Reflektor Bossa: Cycki me widzę ogromne

 

Uspokaja RB szanownych Czytelników: nie zmienił płci, ani też ekstremalne przytycie mu nie grozi. Tytułowym określeniem kolarska brać już dawno ochrzciła team CCC Polsat Polkowice. A że ten jest od lat jedyną realną nadzieją na polski zespół w kolarskiej elicie, więc czujny wzrok fanów przyciąga niezależnie od anatomicznych skojarzeń. No a Wyspiańskiemu zmarło się tak dawno, że pozew o naruszenie praw autorskich raczej nam nie grozi.

Nasze kolarstwo coraz śmielej rozpycha się w światowej czołówce. Indywidualne sukcesy Polaków zdołały nawet nastroić pozytywniej do tego sportu wcześniej mu niechętne media. Dały nam też prawo do wystawienia 9-osobowej męskiej drużyny w indywidualnym wyścigu szosowym na Mistrzostwach Świata, co postawiło nas w pierwszym szeregu kolarskich potęg. W głowie nam się jeszcze od nadmiaru osiągnięć nie przewróciło, ale daje się zauważyć pewna tęsknota za sukcesem zespołowym. Czy pora już na „wejście smoka” polskiej grupy zawodowców? Mają swoje ekipy w „kolarskiej Lidze Mistrzów” ostatnio niżej od nas notowani Rosjanie czy Kazachowie, dlaczego mielibyśmy być gorsi? – kombinuje sobie kibic znad Wisły.

Nie trzeba chyba dowodów na to, że najczęściej przymierzaną do takiej roli jest od lat wiodąca prym na krajowym podwórku ekipa CCC Polsat Polkowice. Pozostańmy więc przy tej kandydaturze. By móc ocenić, na ile szanse jej przyszłego awansu w hierarchii są realne, spróbujmy określić, co jest potrzebne, by drużyna wspięła się na sportowy i organizacyjny poziom World Tour?

Po pierwsze: Kasa, misiu, kasa… jak mawiał pewien kontrowersyjny piłkarski trener, pytany o podstawowy warunek sukcesu na boisku.

Pieniądze w sporcie to temat – rzeka, obrosły mitami i legendami, nierzadko budzący większe emocje niż sama rywalizacja na boiskach, arenach i szosach. Któż nie słyszał o Romanie Abramowiczu? Setkami milionów zainwestowanymi w Chelsea kupił (choć nie bez problemów) sportowe sukcesy, miłość kibiców i rozgłos medialny, jakiego nie osiągnąłby w biznesie czy polityce. Strategia inwestowania dużych pieniędzy okazała się skuteczna i atrakcyjna na tyle, że rywale zmuszeni zostali do jej naśladowania. Piłka ma swego Abramowicza, koszykówka Marka Cubana, a legenda o mocy sprawczej pieniądza wyeksportowana została do innych dyscyplin sportu.

Styl bizantyjski zaimplementowały do kolarstwa ekipy z „byłych sojuzów”, a rzuconą przez nie rękawicę były w stanie podjąć jedynie amerykański BMC, brytyjski Sky i ostatnio belgijski OPQS. Jak działa mit o finansowym eldorado mogliśmy się przekonać po ogłoszeniu przez Fernando Alonso zamiaru zainwestowania w zespół kolarski. RB należy do będących w zdecydowanej mniejszości sceptyków, mniej wierzących w nagle objawione uczucia do roweru, a bardziej w niechęć do dzielenia się każdym zarobionym groszem z fiskusem. Rozsądek jednak rzadko wygrywa w mediach. Słynny kierowca kojarzony jest powszechnie z sukcesem w sporcie, w którym obraca się kwotami wręcz zawrotnymi, zatem bez wchodzenia w szczegóły opinia publiczna przyjęła jako pewnik, że Hiszpan, tu i ówdzie namaszczony jako zbawca kolarstwa, kupić może pół peletonu i dorzucić do tego parę autobusów (choć nie marki Ferrari, niestety).

RB nie bez powodu naświetla klimat towarzyszący rozmowom o pieniądzach w sporcie, on bowiem podnosi poprzeczkę oczekiwań. Każdy, publicznie deklarujący miłość do konkretnego sportu czy klubu, musi sobie zdawać sprawę, że w oczach przeciętnego widza siła jego uczuć czy pasji mierzona będzie wysokością rocznego budżetu.

