The Legend of King of Ireland, chapt.1

 

W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia Irlandczycy pozazdrościli swym większym sąsiadom wielowiekowej monarchii. Wprawdzie są tacy, którzy sądzą, że monarchia to przeżytek, jest niepraktyczna, a poza tym kosztowna, ale ma ona jednak niezaprzeczalny urok i, co tu dużo mówić, przydaje narodowi poważania. Nawet takiemu, który od wieków obnosi się z łatką „urodzonych buntowników”. Pamiętajmy jednak, że łatkę przykleił im ich Big Brother, mający w tym swój żywotny interes. My, Polacy, rozumiemy to, jak mało kto.

Skoro dumni i niezależni mieszkańcy Zielonej Wyspy dojrzeli do korony, pozostało tylko rozejrzeć się za właściwym kandydatem do tronu. Miejscowym, ma się rozumieć. Żadnych tam spadochroniarzy z wyleniałych, zdegenerowanych arystokratycznych rodów starej Europy.

Król to nie jakiś tam premier, prezydent czy inny przybłęda. Ma panować długo i szczęśliwie. Musi mieć odpowiednią do tego zadania kondycję. Bono zatem odpadał – nie zawsze przykładnie się prowadził. Wybór padł na zdrowego i krzepkiego młodzieńca z Carrick-on-Suir (lub jak chcą zwolennicy celtyckiej pisowni Curraghduff) w hrabstwie Waterford. Chłopcu dano na chrzcie imiona Johna i Jamesa. Nie wypadało jednak, by pierwszy koronowany władca Irlandii rozpoczął panowanie z angielskim imieniem. John Pierwszy? No nie bardzo… Poza tym, mógłby kojarzyć się z Johnem the Lackland (Jan Bez Ziemi). Sami przyznacie, że to fatalne skojarzenie dla narodu tyle wieków walczącego o niepodległość.

W interesie monarchii i kraju leżało dokonanie drobnej, acz istotnej korekty. Sean brzmi o niebo lepiej, a z formalnego punktu widzenia znaczy to samo, jest to bowiem irlandzka forma imienia w Polsce znanego jako Jan. Czyli, sprawa załatwiona. Sean Pierwszy.

Jak to? – zapytacie. Tak od ręki? A wybory? Głosowania? Albo te… uchwały, czy co tam?

A po co, skoro wszyscy się zgadzają? Nie wierzycie? Zobaczcie sami.

Poniżej fragment filmu Powrót króla. Trochę zmieniliśmy scenografię, ryzykując, iż Peter Jackson może nas o to podać do sądu (szczerze mówiąc, marzymy o czymś takim – nic nie wpływa lepiej na oglądalność, niż dobrze nagłośniony proces).

Piękne słowa o kroplach potu zastygłych w czasie.

A młodzieży wyjaśnijmy, że używana tu nazwa Nissan Classic jest handlowym brandem wyścigu etapowego Tour of Ireland, mającego pewne tradycje i próbującego w owych czasach pod różnymi postaciami utrzymać się na burzliwych falach ekonomicznej rzeczywistości.

Po licznych i chwalebnych zamorskich podbojach, His Majesty Sean the First powrócił na swoje ziemie, ciesząc się, co widać i słychać, gorącą i niezmienną miłością swoich poddanych.

Tak to się robi w Irlandii.

Krzysztof Suchomski

P.S. Nasz ulubiony ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi.

chapter 2

 
chapter 3