurekcji i wskrzesić ducha minionej epoki, postanowiłem postawić kropkę nad „i”. Dokonałem tłumaczenia współczesnego dokumentu (a przynajmniej istotnego jego fragmentu) na specyficzny język urzędowy połowy XX wieku. Brzmiałoby to mniej więcej następująco:

Towarzyszu Selekcjonerze!
Wiemy, że jesteście młodym i ambitnym towarzyszem i w sprawie selekcji chcielibyście mieć własne zdanie, ale jest to niemożliwe z kilku względów:
po pierwsze, to nam Partia zaufała i dała władzę, a nie Wam,
po drugie, my znamy się lepiej na decydowaniu, który z towarzyszy kolarzy może a który nie może być reprezentantem socjalistycznej ojczyzny,
po trzecie, nie mamy do Was zaufania, ale Was potrzebujemy, bo ktoś musi odpowiadać za rowery, sprzęt, mechaników i cały ten bałagan na miejscu zawodów,
po czwarte, co prawda wiemy, jak wybierać towarzyszy reprezentantów, ale oni nigdy osiągają dobrego wyniku, ktoś więc musi zawsze posłużyć w charakterze towarzysza kozła ofiarnego,
po piąte, jak Wam się nie podoba, że odwalamy za Was całą selekcjonerską robotę i Wasza ambicja nie pozwoli Wam brać od nas pieniędzy za nic nie robienie, to zawsze możecie złożyć dymisję, która zostanie przyjęta po pozytywnym zaopiniowaniu przez komisję ds. kolarstwa szosowego mężczyzn oraz Dział Szkolenia PZKol i zatwierdzeniu przez Zarząd PZKol.
Z proletariackim pozdrowieniem
data, podpisy, pieczęcie et caetera

Język różny, a treść ta sama. Wymowa obu wersji, tej współczesnej i tej historycznej, jest w zasadzie identyczna, a bystrości Czytelnika pozostawimy osąd, które czasy były bardziej zakłamane.
Odłóżmy na chwilę pędzel. Malowanie pisanek to robota nielekka, człek się jednak męczy. Kojący głos Kasi sprawia, że łatwo odpłynąć. Późno się zrobiło a …
… a prezes nadal wpatrywał się w kartkę papieru trzymaną nad stołem na wysokości brody. Kartka zdawała się niewiele sobie z tego robić. Prezes patrzył na nią, ona na prezesa i tak mierzyli się wzrokiem w niemym pojedynku. Prezes mrugnął pierwszy.
– Huzarski?…Tak się to pisze? – podsunął papier pod nos wiceprezesowi.
– Czekaj, nie wziąłem okularów – wiceprezes macał się po kieszenach, dyskretnie kopiąc pod stołem członka zarządu.
– Huzarski… Huzarski… Co to w ogóle za nazwisko? – irytował się prezes.
– To nazwisko Huzarskiego, towarzyszu prezesie – usłużnie wyjaśnił członek zarządu.
– A… Aha… – zgodził się po namyśle prezes. – To co, towarzysze? Zatwierdzamy?
– Może być… – niepewnie zasugerował wiceprezes, rozglądając się nerwowo. Nigdy nie wiadomo, czy w takim niewinnym pytaniu nie kryje się jakiś haczyk. A o dobrą posadę dzisiaj trudno.
– No dobra – sapnął prezes. Rozłożył dokument na blacie, sięgnął po wielką, okrągłą pieczęć i ŁUPS!!!

… co to było? Która godzina? Tak późno już?

Pora się zwijać. Wpierw jednak najważniejszą sprawę trzeba załatwić. Bo ja tu tylko od malowanek jestem, a gdzie jest ten od świątecznych prezentów i niespodzianek w trawie pochowanych? Ten, jak mu tam, Zając Wielkanocny?

Kicajcie no tu, Zając i słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzał. To jest koszyk ze święconką, tak? Co w środku?… Wiktuały. Jak, co znaczy? No te… wiadomo, różne takie… Marchewki nie ma, gdzie się pchacie z tym nosem? To koszyk, nie koryto. Wolne miejsce w środku widzicie? To jest miejsce na prezent – niespodziankę dla polskich fanów kolarstwa, jasne? Wiecie na co czekają, a jak nie wiecie, to już wasza głowa z uszami, by to wyniuchać. I żeby już nie musieli dłużej czekać, paniatna?

Bo jak nie, to my sobie po Świętach inaczej pogadamy. I usłyszycie znowu: Nu, Zajac. PAGADI !!!

Wesołych Świąt

Krzysztof Suchomski