A jeśli o budżecie mowa, to na dobry początek 5 milionów euro powinno wystarczyć, zakładając, że nie angażujemy do zespołu gwiazd żądających milionowych kontraktów. Wróćmy zatem do Polkowic, siedziby polskich „oranje” i spróbujmy przymierzyć sponsorów zespołu do kwot takiego rzędu. Sponsorów mamy trzech, wszyscy wymienieni w nazwie teamu, i nietrudno zgadnąć, kto w tym układzie „trzyma kasę”.

Dariusz Miłek, założyciel i główny akcjonariusz firmy CCC, jest postacią znaną nie tylko w światku kolarskim, a przede wszystkim w kręgach biznesowych. W tegorocznym rankingu Forbesa najbogatszych Polaków sklasyfikowano go na 6. miejscu z majątkiem szacowanym na 3,1 mld PLN. Kwota imponująca w zestawieniu z wyżej określonymi potrzebami grupy kolarskiej, uprasza się jednak o nie wyciąganie z tego faktu pochopnych wniosków. Należy wiedzieć, że bynajmniej nie skłonność do wydawania pieniędzy była źródłem sukcesu sieci CCC, a wręcz przeciwnie. Pan Miłek nie przypomina nowobogackich zza wschodniej granicy. Cieszy się opinią człowieka fundamentalnie oszczędnego. Znana jest w kręgach giełdowych anegdota o tym, że szef sieci długo opierał się przed wprowadzeniem w sklepach darmowych toreb dla klientów oraz plakatów i dekoracji promujących sezonowe kolekcje obuwia. W końcu uległ namowom personelu, po czym złapał się za głowę, gdy zobaczył rachunki. Wyniosły one mniej więcej tyle, ile sugerowany wyżej budżet worldtourowego teamu. Nigdy nie sądziłem, że będę tak rozrzutny -przyznał właściciel CCC, spółki notowanej na warszawskiej GPW od 10 lat. To ostatnie nie jest tu bez znaczenia – akcjonariusze chętniej lokują swoje środki w przedsięwzięcia ludzi rozważnie gospodarujących pieniędzmi.

Możemy więc bez ryzyka założyć, że „rewolucja” teamowi nie grozi. Biznes pod nazwą Zawodowa Grupa Kolarska CCC Polsat Polkowice będzie rozwijany jak inne – systematycznie i roztropnie, krok po kroku.

Drugim warunkiem wdrapania się, a potem utrzymania na najwyższym poziomie szosowych rozgrywek jest sztab złożony z wysokiej klasy profesjonalistów: dyrektorów sportowych, fizjologów, masażystów, mechaników, kierowców oraz wsparcia backoffice’owego. Sztab zapewnia nie tylko formę sportową, opiekę zdrowotną, sprzęt i wyposażenie, ale i właściwą organizację treningów i startów, logistykę, kwaterunek, komunikację z organizatorami wyścigów, promocję medialną i tak zwaną „papierkową obsługę”. Coraz częściej okazuje się, że w dobie marginal gains doceniane jest znaczenie detali szkoleniowych, sprzętowych i organizacyjnych, do których wcześniej przykładano mniejszą uwagę.

Podobnie jak przyjęliśmy przy okazji problemu „kasy”, możemy śmiało założyć, że ktoś, kto w biznesie odnosi wspomniane sukcesy, nie zaszedłby tak daleko, gdyby nie umiał dobierać sobie współpracowników. Ma więc Dariusz Miłek w zespole takich ludzi, jakich chce mieć, nikt tam nie znalazł się z przypadku. W miarę wzrostu potrzeb sztab będzie uzupełniany o kolejnych fachowców. A na szczeblu WT z pewnością potrzebny byłby choćby poważniejszy support w obszarze medycznym, farmakologicznym i mikrobiologicznym. Tym bardziej, że dotychczas kultywowany w naszym kraju mało elegancki obyczaj zamiatania wstydliwych spraw pod dywan tam już nie przejdzie.

W ocenie wielu fanów przydałoby się też w przyszłości wzmocnienie sztabu w zakresie trenersko-taktycznym. Odpowiadający za wyniki zespołu Piotr Wadecki wciąż jeszcze uchodzi za lepszego kolarza niż menedżera (oby w przyszłości się to zmieniło). Jego drużynom (bo także kadrze narodowej) wielokrotnie zarzucano kunktatorską postawę, lecz trudno jednoznacznie stwierdzić, czy problem leży w doborze taktyki, czy w sferze egzekwowalności poleceń na trasie. Z wypowiedzi dla mediów człowiek wiele się nie dowie, bowiem światek kolarski opanowała, jak i inne dziedziny sportu, pi-arowa zaraza. Wszyscy nauczyli się paru czy parunastu gładkich formułek i powtarzają je w kółko jak papugi, aż mdli od słuchania lub czytania.

