Nie każdy ptak to orzeł

 

Znowu Hinault? Ileż można o nim filmów oglądać? Można, można – nakręcono ich niemało. Ale nie dziś. Oczywiście, jeśli mieliśmy na myśli Bernarda Hinault.

Ten film jest o Sebastianie Hinault. Zbieżność nazwisk nie przypadkowa. Taki był właśnie zamysł twórców filmu dokumentalnego L’Équipier. Ukazać inną stronę kolarstwa, a konkretniej zawodu kolarza, przez pokazanie paru miesięcy z życia innego Hinault. Tego drugiego, i tu, chcąc nie chcąc, samo narzuca nam się określenie – gorszego. Łączy ich nazwisko, narodowość, zawód. Więcej jednak dzieli.

Bohater naszego dzisiejszego seansu nie jest samcem alfą, urodzonym zwycięzcą, charyzmatycznym liderem, pupilem całej Francji. Jest kolarzem przeciętnym, do bólu zwyczajnym. Nie gości na pierwszych stronach gazet, nie otacza go wianuszek adoratorów. Jak sam na wstępie przyznaje, miał szczęście, że udało mu się dostać do kolarskiej elity, bo jest to każdego roku przywilejem zaledwie kilku z tysięcy.

Jego marzenia nie są z gatunku tych, które zmienią świat. Chciał zostać zawodowym kolarzem i pojechać w Tour de France. Tak mało i zarazem tak wiele. Spełnią się oba. Czy po latach Sebastian Hinault będzie swą karierą usatysfakcjonowany? Może fajnie byłoby się dowiedzieć? Poprosić francuskich twórców filmu o suplement? Bo patrzymy na film zrealizowany w 2000 roku. Dziś wiemy, że Sebastian karierę zakończył i jak ona przebiegała.  Porażki, wycofania z wyścigów, upadki zdarzały mu się nieporównanie częściej niż radosne chwile, okazje do uniesienia rąk na mecie.

Czy nie dotyczy to większości z nas?

Truizmem jest napisanie, że peleton nie składa się ze zwycięzców. Zrobiono to dawno temu, także na ścieżce filmowej – wspomnijmy choćby nasz, polski Autobus z napisem Koniec.

Ale peleton jest uosobieniem każdej zbiorowości. Prawidła są te same. Przegrywający, czy skazani na przeciętność, stanowią większość, od stuosobowego peletonu, po wielomilionowe społeczeństwa. Kolarze mogą się przynajmniej pocieszyć słynną sentencją Pantaniego: nawet najsłabszy kolarz jest wielkim sportowcem.

Pomysł miał Daniel Rouyre, realizator filmu, naprawdę przedni. Wykonanie jest już słabsze, nierówne. Ciekawym rozwiązaniom i świetnie uchwyconym scenkom, towarzyszą też takie, o których od razu chcielibyśmy powiedzieć: można było to ujęcie zrobić lepiej.

Na przykład, moment, gdy nasz Hinault, wycofany z trasy Paris – Roubaix, bo zwyczajnie jej nie podołał, z zazdrością przygląda się wjazdowi na welodrom bohatera dnia, Johana Museeuwa. Aż żal szansy – Jørgen Leth zrobiłby z tego cudeńko.

Mocnym punktem filmu jest zestawienie dwóch planów. Oglądamy młodego człowieka, który usiłuje pogodzić rolę zawodowego kolarza z rolą świeżo upieczonego ojca. Musi sprawdzić się na dwóch frontach. W kolarstwie cudów nie dokona, widzimy to od początku. Nawet gdybyśmy nie znali przebiegu kariery Sebastiana, jego opiekunowie z Crédit Agricole, Serge Beucherie i Michel Laurent, dają nam do zrozumienia, jakie są limity i perspektywy młodego zawodnika.

Obserwujemy codzienne, odarte z wszelkiej romantyki życie zwykłego kolarza, „pracownika” peletonu. Ta codzienność  to wielki wysiłek, strach przed kontuzją, zmęczenie, ciasne, zatłoczone pokoje hotelowe, posiłki z kartoników, wieczorem telewizja i tak do znudzenia. I myśli, z którymi trzeba się zmierzyć.

Widzimy też, że nawet kolarz, który przegrywa swoją szansę, jak nasz bohater na mistrzostwach Francji, dostaje wsparcie. Bo w krajach o wyższej kulturze kolarskiej docenia się wysiłek każdego zawodnika. Sympatyzuje się również z tymi słabszymi, kibicuje im, mimo, że nie mają widoków na wielkie wygrane. Słyszymy w pewnym momencie, skromny bo skromny, ale zorganizowany doping nielicznego „klubu kibica”, jaki towarzyszy Sebastianowi.

Mówił o tym kiedyś Sylwester Szmyd, jeszcze w czasach jazdy we Włoszech, w Lampre, że takie fankluby ma praktycznie każdy zawodowy kolarz.  To ważna nauczka dla naszych kibiców, którzy jak muchy do miodu garną się do zwycięzców, zapominając o żołnierzach peletonu. Choćby dlatego, ale także z innych, wspomnianych powodów, warto ten film obejrzeć.

Film, którego tytuł przełożono bardzo nieszczęśliwie. „Tuż za liderem”, zdaniem tłumacza, jak się domyślam, miało oznaczać kolarza określanego we Włoszech mianem gregario (co przyjęło się i w Polsce), a we Francji domestique. Natomiast z filmu wyraźnie wynika, że taką rolę szefowie powierzą młodziakowi dopiero po kilku sezonach, gdy nabierze niezbędnego doświadczenia. L’Équipier to po prostu członek drużyny, kolega z zespołu. Odpowiada to angielskiemu teammate, w naszym języku nie mamy takiego rzeczownika. Chodzi zatem o kogoś, kto jest jednym z wielu, nie jest specjalnie wyróżniony żadną zaszczytną rolą.

Niestety nie mamy w Polsce zawodowych tłumaczy, którzy czują i rozumieją kolarstwo i to się mści nie tylko w przypadkach filmów, ale i książek. Przychodzi nam potem czytać o zawodnikach, którzy łapią się do ucieczek, że „robili sobie przerwy” (autentyczne). W filmie też mamy parę podobnych perełek, m. in. przetłumaczenie (nie wiadomo po co) nazwy wyścigu Criterium International. Zgadnijcie na co? Nie wpadlibyście sami na coś takiego. Prawidłowe odpowiedzi proszę wpisywać w komentarzach.

Zapraszam na seans:

Nie każdy Hinault to lider, nie każdy ptak to orzeł. Z taką świadomością możemy po projekcji filmu spokojnie zasnąć.

Krzysztof Suchomski