Wspomnienie

 

Bohdan Tomaszewski. Był od zawsze. W najdalszych chwilach, do których mogę sięgnąć pamięcią. Jego głos należał do tych cudów, które wyczarowywał mój Ojciec, włączając magiczne urządzenie zwane radiem. Te pełne dziwnego napięcia głosy starałem się zrozumieć, jako paroletni, ciekawski  ponad miarę brzdąc. Co w nich takiego ważnego, że gdy rozbrzmiewają, Rodzice każą mi siedzieć cicho? Pojąć sposób, w jaki one działają na dorosłych. Których na początku po prostu naśladowałem. Nauczyłem się, jak demonstrować oznaki radości, gdy nasi strzelą gola, albo Polak wygra jakiś bieg. To było łatwe. Gorzej z siedzeniem jak mysz pod miotłą, gdy naszym coś nie wyszło.

275px-Tomaszewski_Bohdan03Igrzyska olimpijskie w Rzymie działy się, dla mnie przynajmniej, nie w dalekim kraju, a w Poznaniu, w radiowym odbiorniku marki Telefunken. Następne były już za granicą, a konkretnie w Tokio (znanym mi z atlasu) i było je widać w nowym sprzęcie – telewizorze. Głos Tomaszewskiego, najbardziej rozpoznawalny, nie do pomylenia z innym, docierał  i z radioodbiornika i z telewizora. Tomaszewski to sport, sport to Tomaszewski – byłem uwarunkowany jak pies Pawłowa.

Pierwsza przeczytana książka o sporcie – Rok olimpijski Bohdana Tomaszewskiego. Majowe szaleństwo Wyścigu Pokoju – też Tomaszewski, na zmianę z Tuszyńskim. Hejnał wyścigu  i halo, halo, z trasy n-tego etapu mówi do państwa Bohdan … i tu padało nazwisko jednego z dwóch pożenionych z majową imprezą Bohdanów. To od nich uczył się w latach siedemdziesiątych telewizyjnego rzemiosła młody debiutant, Krzysztof Wyrzykowski – dziś nestor kolarskich komentatorów.

Lekkoatletyka i kolarstwo wydawały się wtedy największymi pasjami Bohdana Tomaszewskiego. Bo nic wówczas nie wiedziałem o prawdziwej miłości, jaką darzył tenisa. Ta dyscyplina była długo w cieniu, nie lubiana przez „gomułkowszczyznę”. Samo określenie – „biały sport” – musiało przecież razić czerwonych. Dopiero eksplozja popularności tenisa wywołana przez karierę Wojciecha Fibaka, pozwoliła nam zrozumieć, ile ten sport znaczył w życiu najwybitniejszego polskiego sprawozdawcy.

Ale momenty, które najbardziej utkwiły mi w pamięci wiążą się mimo wszystko z kolarstwem. Z Wyścigiem Pokoju w 1969 roku.

tomaszewski WPWtedy jeszcze sprawozdania telewizyjne ograniczały się do pokazania końcówek etapów, a te działy się na stadionach. Po finiszu, a przed dekoracją i rundą honorową, sprawozdawcy krążyli po płycie boiska, wyłapując przed kamery rozmówców. Kolarze, zaraz po dotarciu na metę, nie byli wdzięcznymi interlokutorami. Ciężko łapiący powietrze, ubrudzeni, spoceni, a czasem mokrzy i przemarznięci, marzyli, by szybko znaleźć się w hotelu i wylądować w wannie z ciepłą wodą. Ledwo potrafili wykrztusić z siebie  kilka słów. No i powiedzmy to szczerze:  na ogół byli ludźmi niewykształconymi, nie obytymi z kamerą, mikrofonem i publicznymi występami. Nikt w owych przaśnych czasach nie uczył umiejętności autoprezentacji, nawet nie było z kogo brać przykładu.

I nagle trafił przed kamerę debiutant w polskim zespole, Ryszard Szurkowski. Wyglądał, jakby właśnie wrócił ze spaceru po parku. Spokojny, uśmiechnięty, popijając herbatę z kubka, odpowiadał swobodnie, płynnie, pełnymi zdaniami na pytania dziennikarza. Bohdan Tomaszewski, człowiek olbrzymiej kultury osobistej i erudycji, szermierz języka, w lot zrozumiał, że właśnie ma do czynienia z fenomenem. Różnicę zauważyła też telewizyjna widownia i w jedno popołudnie 23-letni kolarz awansował do grona ulubieńców Polaków. Ich rozmowy przy herbatce po zakończeniu etapu były odtąd stałym, wyczekiwanym punktem programu.

szurkowski WP

A że młody debiutant okazał się najlepszy w naszej drużynie i przez kilka etapów jechał w żółtej koszulce, ostatecznie kończąc wyścig na drugim miejscu – byliśmy świadkami zjawiska i procesu, z którego wówczas nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę. Bo dzisiejsza oczywistość o wszechwładzy mediów, wtedy nie była wcale oczywista. I oto przemówiła do nas potęga telewizji. Na naszych oczach wykreowano idola. Zasługa w tym niezaprzeczalna samego sportowca, który okazał się nietuzinkową osobowością. Ale i wybitnego dziennikarza, który ten diament wyłowił i nadał  mu pierwszy szlif.

Był autorytetem i punktem odniesienia, wzorem do naśladowania – dla coraz mniej licznych naśladowców, niestety. Sztuka słowa, którą uprawiał i pielęgnował okazuje się za trudna dla zbyt wielu, wybierających drogę na skróty i szukających prostych recept.

Wspomnienie o Nim przechowam na półce najmilszych spędzonych ze sportem chwil.

Krzysztof Suchomski