Reflektor Bossa: God Save La Marseillaise

 

Historia kontaktów brytyjsko – francuskich jest historią bodaj najbardziej zajadłej i prestiżowej rywalizacji, jaka miała miejsce na przestrzeni wieków. Rywalizacja to gładki eufemizm na określenie okładania się buzdyganami, sztachetami i czym jeszcze popadnie z zawziętością Karguli i Pawlaków.

Nie poszło o miedzę tylko dlatego, że woda dzieliła oba narody. Toteż zacząć awanturę musieli ówcześni marines, czyli Wikingowie. Ale że desant z wybrzeża dzisiejszej Francji nastąpił, zapisano go na rachunek wielbicieli żabich udek. I tak kamień w ruch puszczony uruchomił lawinę, co przetoczyła się przez stulecia po kilku kontynentach, bo zakutym w hełmy łbom nie wystarczał łomot nad swoją cieśniną, nie wiedzieć czemu nazywaną kanałem.


Król Henryk V w bitwie pod Azincourt, John Gilbert (1817-1897)
Obfitowała wspomniana rywalizacja w liczne elementy sportowe, jak efektowny występ angielskiej reprezentacji łuczniczej pod Azincourt, czy hippiczne popisy amazonki Joanny d’Arc pod Orleanem, by wymienić te częściej opiewane w literaturze, będącej wszak ówczesnym substytutem dzisiejszych mediów.

By nie zanudzać, nie wyszły dzielnym Francuzom te wojny na dobre. Krok po kroku, przyczółek po przyczółku oddawali nie tylko kolonie, ale i pola tradycyjnie uznawane za własną domenę. Francuski (kiedyś język elit) ustąpił plebejskiemu angielskiemu. Anglosasi zalewają świat Władcami pierścieni i Harry Potterami, wyrocznią mody są niejacy państwo Beckham, a mistrzami patelni o największej oglądalności Nigella Lawson i Jamie Oliver. Na dobitkę Londyn podebrał Paryżowi Igrzyska. Cud, że Wieża Eiffla jeszcze stoi na swoim miejscu, a nie w jakimś Las Vegas czy Beverly Hills. Ciężko być Francuzem. Nawet dzielnym.

Nacja, która stworzyła Tour de France (o Trio z Belleville nie wspominając), musi znosić seryjne zwycięstwa facetów, co zamiast normalnie mruknąć pod nosem bonjour, szczerzą się z tym swoim „heloł hałarju”. Francuskie poczucie dumy do trzewi szargał arogancki Teksańczyk, a dla dopełnienia czary goryczy złota Joanna d’Arc z wysokości swego złotego rumaka (plus podest) musiała cztery razy z rzędu oglądać zabójczy finisz brytyjskiego parweniusza, który z całą pewnością nie odróżnia sosu aurore od sosu mornay.

Można było jeszcze jakoś znosić brytyjskie przewagi na torze. Kwitując je wzruszeniem ramion i pełnym wyższości stwierdzeniem, że jedyne prawdziwe kolarstwo to La Grande Bouclé. A teraz? Dało się ostatecznie przeżyć Evansa, w końcu z Antypodów, ale ten Wiggins, bardziej angielski od parasola?

Historia Brada Wigginsa przypomina trochę scenariusz filmu Formuła, w którym zwariowany Afroamerykanin o nazwisku McElroy (w tej roli świetny Samuel L. Jackson) uparł się, że zostanie szkockim arystokratą i oczywiście dopina swego. Tu podobnie. Tyczkowaty dżentelmen z kraju, w którym o największą górę możesz się potknąć w drodze do pracy, wygrywa sobie dla kaprysu wyścig na zroszonych potem wielu pokoleń kolarzy alpejskich i pirenejskich drogach. Sir Bradley Wiggins może już zacząć ćwiczyć uderzenia na polu golfowym.

Sześćdziesięciu milionom Francuzów ziemia osunęła się spod nóg. Odebrano im ostatni (poza zasiłkami socjalnymi) powód do dumy. Bo jak tu chwalić się najtrudniejszym wyścigiem świata, skoro wygrać może go Anglik!!!? I jak teraz przełknąć tę żabę?

Amaury Sport Organisation jest jednak spółką stworzoną w celu zarabiania pieniędzy, a pecunia non olet. Przecież setki tysięcy nowych turystów z Wysp to czysty biznes, więc w świat idzie oficjalny komunikat: brytyjskie sukcesy w Tour de France znakomicie robią francuskiej gospodarce. Voilà. I cieszą się Francuzi, jak masochista z roweru bez siodełka. A kiedy chudy Anglik odbiera gratulacje królowej za zwycięstwo we Francji, francuski prezydent, Franciszek Hollande, publicznie wspiera błyskawicznie złożoną kadydaturę hrabstwa Yorkshire do organizacji startu Wielkiej Pętli w 2016 roku.

Sielska atmosfera. Kargul, podejdź do płota, jako i ja podchodzę. Od etapu wrogości, poprzez rywalizację, do przyjaźni między dwoma dumnymi narodami. I za czyją to sprawą? Oto power of cycling.

Allelluja, bracia i siostry. Zaśpiewajmy razem: Boże, chroń Marsyliankę!

Krzysztof Suchomski