Bomba w górę!

 

Kolarskie gonitwy czas zacząć. Dziś „bomba” idzie w górę i startujemy do sezonu 2015. Inauguracja daleko za morzami, w Argentynie i Australii. Kiedyś narzekałem na te zmiany burzące ustalony w XX wieku porządek świata. Krzywiłem nos na te zamorskie wynalazki. Zaklinałem się, że dla prawdziwego fana sezon zaczyna się na Ruta del Sol i Omloop Het Nieuwsblad. Ale jak tu nie zerkać w monitor, gdy na argentyńskich pampasach Quintana, Betancur, Niemiec  i Moreno mierzą się polskim mistrzem świata, który ma do pomocy dwóch młodych rodaków i jakiegoś Brytyjczyka o nazwisku Cavendish.

Rodacy Maradony kuszą europejskie zespoły niebanalną trasą, ciekawszą niż australijska, od lat opierająca się o pełniące rolę tamtejszego Orlinka wzgórze Willunga. Ale Australia to pierwsze punkty do WT, no i , nie ukrywajmy, nie przez wszystkich mile widziany regulaminowy obowiązek startu.

TDU

Nadal twierdzę, że to właśnie sztucznie przedłużony sezon, a nie trzy Grand Toury, powoduje nadmierne obciążenia dla kolarzy (zdrowie) i ekip (finanse). Teamy muszą z tego powodu zatrudniać większą liczbę zawodników, ale też i koszty dalekich podróży mocno stresują ich księgowych. A zawodnicy? Kiedyś mieli parę miesięcy na odpoczynek, również ten nie mniej ważny – psychiczny. Był czas na pomieszkanie z rodziną, regenerację sił i zaleczenie kontuzji i urazów. Teraz od końca sezonu do pierwszych obozów przygotowawczych zostaje raptem parę tygodni.

Temat reformy kalendarza, w tej czy innej formie, powraca niczym wańka-wstańka. Można się spodziewać, że w kolejnych sezonach ogórkowych również będzie pełnił rolę dyżurnego potwora z Loch Ness. Tym bardziej, iż determinacja władz UCI nie wydaje się aż tak wielka, albowiem kolarska centrala znalazła się między młotem a kowadłem i trudno będzie jej pogodzić sprzeczne interesy organizatorów wyścigów, właścicieli (menedżerów) drużyn i sponsorów.

Chęć regulowania wszystkiego, co wpadnie im w łapy, tak charakterystyczna dla urzędników pod każdą szerokością geograficzną, również i w naszej branży doprowadziła do przeregulowania systemu. Gdyby więc mnie ktoś pytał o zdanie, to zamiast wiązać wszystkim ręce kolejnymi przepisami, zaleciłbym deregulację, poczynając od zniesienia obowiązku ekip uczestniczenia we wszystkich wyścigach WT.

Kwestia, skrócić czy nie, Vueltę lub Giro, powinna zależeć od organizatorów wyścigu. Oczywiście, dla porządku w kalendarzu imprez, ktoś musi to koordynować – ale to nie oznacza: bezwzględnie narzucać. Zanim UCI wprowadziła pro-tourowy reżim, organizatorzy i teamy jakoś się dogadywały i wszyscy byli zadowoleni. Przy okazji, chciałbym sprostować argument, którym pochopnie (choć w dobrej wierze) szermują zagorzali obrońcy grand-tourowego status quo. Otóż aptekarska standaryzacja GT do liczby 21 etapów nie jest bynajmniej elementem kolarskiej tradycji, kształtowanej na przestrzeni XX wieku, lecz wymysłem ery pro-tourowej. Na przykład, długość Vuelty zmieniała się, nierzadko liczyła kilkanaście dni, zaś Le Tour (o czym niedawno pisałem) potrafił trwać prawie cztery tygodnie. Nie chodzi więc o to, by upierać się przy jednej konkretnej liczbie. Jak wykazała historia, pewna doza elastyczności przydawała się organizatorom i wyścigom. Oczywiście, co innego elastyczność, a co innego brutalne okaleczenie szanowanego pacjenta.

A jeśli już o Wielkich Tourach mowa – jesteśmy po prezentacjach wszystkich trzech tras, z grubsza wiemy zatem, co nas czeka. Nie obyło się bez niespodzianek. Mamy wyjątkowo łatwe (w kontekście ostatnich lat) Giro d’Italia oraz dziwną, bo pozbawioną uczciwej czasówki (symbolizującej wyścig niczym Wieża Eiffla Paryż) trasę Wielkiej Pętli. Nawet przebieg Vuelty powoduje pewne uniesienie brwi, a to z powodu przesunięcia środka ciężkości z trzeciego tygodnia na drugi. Po prezentacji hiszpańskiego touru mamy też żelaznego kandydata do tytułu „etap sezonu”. Przewodnikiem i konsultantem przy układaniu trasy 11 etapu był ponoć świetnie znający szosy Andorry tamtejszy wieśniak, na którego miejscowi wołają Purito.

11 etap vuelta 15

Wyjaśniło się już, które ekipy pościgają się w Tourze i Giro i w ten sposób zakończono spekulacje nad rozdziałem dzikich kart, stanowiące trzeci z gwoździ ogórkowego sezonu. Rozdział zaproszeń raczej nie powinien budzić zdziwienia, przynajmniej w Polsce. Były przecieki robiące nadzieje na udział polskiego teamu w Giro d’Italia i optymiści mocno wierzyli w nasze szanse. Dla reszty świata to jednak mały szok, a i  decyzja nie była łatwa, wręcz „rodziła się w bólach”. Musiano nawet przełożyć ją z piątku na poniedziałek, mimochodem wstrzymując edycję niniejszego artykułu. Warto jednak było poczekać.