RB zamiast tego bla bla bla chętnie podsłuchałby poufnych ustaleń między panami Miłkiem i Wadeckim odnośnie prawdziwych celów stawianych przed zawodnikami w konkretnych wyścigach. Zwłaszcza tych transmitowanych w telewizji. Bo przecież nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by dostrzec, co się dziś sponsorom najbardziej opłaca. Zawodnik na podium prezentuje logo sponsora może przez pół minuty, zaś ulokowany w długotrwałej „promocyjnej” ucieczce może świecić znakiem firmowym nawet godzinę. A to przy dzisiejszych cenach telewizyjnej reklamy ma wymierną wartość marketingową. Czy on potem będzie na mecie drugi czy sto drugi nie ma już dla sponsora znaczenia, to już wyłącznie kwestia ambicji samego kolarza. A ta zależy w pewnej mierze od formy, ale przede wszystkim od charakteru. I nie znając kulis, trudno zgadywać, czy ambicje menedżera pokrywają się z ambicjami danego kolarza, czy też w którymś momencie się rozjeżdżają.

Last but not least, właśnie kolarze stanowią element niezbędny w tej układance. Ich bowiem osiągnięcia składają się na sumę punktów, stanowiącą kryterium kwalifikacji do elitarnego grona ekip World Touru. Niezależnie więc od tego, że skład drużyny powinien być szeroki i tak skomponowany, by mogła startować zarówno w górskich etapówkach, jak i brukowych klasykach, to musi być tak dobrany, by odpowiednią liczbę punktów zagwarantować. Tego oczywiście nie zapewni pojedynczy rodzynek w postaci Rebellina. Wraz z większymi pieniędzmi łatwiej będzie o lepszych kandydatów na liderów, a że planowane przez UCI reformy spowodują częściowe bezrobocie wśród zawodowców, to i chętnych do założenia pomarańczowego trykotu nie powinno zabraknąć.

W tym kontekście o personaliach możnaby godzinami, skupimy się zatem na najważniejszej konstatacji. Można się spodziewać, że społeczność fanów rodzimego kolarstwa najchętniej widziałaby w drużynie najlepszych „biało-czerwonych”, rozsławiających aktualnie obce barwy. Bo polski kibic, nawet jak sam pracuje na zmywaku w Dublinie, uważa, że polski kolarz powinien mieć więcej honoru niż pieniędzy i na obcego nie wolno mu „tyrać”, „harować” lub, nie daj Boże, „zapieprzać”.

Śmiałą kreską rysujemy więc obraz polskiej, niezależnej finansowo, sprawnej organizacyjnie, mocarnej sportowo ekipy World Tour. Jej „twarzą” niech będą renomowani dyrektorzy sportowi i polscy liderzy, których wspomaga międzynarodowy, dobrze zbalansowany skład. Kolarzy w pomarańczowych uniformach co tydzień oglądamy w telewizorach, by od święta, z okazji Tour de Pologne czy Mistrzostw Polski gościć ich nad Wisłą. Krajowa czołówka, jak przystało na „światowców”, wynajmuje posiadłości w Gironie, by na codzień trenować w towarzystwie największych gwiazd. W wyścigach krajowych walczy o uznanie sztabu trenerskiego i awans do dorosłego zespołu najbardziej uzdolniona młodzież. Kraj opanowuje rowerowa mania, kolarze są popularniejsi od siatkarzy i skoczków, od piłkarzy lewonożnych, a nawet i prawonożnych…

To ostatnie (ale tylko to), to już rzeczywiście wizja „teatru ogromnego”. Czy nie lepiej wszak teatrem się zachwycić niż umartwiać oglądaniem codziennego naszego teatrzyku? Z jednym zastrzeżeniem. Wszystko, co powyżej napisano, opiera się na założeniu, że chcą tego, lub będą chcieli, właściciele i dysponenci polkowickiego teamu. Bo RB może sobie do woli oczyma wyobraźni oglądać Kwiatkowskiego wjeżdżającego na Pola Elizejskie w żółtej koszulce i pomarańczowych spodenkach. Albo Majkę, z malowniczym CCC poniżej pleców, samotnie wygrywającego decydujący etap Giro na Zoncolanie. Jeśli nie zatrybi wyobraźnia tych, którzy podpisują kontrakty i przelewy, to ktoś w przyszłości czytający ten tekst uzna go co najwyżej za primaaprilisowy żart. Zatem, by nie zapeszać, oraz dowieść poważnych (mimo miejscami frywolnej formy) intencji, RB wstrzymuje się z emisją tego wydania Reflektora do dnia drugiego kwietnia.

Krzysztof Suchomski