Ostatnie takie trio

 

Żadna z pochwał, jakie przeczytaliście lub usłyszeliście na temat filmu Trio z Belleville nie jest przesadzona. Zresztą, pojedyncze przymiotniki w rodzaju: zaskakujący, oryginalny, surrealistyczny, wysmakowany i tak nie oddadzą w pełni klasy dzieła i istoty przeżycia artystycznego towarzyszącego jego oglądaniu.

Les Triplettes de Belleville to pełnometrażowy  film  rysunkowy (dla dorosłych), którego estetyka wywodzi się z komiksu noir.  Nic dziwnego, bo jego twórca, Sylvain Chomet, zaczynał jako rysownik i scenarzysta komiksów, które w jego ojczyźnie mają godne tradycje i cieszą się poważaniem. Chomet bawi się konwencjami, kulturowymi odniesieniami, stereotypami i symbolami popkultury. Prowadzi grę na planszach, jakimi są obraz i muzyka, jako całość tworząca film, ale i każda z tych kategorii  oddzielnie. W jego wizji dostrzegam dużo pokrewieństwa z wczesnymi filmami Jeuneta i myślę, że bliżej mu  do słynnego dziś rodaka niż symbolu „czarnego” komiksu, Franka Millera.

Już w pierwszych scenach, dziejących się na ekranie telewizora oglądanego przez bohaterów filmu, odnajdujemy sparodiowane ikony połowy XX wieku: Josephine Baker, Django Reinhardta i Glenna Goulda. A później czekają nas przepyszne sekwencje (i to jest gwóźdź programu dla miłośników kolarstwa) poświęcone dorastaniu nieśmiałego chłopca do startu w Tour de France.  Sam wyścig (przecież także stanowiący jedną z ikon popkultury) wraz z towarzyszącą mu otoczką, w realiach lat pięćdziesiątych, uchwycony został bezbłędnie.

Klasę samą w sobie stanowi ścieżka dźwiękowa filmu, autorstwa Benoita Charesta. Muzyka wspaniale  współgra z obrazem, umożliwia też fajerwerki pomysłów, takie jak scena występu tria grającego utwór na gazetę, lodówkę i odkurzacz.

Film powstawał  5 lat, a przy jego produkcji pracowało w kilku krajach około 300 osób. Akcja nie toczy się tu zawrotnie, jak w  Szklanej pułapce 5, bo jest to oferta dla smakoszy, a nie dla amatorów mocnych wrażeń.  I tak należy do niego podejść. Zarezerwować sobie półtorej godziny wolnego czasu, odciąć się od wszelkich przeszkadzajek (telefony, telewizory, dzieci, zwierzęta domowe), usiąść wygodnie ze szklaneczką czegoś anty-stresowego i cieszyć się każdą chwilą – do czego namawia Was

Krzysztof Suchomski