Reflektor Bossa: Bonifikaty, głupcze!

 

Kartkę samoprzylepną z powyższym hasłem powinien sobie przykleić do pudełka na spinacze i postawić na biurku, obok zdjęcia żony, dyrektor Christian Prudhomme. Skoro pieszczotliwe nazwanie siebie głupcem (niezależnie od poziomu adekwatności tego określenia) nie uwłaczało godności prezydenta Stanów Zjednoczonych (a w każdym razie nie bardziej niż cygaro penetrujące zakamarki Miss Levinsky), to i dyrektorowi Tour de France nie powinno niczego ujmować. Tym bardziej, że, umówmy się, nie dał on dotąd publicznych dowodów jakiejś szczególnej bystrości umysłu.

 

Dawno minęły czasy, gdy kolarze stawali na starcie każdego etapu po to, by się ze sobą ścigać. O zwycięstwo. Teraz A ściga się z B, C pilnuje D, a E nie chce stracić do F. Pozostałe litery alfabetu wcale ich nie interesują. O zwycięstwo na trudnym etapie walczy paru zapaleńców, reszta jedzie, realizując Cele, Założenia, Funkcje, Polecenia, Usługi Kurierskie i Dostawcze i co tam jeszcze w słuchawkach usłyszą.

Irytujący jest obyczaj rozgrywania „dwóch wyścigów” na górskich etapach, które przecież nie dla ozdoby, a dla chwały La Grande Bouclè i kolarstwa okraszają trasę. Ta nowa, świecka tradycja zrodziła się dopiero w obecnym stuleciu. Kiedyś nie do pomyślenia byłby widok takiego Eddie Kanibala pozwalającego, by premie etapowe sprzątali mu sprzed nosa jacyś Rollandowie czy Sörensenowie. Żaden też dyrektor nie odważyłby się (z obawy przed prawym sierpowym na szczękę) perswadować Borsukowi, że ma spokojnie jechać w drugiej czy trzeciej grupie. Borsukowi w ogóle nikt nie śmiał perswadować czegokolwiek, a tym bardziej odjechać (chyba, że nazywał się Greg LeMond). Gdy ewentualny śmiałek (lub, jak kto woli, samobójca) nie reagował na przenikliwe pogwizdywania, Hinault doganiał go i częstował wiązką francuskiej mowy, której na próżno by szukać w podręcznikach. W przypadku recydywy, szybki ruch ręki (oczywiście najzupełniej przypadkowy) powodował, że delikwent rozpaczliwie łapał równowagę na poboczu drogi.

W czasach globalnego panowania telewizji, wszechobecności obiektywów, działanie takiego „wymiaru sprawiedliwości”, nie bardzo pasującego do kanonów poprawności politycznej, byłoby trudne do ukrycia i raczej niemożliwe do zastosowania. Liderom nie zainteresowanym pościgami za każdym łaknącym swoich pięciu minut na wizji leszczem, pozostaje więc łaskawe wyrażanie zgody na odjazd.

Problem nie w tych, którzy chcą odjechać, bo przecież Regulamin Tour de France nie zakazuje jechać szybciej, zwłaszcza do przodu. Peleton to nie szwadron ułanów, w którym obowiązywała żelazna zasada: przed przodownika nie wychodź. Prawdziwy problem tkwi w tym, że obecny sposób rozgrywania etapów, daje od wielu lat jedyną nadzieję na etapowe triumfy gospodarzom wyścigu. I to było powodem, dla którego organizatorzy Wielkiej Pętli wykreślili z regulaminu bonifikaty. A bonifikaty (a w zasadzie ich brak) są tu słowem kluczowym.

Odeszły w zapomnienie dni, kiedy kolarscy liderzy zarabiali na życie, ciułając premie i nagrody za zwycięstwa. Byt współczesnych gladiatorów szos zabezpieczają sute kontrakty ze sponsorami. Parę stów za wygrany etap i tak, zgodnie ze zwyczajem, wylądowałoby we wspólnej skarbonce, z której po imprezie dodatkowo wynagradzani są gregario i personel techniczny. Jedyne, co naprawdę może ich zmotywować do walki, to szansa zyskania przewagi czasowej w walce z konkurentami. Brak bonifikat oznacza brak motywacji głównych protagonistów do ścigania się na metach etapów. A ponieważ emocje w kolarstwie (jak w wielu innych sportach, w których zawodnicy posuwają się w tym samym kierunku) właśnie z faktu ścigania się biorą, to takie désintéressement faworytów generalnej klasyfikacji w drastyczny sposób obniża temperaturę zawodów.

Zwolennicy status quo nie mogą, rzecz jasna, oficjalnie przyznać, że chodzi o to, by wygrywali słabsi, a najlepsi im w tym nie przeszkadzali. Raczej wysuwa się argumentację odwołującą się do ludowego poczucia sprawiedliwości – jeśli w ucieczce kilku dzielnie pracuje i dojadą razem, to nieludzkie jest takie nierówne ich potraktowanie, że temu się doda, a tamtemu nie. To dlaczego na podium zaprasza się zwycięzcę? Niech włażą wszyscy, jak socjalizm, to socjalizm. Wyglądałoby to ciekawie w przypadkach mass-sprintów i pewnie dzielni francuscy stolarze załapaliby się na dodatkowe zlecenia.

Wysuwa się też argumenty, że o zwycięstwie w Tour de France nie powinny decydować bonifikaty, lecz RB z dwojga złego wolałby, żeby decydowały premie czasowe (których przecież nie przyznaje się rzucając kostką) niż kraksy lub rozsypane na asfalcie papiaki.

