The Legend of King of Ireland, chapt.2

 

Irlandczycy to specyficzny naród. Od zawsze gorąco deklarowali swój, często wybuchowy, patriotyzm. Pewnie dlatego zaledwie jedna dziesiąta pozostała w kraju, reszta rozjechała się po całym świecie, uznając, że ojczyznę lepiej kocha się z daleka. Siedzą za morzami, w pubach i śpiewają o tym, jak to niby tęsknią. Wiecie… te wszystkie Molly Mallone, Fields of Athenry, Rose of Allendale

Król też długo w kraju nie usiedział. Politykę zagraniczną wyznawał prostą. Konsekwentnie realizował trzy punktowy program: 1.Podbijać, co się da. 2. Łupić każdego, kto się nawinie. 3. Brać, co w ręce wpadnie.

kellypn87

Prowincje francuskie, a w szczególności drogi położone pomiędzy Paryżem a Niceą na długie lata po prostu sobie przywłaszczył. Na zdjęciu powyżej widzimy go w pierwszym zwycięskim starcie w najważniejszej (w owych czasach) etapówce wczesnej wiosny. W latach 1982-1988 siedem razy z rzędu wygrywając Paryż – Nicea, ustanowił do dziś niepobity rekord. Wprawdzie  Amerykanie wspominają coś o Teksańczyku, który ponoć miał siedem razy wygrać jakiś Grand Tour, ale kto by im wierzył. Ci Jankesi, ze swoją megalomanią…

Inne krainy Król Kelly jakoś mniej darzył sentymentem. Co prawda, Kraj Basków podbił trzykrotnie, ale może akurat miał po drodze. Taka Katalonia czy Szwajcaria dostąpiły królewskiej łaski tylko dwa razy. Criterium International padło łupem króla Irlandii trzy razy, no ale to Francja, jako się rzekło, ulubiony teren łowiecki. Kraju rodzinnego, uczciwie trzeba rzec, nie zaniedbywał. Wracał co jakiś czas, żeby zrobić porządek i przypomnieć poddanym, kto tu rządzi – Tour of Ireland wygrał czterokrotnie.

Miał wręcz obsesyjne upodobanie do seryjnych triumfów. Od roku 1984, w którym wprowadzono Ranking UCI, Sean Kelly zdominował go, zwyciężając pięć razy z rzędu.

Wygrana w 1988 roku Vuelta  a Espana (za szóstym podejściem) to jedyny Grand Tour w jego kolekcji. Nie polubił za to Giro d’Italia. Wystartował tam dopiero pod koniec kariery, w roku 1992, lecz wyścigu nie ukończył. Natomiast Wielką Pętlę (wiadomo, Francja) uwielbiał, biorąc w niej udział 14 razy. Czterokrotnie uplasował się w pierwszej dziesiątce, najlepszy wynik (4. miejsce) zaliczając w sezonie 1985.  Czy mógł osiągnąć więcej w generalnej klasyfikacji? Zważywszy, że w okresie szczytowej formy przyszło mu mierzyć się z takimi gigantami, jak Hinault, LeMond, Fignon, wygranie Tour de France było poza jego zasięgiem. Przypomnijmy, że to nie grand-tourowa GC była jego specjalnością.

Sean Kelly green

W drugim roku jazdy w szeregach profesjonalistów, debiutując w Tour de France, po raz pierwszy stanął na podium jako zwycięzca etapu. Łącznie wygrał 12 etapów Touru i 9 etapów Vuelty. Cztery razy pakował do walizki zieloną koszulkę triumfatora klasyfikacji punktowej (rekord ten poprawił dopiero Erik Zabel), trzykrotnie uczynił to na Vuelcie. Nie był sprinterem w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, ale był urodzonym zwycięzcą. I jego prawdziwym żywiołem były wyścigi jednodniowe.

Wydana niedawno królewska autobiografia nosi znamienny tytuł: Hunger (Głód). Rozpoznajecie? Tak, napędzał go ten sam nienasycony głód, pchający wciąż do przodu Kanibala Merckxa.

Ściganie na rowerze rozpoczął w 1969 roku za przykładem starszego brata – Joe Kelly wygrał parę młodzieżowych wyścigów w okolicy. Smak pierwszego zwycięstwa Sean poczuł jako 14-latek, w 1970 roku, na lokalnych zawodach w Kennedy Terrace w rodzinnym hrabstwie Waterford. Czy mu się spodobało?

W karierze zawodowej wygrał łącznie 193 wyścigi, co czyni go drugim łupieżcą w historii kolarstwa, zaraz po Eddy Merckxie. Wygrywał na asfaltach i na brukach, na płaskich finiszach i pod górę, po samotnych ucieczkach i w sprintach całego peletonu oraz, co widzieliśmy już w pierwszej części, w próbach jazdy na czas. Do tego zjeżdżał jak Hermann Maier. Angielskie określenie all- rounder pasuje w jego przypadku jak łysina do Sir Brailsforda.

Na pierwsze zwycięstwo w monumencie czekał jednak dość długo. Mając 27 lat wygrał Giro di Lombardia, pokonując po zaciętej walce na finiszu Grega LeMonda i Adrie Van der Poela. Los wielokrotnie stykał ze sobą tę trójkę stworzonych do zwyciężania kolarzy i  jeszcze nie raz znaleźli się w komplecie na podium wielkich wyścigów.

Kolejny sezon (1984) był już zapierającym dech pasmem wiktorii Króla Kelly. Zaczął je, jak to miał w zwyczaju, otwierającym sezon Paris – Nice, by zakończyć na najwyższym podium Paris -Tours. W marcu, po „swoim” Wyścigu Ku Słońcu, skasował (nie licząc pomniejszych) palmares na Criterium International, Volta a Catalunya i Vuelta al Pais Vasco. W międzyczasie, w Milano – Sanremo był „dopiero” drugi (lecz co się odwlecze, to nie uciecze), podobnie jak w Ronde van Vlaanderen. A potem nastąpiło niesamowite kilka dni kwietnia:

Dwa monumenty w przedziale 7 dni. Piekło Północy i Staruszka w jednym sezonie. Od czasów Merckxa (1973) nikomu nie udało się tego dokonać. Dzisiaj nikt nawet tego nie próbuje, chociaż wyścigi te od dawna dzielą dwa tygodnie. King Kelly z przytupem przeszedł do historii kolarstwa. A był dopiero kwiecień.

Krzysztof Suchomski

P.S. Bądźcie gotowi. Ciąg dalszy nieuchronnie nastąpi, ale bez obawy. Zdążycie zaparzyć kawę, albo wyskoczyć po coś do marketu. A tu link do chapter 1.

chapter 1

chapter 3