CCC Sprandi Polkowice, jako jedyny nie włoski team spoza WT, otrzymuje zaproszenie na Corsa Rosa. Po 12 latach polska drużyna znów wystartuje w Wielkim Tourze.

ccc giro 2015

Czwartym dyżurnym tematem międzysezonowej przerwy są oczywiście zmiany w składach kolarskich teamów. W tym „okienku transferowym” najmocniej dozbroiła arsenał kamanda Olega Tinkowa. Kiedyś przywykliśmy myśleć o niej jako o drużynie Bjarne Riisa, ale nad Duńczykiem zebrały się chmury tak ciemne, że chyba w tym roku (po opublikowaniu wyników śledztwa prowadzonego przez duńską federację) pożegna się ze wstydem z zawodowym kolarstwem. Wzmocnieni wyszli po kadrowych roszadach (po części wymuszonych dyskwalifikacjami) w ekipie Astany, za to mam wątpliwości, czy na pewno możemy mówić o wzmocnieniu składu w przypadku Sky Teamu. Jest tam wprawdzie sześć nowych i cenionych (choć bez wielkich rewelacji) nazwisk, ale odeszło pięciu, a szósty pożegna się z zespołem po Paryż – Roubaix. Chodzi oczywiście o Bradley’a Wigginsa, nie tylko świetnego kolarza, lecz i duszę zespołu. Wśród nowych twarzy nie widzę nikogo, kto mógłby choć w części ten ubytek zrekompensować. Na razie przyjdzie więc Brytyjczykom cieszyć się z Froome’a (w jego tourowy sukces wierzy sam Stephen Roche), dopóki na ich niebie nie rozbłyśnie „supernowa”.  Ale przyszła gwiazda w marcu skończy dopiero 20 lat – dajmy jej jeszcze trochę czasu.

W drugiej dywizji rzuca się oczy transferowa ofensywa południowoafrykańskiej MTN-Qhubeka. Skład tej ekipy śmiało może konkurować z niejednym teamem WT. Zwłaszcza brygada sprinterska (Ciolek, Bos, Farrar, Boasson, Goss) powinna budzić zrozumiały respekt. A ich „juventusowe” trykoty to jeden z większych przebojów na kolarskim wybiegu.

qhubeka juve

My, polscy kibice, mieliśmy transferowe emocje związane z szukaniem pracodawców przez Sylwka i Mańka. Ostatecznie, pierwszy wylądował na Dolnym Śląsku a drugi nad Bosforem. A ogólnie, pośród kibicowskiej braci panuje optymizm. Zeszłoroczna euforia jeszcze nie zdążyła wywietrzeć, a kolarze wciąż są cenieni „w narodzie”, o czym świadczą wyniki plebiscytu na najpopularniejszego polskiego sportowca.

Czasem zadaję sobie pytanie, czy całe to, świeżo pozyskane do kibicowania naszym kolarzom, towarzystwo nie odwróci się od naszej dyscypliny, po paru mniej udanych występach (a to przecież może się przydarzyć). Przyznam, że w tej konkretnej sytuacji, po serii sukcesów, która każdemu mogłaby zawrócić w głowie, nie jestem zwolennikiem nakładania na naszą husarię dodatkowej presji oczekiwań. Niech wiedzą, że jesteśmy z nimi zawsze – na dobre i na złe.  Naturalnie, znów przyjdzie nam przebrnąć przez „forumową” dysputę na temat sensu (czy jego braku) startu Kwiatka w Tour de France i jego predyspozycji (bądź ich braku) do zostania GC riderem. Cóż… grypa też nawiedza nas dwa razy do roku i nie ma na to rady.

Wielu spodziewa się w tym roku wspaniałej rywalizacji na Tour de France, mając na myśli ukonstytuowaną w zbiorowej opinii  wielką czwórkę: Contador, Froome, Nibali i Quintana. Oby tak się stało i oby faktycznie nastąpiło to na Wielkiej Pętli, a nie w tak zwanych „dogrywkach”. Kolarstwu na pewno dobrze by to posłużyło. Jednak mając w pamięci podobne oczekiwania, towarzyszące nam praktycznie przed każdym sezonem i ich późniejszą konfrontację z rzeczywistością, prawdopodobieństwa dotrwania całej czwórki w zdrowiu, formie i bez dyskwalifikacji do końca Touru nie oceniam wysoko. Kto zresztą wie, czy bardziej wciągająca nie okaże się konfrontacja sprinterskiej big four: Cavendish, Greipel, Kittel i Kristoff?

Ubiegły rok przebiegał pod znakiem niebywałych sukcesów sportowych. Ten rozpoczynamy od dużego osiągnięcia organizacyjnego. I świetnie, bo jedno powinno iść w parze z drugim. Trzymajmy kciuki za naszych, bądźmy otwarci i gotowi na niespodzianki. Analizując wspomniane wyżej trasy Wielkich Tourów, nie mogłem opędzić się od skojarzenia: dziwne wyścigi – niespodziewane wyniki. Mam przeczucie, że nie raz w tym roku zostaniemy zaskoczeni, lecz to akurat nie jest wcale dziwne. Bo niespodzianki są solą kolarstwa. I pewnie dlatego na rozpoczęcie każdego sezonu czekamy tak podekscytowani.

Krzysztof Suchomski