Line of sight

 

Jeśli po obejrzeniu Macaframy  ktoś z Szanownych Widzów uznał, że pokazani tam jeźdźcy przekraczają dopuszczalne granice ryzyka, czuję się w obowiązku przestrzec: przy prezentowanym dziś filmie Macaframa wyda Wam się łagodna niczym poświata księżyca.

Line of Sight to filmowy dokument o alleycat races – zawodach wymyślonych i nielegalnie organizowanych przez środowisko kurierów rowerowych wielkich metropolii. Zawody są połączeniem wyścigów kolarskich z biegami na orientację tyle, że rozgrywanymi w miejskim ruchu ulicznym. Startujący dostają ściągę z naniesionymi punktami, które powinni zaliczyć, nierzadko wykonując w nich zadania specjalne. Zawodnicy muszą wykazać się znajomością „miejskiej dżungli” oraz bystrością i refleksem łowcy jadowitych węży. Znajomość prawideł ruchu drogowego nie jest tu niezbędna, co więcej, tylko bezceremonialne łamanie ich na każdym kroku może uczestnikowi zawodów zapewnić szanse na sukces. Nie wspomniałem jeszcze o umiejętności ekwilibrystycznego panowania nad pozbawionymi hamulców rowerami (fixed-gear bikes), ale to staje się oczywiste już po paru minutach.

Pod filmem, który swą premierę miał w Stanach 1 lipca 2012 roku,  podpisał się, jako edytor i reżyser, Benny Zenga. Jednak ojcem-pomysłodawcą, duszą filmu i autorem większości zdjęć jest Lucas Brunelle, 41-letni (w dniu premiery) bostończyk, były kolarz szosowy, działacz ruchów rowerowych (m.in. Masa Krytyczna) i wielokrotny uczestnik alleycatów.

Lucas od zawsze był niespokojnym i niepokornym duchem. Z kolarskiej kadry olimpijskiej wyrzucono go za bójkę z innym kolarzem. Pożegnał kolarstwo szosowe bez żalu. I tak uznał, że tradycyjne wyścigi szosowe dostarczają mu za mało adrenaliny. W kolarstwie ekstremalnym, a zwłaszcza rywalizacji typu alleycat, odnalazł to, czego szukał. Wyzwanie wymagające jednocześnie szalonej odwagi i zimnej krwi w podejmowaniu w ułamku sekundy decyzji w warunkach wysokiego ryzyka.

Ale ma też Brunelle prawdziwą żyłkę reportera-dokumentalisty. A do tego zmysł MacGyvera. By dokonać zamierzonego dzieła, musiał zestroić kask z kamerą video i nauczyć się jeździć z ważącym ponad 3 kg ekwipunkiem na głowie. Efekty przeszły oczekiwania. Sfilmowane ujęcia i sposób, w jaki tego dokonał są z pewnością czymś wyjątkowym w historii sztuki filmowej. Line of Sight jest montażem zapisów video dokonanych przez Lucasa na przestrzeni 10 lat w różnych częściach świata. Szczegółów nie będę zdradzał, bo to trzeba po prostu obejrzeć.

Film jest apoteozą rowerowych kamikaze i ich stylu bycia, będącego dziwną mieszanką ułańskiej fantazji, amerykańskiego luzu i post-punkowej pogardy dla uznawanych powszechnie wartości. Daje nam wgląd w to środowisko bez porównania lepszy niż nieznośnie hollywoodzki, fabularny Premium Rush. Jeśli mam coś produktowi Brunelle’a i Zengi do zarzucenia, to jednostronność przekazu.

Demonstrując atrakcyjność i romantykę tego „rzemiosła” nie pokazuje jego drugiej strony – ceny, jaką nieuchronnie płaci się w momencie popełnienia błędu. A kiedy płaci ją przekraczający granice ryzyka rowerzysta, to w myśl starej rzymskiej zasady volenti non fit iniuria jego sprawa, lecz gdy ofiarami są osoby postronne, rodzą się problemy nie tylko etyczne (wie coś o tym sam Brunelle sądzony w 2014 roku za staranowanie pieszego na pasach). Zwykły zjadacz chleba (użytkownik drogi) będzie miał zatem prawo zapytać, gdzie jest granica między brawurą i fantazją a szaleństwem i brakiem odpowiedzialności. Line of sight  tej linii nam nie wytycza. Zapraszając na seans, zaznaczam, że ona jednak istnieje, o czym, mimo fascynacji obrazem i muzyką (znakomita), warto pamiętać.

Na tym na razie kończę mini-cykl poświęcony kolarstwu ekstremalnemu. Rozpoczynający się sezon wyścigów na szosach i brukach przypomina mi o innych, domagających się pieszczot filmach.

 Krzysztof Suchomski