Reflektor Bossa: Opowieści z Lasku Arenberg

 

Mam czasem wrażenie, że Lasek Arenberg usiłuje podstępnie zawładnąć masową wyobraźnią. Uzurpuje sobie prawo do bycia synonimem wyścigu kolarskiego z Paryża do Roubaix, a jednocześnie bycia jedyną medialną egzemplifikacją jego „piekielnego” oblicza, strojenia się w piórka esencji brukowości (stanu skupienia materii, objawiającego się złośliwym charakterem wyłącznie podczas trwania wyścigu kolarskiego, nie do końca zbadanego przez fizyków).

Brukom „newsowej” atrakcyjności dodało w tym roku włączenie w trasę Tour de France. To dodatkowo podkręciło zainteresowanie marszrutą Paris – Roubaix, zawierającą 28 ponumerowanych odcinków „kocich łbów”, jak się takie drogi określało w latach dzieciństwa RB. Numer 18, Lasek Arenberg, często uważany jest niesłusznie za najtrudniejszy, oznakowany został 5-ma gwiazdkami – tego zaszczytu dostąpiły tylko trzy odcinki trasy.

Swą polską popularność Lasek Arenberg zawdzięcza Krzysztofowi Wyrzykowskiemu, Zeusowi polskiego, kolarskiego dziennikarstwa, i jego barwnym opowieściom snutym przy okazji corocznych transmisji z Piekła Północy. Cała sportowa Polska tkwiła zasłuchana przed telewizorami, a w tych magicznych opowieściach zawsze Lasek Arenberg zajmował miejsce szczególne. Zapadał też w pamięć słuchaczy.



Fot. wikipedia.org
Język francuski jest perfidny, co nawet nie dziwi specjalnie, zważywszy na parę nazwisk, które nim się od urodzenia posługiwały. Wizualnie trudny do zapamiętania, przez te nieznane uczciwym, prostolinijnym Słowianom mylące zbitki liter, te wymyślne Troisvilles, Quievy, Bourghelles, czy, za przeproszeniem, Quérénaing. A fonetycznie to… No, sami wiecie.

A Lasek Arenberg miły jest dla polskiego oka i ucha. La – sek A – ren – berg, łatwo zapamiętać, bo jedno i drugie słowo czytamy, tak jak piszemy. Kolejne oswojone przez polskiego konsumenta słowo na trasie Piekła Północy to Carrefour (czytamy inaczej, ale się naumieliśmy – to się nazywa edukacja reklamą). Castorama się nie załapała, za to starsi kibice pamiętają ją z koszulek cyklistów. Ale już na jakieś Auchy-lez-Orchies ortodoks taki jak Pan Wołodyjowski rzekłby zapewne: Nie godzi się, waćpan, chrześcijaninowi takich rzeczy wypowiadać.

Ta medialna nierównowaga jest jednak niesprawiedliwością, którą warto byłoby innym, niedocenionym medialnie numerom wynagrodzić. Bo tak na dobrą sprawę, kiedy ostatnio w tym osławionym zagajniku wyścig się rozstrzygnął? Często mówiono, że tam wprawdzie nie można jeszcze wygrać, ale już można przegrać (na miły Bóg, toż to może dotyczyć każdego kawałka bruku na trasie, spytajcie George’a Hincapie) albo: tu odsiewa się mężczyzn od chłopców. Cóż, może kiedyś…

To z pewnością ciężki, zwłaszcza dla stawów kolarzy, odcinek i jego wpływ „odkłada się” w organiźmie jadących, ale nie przeceniałbym jego znaczenia, biorąc pod uwagę, że startują we francuskim monumencie kolarze znakomicie do tych niewygód przygotowani. W ostatnich latach wyścig rozstrzygał się w innych, nie mniej zasługujących na uwagę miejscach, które miały tego pecha, że są w szczerym polu, a nie w lesie, i nie zostały tak szumnie rozreklamowane przez trubadurów wyścigu. Jak one wszystkie się zwą mało kto (za wyjątkiem garstki ekstremalnych geeków) pamięta. Dotyczy to zarówno ludzi oglądających kolarstwo kilka razy w roku, jak i fanów zaliczających transmisję za transmisją.



Fot. wikipedia.org
RB uczciwie przyznaje, że przed wyścigiem musi sobie zawsze odświeżyć pamięć i to, że jest już certyfikowanym starym sklerotykiem tłumaczy go tylko częściowo. Poza tymi 5-gwiazdkowymi, reszta zaraz po wyścigu zamazuje się w jego szarych komórkach. Jakoś nie wchodzą mu te nazwy, choć z innymi wyścigami takich problemów nie miewa. Mury i bergi może recytować obudzony w środku nocy, podobnie jak nazwy przełęczy górskich (nawet jeśli te ostatnie są francuskie). A tu pamięć się „haczy” i to dziwnie wybiórczo, właśnie na nazwy, bo jak zobaczy obraz z trasy, to doznaje olśnienia. Od razu kojarzy i palcem pokazuje, gdzie może „się dziać”.

W sprawie tego wyrównania szans, dania satysfakcji niedocenianym odcinkom bruku, telewizyjni sprawozdawcy mogliby istotnie pomóc (wiem, że nas czytają, choć bardzo nie lubią się do tego przyznawać i z reguły występujemy pod wspólnym nazwiskiem Gdzieś Wyczytałem Niedawno). Może jakiś konkurs, Panowie? Na którym odcinku odjechali Boonen i Terpstra w 2012? Albo gdzie leżał w ubiegłym roku Stybar? Chodzi o nazwy, nie numery odcinków (nie idźmy na łatwiznę), bo w ten sposób może one jakoś się lepiej z polskimi uszami i oczami zaprzyjaźnią. W tak zbożnym celu, jak oswojenie z meandrami trasy Paris – Roubaix zniósłby RB nawet reklamę.

A przede wszystkim życzę nam, kolarskim kibicom, emocji nie mniejszych niż w ostatnią niedzielę.

Krzysztof Suchomski