Zasad finansowych zmienić się raczej nie da, przynajmniej nie jest to w wyłącznej gestii organizatorów wyścigów, ale bonifikaty można, jeśli to jedyne, co jest w stanie zmotywować liderów do walki na etapach. Gdy nie walczą najlepsi, z ekranu wieje nudą. Nudno jest nawet, gdy pozornie coś się dzieje, bo jedni outsiderzy odjeżdżają, inni z kolei odpadają. Widz chce oglądać walkę, zaskakujące ataki, brawurowe ucieczki, karkołomne pogonie – to wszystko z jednym zastrzeżeniem: w rolach głównych mają występować gwiazdy. I RB to rozumie. Sam do kina chętnie idzie na film z Bradem Pittem albo Johnym Deppem, a z Andrè Dussollierem to już niekoniecznie.

Pytaniem, jakie stawia RB jest zatem nie „czy bonifikaty?” tylko „jakie bonifikaty?”.

Oczywiście za finisze na metach etapów. Pomysły, żeby dodatkowo premiować, gdy kto pierwszy wjedzie na jakąś górę albo do tunelu, czy inne cuda – wianki, nie mówiąc już o skracaniu etapów o połowę, zostawiłby RB w spokoju. Chyba, że ktoś chce z Tour de France zrobić Tour de l’Avenir.

Jeśli nie chcemy nadal oglądać widoków przyjeżdżającej czołówki, w której pierwsi promienieją radością, a ci z dalszych miejsc mają miny, jak babcinka po przeliczeniu renty, to dajmy premie pierwszej 10-tce. Albo nawet 15-tce. Rewolucja? Tylko pozornie. Przecież wszyscy zgodzili się, że analogiczny zabieg podniósł atrakcyjność walki o zieloną koszulkę i zapewnił niespotykane wcześniej atrakcje na lotnych premiach. Dlaczego nie spróbować? Tym bardziej, że konsekwencji negatywnych (poza ewentualnie urażoną miłością własną spadkobierców sławy Anquetila) nie powinniśmy się spodziewać.

Będą za to plusy. Pierwszy to wspomniane już zainteresowanie najlepszych rywalizacją na metach etapów, co podniesie poziom adrenaliny u kolarzy, widzów, sponsorów i księgowych liczących zyski. Drugi to przedłużenie emocji. Jeśli na metę dojeżdża mała grupka, to „jest pozamiatane”. Kolejni jadący za nimi, nie mają o co się ścigać. Gdyby bonifikaty otrzymywało dziesięciu, emocje trwałyby nadal. Trzecim asem w tej talii jest promowanie akcji ofensywnych, co jednocześnie oznacza zwiększenie ryzyka utraty koszulki lidera. Taka sytuacja spowodowałaby, że trudniej byłoby już w połowie wyścigu przesądzać, że losy rywalizacji są już rozstrzygnięte i nikt tym hegemonom nie zagrozi.

Korzyść czwarta jest innego rodzaju. Wzrośnie pozycja wybitnych speców od wygrywania etapów. Niech taki Greipel czy Cavendish zarobi kilka minut dodatkowo i niech się napocą górale, żeby go potem zgubić. Sprinter będzie wtedy miał motywację, żeby koszulki bronić, jak taki Thoma Voeckler, a nie tyłek do grupetto załadować i pogaduszki z kolegami do końca etapu. Kolarz potrafiący wygrywać na płaskich i pagórkowatych etapach i jeszcze do tego przetrzymać mniejsze czy nawet średnie górki będzie dla zespołu równie cenny jak świetny góral. Co w rezultacie prowadzi do promowania większego uniwersalizmu kolarzy.

Na koniec odłożył RB rozważania na temat wysokości bonifikat. Parosekundowe dobre są dla tygodniówek, zwłaszcza takich, w których nie bardzo jest gdzie zrobić duże różnice czasowe. Mała bonifikata równa się mała motywacja, a tu chodzi o porządny doping – w pozytywnym sensie tego słowa. Najwyższe w historii LeTouru bonifikaty liczyły ponoć 4 minuty. Może aż tyle to przesada, przynajmniej na początek. RB wolałby nie ryzykować, że po zgłoszeniu jego propozycji pan Prudhomme dostanie zawału. Choć z drugiej strony uważa, że byłoby fajnie odjąć na przykład Saganowi kilkanaście minut – dodałoby to niewątpliwie pieprzu rywalizacji. A kibice uważający, że prawdziwy wyścig powinien oznaczać krew, pot i łzy, przy takiej zachęcie oglądaliby na finiszach iskry sypiące się spod opon i czuli swąd palonej gumy.

Zostańmy jednak przy bonifikatach minutowych dla zwycięzcy, które przecież RB doskonale pamięta z czasów dzieciństwa. Rozpisane na pierwszą 10-tkę mogłoby to wyglądać tak:
1. 60 s, 2. 45 s, 3. 30 s, 4. 20 s, 5. 15 s, 6. 10 s, 7. 7 s, 8. 5 s, 9. 3 s, 10. 1 s.
A w wersji 15-osobowej na przykład tak:
1. 60 s, 2. 45 s, 3. 30 s, 4. 20 s, 5. 15 s, 6. 12 s, 7. 10 s, 8. 8 s, 9. 7 s. 10. 6 s, 11. 5 s, 12. 4 s, 13. 3 s, 14. 2 s, 15. 1 s.

Osoby światowe i na salonach bywałe prosi RB o podrzucenie powyższej propozycji na biurko organizatorów Tour de France, a sam zajrzy zaraz do internetowego słownika, by nauczyć się po francusku zwrotu:
Ależ nie ma za co, Monsieur Prudhomme.

Krzysztof Suchomski