La Primavera – the First Lady, episode 1

 

Motto:
I pięć będzie wyścigów wyniesionych nad inne. Tym pomniki postawisz. I będziesz czcił i szanował je po wieki. A pierwszą wśród wybranych będzie Primavera, nadejście czasu siewów zwiastująca, a takoż odrodzenie wszelkiego życia po mrokach i zamieciach. (Biblia, wyd. uzupełn. , Księga Rowerów, werset 22)
Netto:
Pierwszy Coppi. Do czasu przybycia kolejnych kolarzy nadajemy muzykę taneczną. (z transmisji włoskiego radia w roku 1946)
Brutto:
La Primavera jest ciężka, bo musisz być cierpliwym – czekasz i czekasz. (Fabian Cancellara, 2014)

Ma rzeczywiście VIP-owskie miejsce w kalendarzu. W pierwszym rzędzie. Rozpoczyna serię kolarskich świąt, karnawał klasyków, trwający przez miesiąc i kończący się belgijską Staruszką.

Przez ciągnące się jak spaghetti zimowe tygodnie, skupia na sobie uwagę spragnionych doniosłych wydarzeń kibiców. Może powoli, z dostojeństwem, które przystoi arystokracji, celebrować wyznaczenie trasy, przygotowania, zaproszenia, listy startowe. Łaskawie potwierdzać pewne informacje, a innym zaprzeczać, pozwolić nawet sfilmować to i owo – to wielka dama, lecz i doświadczona celebrytka, która wie, jak sprawić, by o niej mówiono.

awatar milano sanremoZakochani w niej Włosi uważają, że to ona właśnie, ich Classicissima, jest najważniejszym jednodniowym wyścigiem w całym kolarskim sezonie. Lubią też nazywać ją wiosennymi mistrzostwami świata. Rzeczywiście, zwycięzca wyścigu Mediolan – San Remo (po włosku: Milano – Sanremo) czczony jest na Półwyspie Apenińskim niczym mistrz świata. Zwłaszcza jeśli jest Włochem. Co obecnie zdarza się rzadziej. Si, si, signore, globalizzazione. Kiedyś gospodarze wygrywali tu permanentnie. Zazdrośni (z czego przecież słyną), nieskorzy byli, by oddawać swą damę w obce objęcia.

Skoro już o historycznych czasach mowa, miejmy to za sobą. Pierwszy wyścig rozegrano w 1907 roku, a jego zwycięzcą był Francuz Lucien Petit-Breton. I starczy. Resztę doczytacie w Wikipediach. My tu nie o statystykach dyskutować mamy, a o przymiotach pierwszej damy i urokach kolarstwa.

Prędzej czy później trafię na pełnometrażowy film o Primaverze (nie wątpię, iż niejeden taki powstał) i wtedy urządzimy sobie seansik w Filmotece Arcydzieł. Na razie wybraliśmy z internetowej kuchni przekąski co bardziej smakowite, a przynajmniej na takie wyglądające. Trafi się także parę jako tako zakonserwowanych staroci, ale nie będziemy układali ich w kolejność chronologicznej. Bardziej interesuje nas ich dobór pod kątem próby znalezienia odpowiedzi na parę pytań i związania kilku luźnych nitek w sensowną w miarę całość.

A zaczniemy od pewnej ramotki, czarno-białej, ale za to ujmująco sympatycznej. Ona pięknie ilustruje to, co czasem ma się na myśli, mówiąc o śródziemnomorskich klimatach w znaczeniu szerszym niż meteorologiczne. Chodzi o stan ducha i podejście do życia. Umiejętność czerpania radości  z codziennych spraw i czynności.

W kraju, który przeszedł wszystkie koleje historii, największe wzloty i najbardziej drastyczne upadki, wiedzą doskonale, że jesteśmy tylko okruchem unoszonym na fali czasu. Więc po co się tak spinać, sprężać, mobilizować, gdy i tak trafimy, gdzie nam pisano? Po co się spieszyć? To źle wpływa na trawienie.

Fajna muzyczka, miła atmosfera, jedziemy sobie przez piękny kraj, oddychamy zdrowym, morskim powietrzem, tempo moderato, a gdy trzeba allegro. Przed metą presto, prestissimo – wiadomo, trzeba się pokazać. Widownia, piękne kobiety, fotoreporterzy. Ech, to były czasy. Dolce vita.

I zjawił się Kanibal z tą swoją obsesją na punkcie rywalizacji, żądzą wygrywania, trofeowym obżarstwem.

Eddy Merckx dzierży rekord zwycięstw w wyścigu (7), ale czy tylko ten jeden? Jak mówią, w kolarstwie była era przed Merckxem i po nim. Kiedy się pojawił, nic już nie było takie samo. Eddy, Eddy… musiałeś nam to zepsuć? – wołano za nim w peletonie.

Merckx skończył karierę, ale dawne czasy nie powróciły. Szaleństwo rywalizacji narastało z każdym dziesięcioleciem. Po Kanibalu przyszli następni żądni sławy i nienasyceni. Coraz mniej było startów ulgowych, zawodów, w których startowało się dla samej przyjemności. Telewizja, sponsorzy, bukmacherzy, pieniądze, punkty, rankingi.  A wraz z presją oczekiwań na wyniki, rosła presja na znalezienie panaceum – na ból, zmęczenie, zwątpienie i strach. Skutki znamy. Nie ma nic za darmo. Wszystko ma swoją cenę.

W tej zwariowanej karuzeli zwanej dziś World Tourem, a jutro może jakoś inaczej, Primavera niezmiennie utrzymuje status wielkiej damy. I jest wciąż piękna, na swój sposób.

Mieliśmy wcześniej okazję jej wdzięki demonstrować przy prezentacji naszych faworytów: Seana Kelly (zwycięstwa w roku 1986 i 1992) i Oscara Freire (triumf z roku 2010, jeden z trzech)

Tak się złożyło, że wszystkie wymienione i pokazane wyżej zwycięstwa przypadły kolarzom spoza Italii (nawet na witrynie zdjęcie Belga De Vlaemincka). Pisaliśmy o włoskim charakterze wyścigu, nie wypada nam kończyć bez dopieszczenia ego sympatycznych gospodarzy. Oto edycja z roku 2003:

Trzech Włochów na podium: Paolo Bettini, Mirko Celestino, Luca Paolini. Zdołali to powtórzyć jeszcze w 2006 roku (wygrał wtedy Filippo Pozzato) – było to ostatnie zwycięstwo Włocha na ulicach San Remo. Dlaczego zatem wybraliśmy rok 2003? Odpowiedź jest prosta: kumoterstwo.

Il Grillo (Świerszcz) należy od lat do grona naszych faworytów. W przyszłości zapewne poświęcimy mu specjalny odcinek MB?, a na razie tylko tak możemy go uhonorować.

Tyle na dzisiaj. Ale nie rozchodźcie się nigdzie. Kolejne odcinki w drodze.

Krzysztof Suchomski

episode 2

episode 3