Macaframa, czyli jak to się robi w San Francisco

 

Dziś w Filmotece Arcydzieł mam dla Was fajny lek na kiepską pogodę, czyli taką, jak ta za oknem. Właśnie w zimie ogląda się takie obrazki najlepiej, zwłaszcza gdy człowieka nie stać na bilet lotniczy do Kalifornii.

Są na świecie (także i u nas) użytkownicy rowerów, którzy na pozostałych posiadaczy tego boskiego wynalazku patrzą z pewną pobłażliwością, by nie rzec wprost – lekceważeniem. Mowa o wyznawcach ostrego koła, hardkorowcach, uważających, że jazda bez ciągłego pedałowania jest dla mięczaków i emerytów.

Ich rowery (fixed-gear bikes) to sama kwintesencja tego pojęcia, oczyszczona z wszelkich cywilizacyjnych, drobnomieszczańskich naleciałości. Tarcze, biegi, wolne koło, hamulce czy, nie daj Boże, jakieś liczniki to fanty, które nastajaszczij biker ma w pogardzie. Nie dość, że przeszkadzają w ewolucjach, to ich obecność sprzeczna jest z duchem przygody i wolności. Zastanawiam się nawet, czy w pewnych kręgach używanie siodełka nie uchodzi już za dowód obciachowego konformizmu.

Dla takich „tarzanów” miejskich dżungli Macaframa jest filmem kultowym. Tytułowa Macaframa (dziś już będąca brandem nabierającym wartości) to grupa bikerów z San Francisco. Film, surowy niczym befsztyk tatarski (i równie smakowity), jest dziełem amatorskim. Podobnie jak prezentowane na ekranie rowery, odarty został z niepotrzebnych dodatków, jak akcja, dialogi czy narracja. Czysty obraz. A do tego ścieżka dźwiękowa poskładana z zacnych kawałków, bo to w końcu San Francisco – legenda Mekki hippisów wciąż obowiązuje. Gdy usłyszałem Cata Stevensa, to mnie zwyczajnie rozwaliło.

O tym, że San Francisco jest wspaniałym miejscem dla amatorów mocnych wrażeń wiedzą z pewnością ci, którzy oglądali „Bullitta”. Ileż to razy oczyma wyobraźni widziałem rozgrywane na tych wzgórzach, w niesamowitej scenerii, mistrzostwa świata w kolarstwie. Nie ma lepszego miejsca na całej planecie i niech ktoś w cholernym UCI w końcu to zauważy.

Może jeszcze tego dożyję, a na razie musi mi wystarczyć mistrzostwo asów roweru spod znaku Macaframy. Kozaków, których niesamowite umiejętności i sprawność szczerze podziwiam, choć  na wszelki wypadek oświadczam: Młodym adeptom roweru nie rekomenduję niezgodnej z przepisami ruchu drogowego jazdy po mieście. To mówiłem ja, Reflektor Bossa.

Nie mówcie, że nie zrobiło na Was wrażenia. Do kręgów kultury ostrego koła i alleycatów wrócimy, gdy przyjdzie czas na przedstawienie innego, nie mniej znanego filmu, który od pewnego czasu czeka na swoją kolejkę.  A jako post scriptum kawałek, dla tych, którzy chcieliby sobie przypomnieć, jak wyglądały ulice San Francisco w latach sześćdziesiątych.